niedziela, 16 lipca 2017

Agata „Agi” Włodarczyk – „Psygoda na czterech łapach”

DIUNA- bohaterka książki – „Psygoda na czterech łapach” jest psem rasy czechosłowacki wilczak, który w 2013 roku z warszawskiego mieszkania swej  pani i pana - Agaty Włodarczyk i Przemka Bucharowskiego, odbył podróż życia do Indii. Pokłosiem tamtej wielomiesięcznej wędrówki dwojga ludzi i psa przez  indyjski subkontynent  była książka „Wataha w  podróży. Himalaje na czterech łapach.”   Teraz mam w dłoniach  książkę, której narratorką jest sama Diuna. Koncept tyleż zaskakujący, co uroczy.  Marzy mi się  sytuacja, gdy rodzinka zasiada zgodnie z książkami w dłoniach – rodzice  ze wspomnieniami Agaty Włodarczyk i Przemka Bucharowskiego, dzieci – z relacją Diuny.
Diuna czyli wydma jest pełnoprawnym członkiem rodziny i jak każdy członek ma swoje obowiązki: wyprowadza co dnia panią i pana na spacery. (I przezabawnie ich portretuje: śpią za mało, bo tylko  osiem godzin na dobę, wciąż gdzieś pędzą i stale mówią, że są spóźnieni (!), zaś na spacerach nigdy nie zatrzymują się, by… obwąchać trawę J ). Diuna ma swoje obowiązki, ale i ulubione zajęcia.  Należy do nich przeganianie okolicznych „mrukliwych paskud” czyli kotów, czekanie na powrót pani z pracy, a nade wszystko – raczenie się psiastkami i psysmakami. J J
Gdy rodzina (dwoje  dwunożnych + jeden czterołap)  wyrusza do Indii, dla Diuny  i jej państwa  zaczyna się psygoda życia. Diuna poznaje, ale i poddaje uroczej psiej ocenie wszystko, co zobaczy – hinduską ulicę, i jej mieszkańców   tak ciemnych „jak końcówka psiego  ogona”. Nos Diuny szaleje  od przepychu zapachów na ulicznych straganach- wiadomo – „świat najlepiej poznaje się nosem!”). Diuna poznaje także  inne czterołapy – indowi czyli hinduskie bezpańskie psy, palmową wiewiórkę i „tupiące głazy” czyli słonie. W dżungli zaznajamia się z „wielkim jak samochód” bawołem, zaś na  wysokogórskich halach – z owcami i baranem. Tyle rozmaitości, ogrom zapachów i dźwięków i rozlicznych zdarzeń! Jednak ani dżungla, ani ryżowe pola, ani święta rzeka  Ganga nie wywołają takiego szału radości jak widok śniegu hen, hen wysoko, bo aż 4000  metrów npm. Ale skoro „wsadzanie nosa w śnieg to jedna z najpsyjemniejszych rzeczy na świecie” – trudno się dziwić tak wielkiej rozmerdanej radości! J Przy okazji Diuna uczy nas, dwunożnych podstawowych psich reakcji. Dowiadujemy się więc że: psy się nie pocą, za to ziają, merdanie psią końcówką czyli ogonem  to nic innego jak psia radość, zaś  psie ziewnięcie to nie objaw senności ( jak u dwunożnych), ale uspokajający ewentualnego przeciwnika sygnał. To tak na wszelki wypadek, gdyby doszło do spotkania z groźnym tygrysem, którego Diuna  na szczęście nie spotkała, ale w nocy słyszała!( wszystkie poznane czterołapy ją przed nim przestrzegały!).
Diuna, jak na przewodniczkę stada – przepraszam: członka rodziny przystało, za swych państwa (a zwłaszcza za ukochaną panią) czuje się bardzo odpowiedzialna, dlatego choć sama raz się gubi ( ach, te oszałamiające zapachy miejskich straganów z psysnościami!!!), dwukrotnie ratuje panią i pana  od niebezpieczeństwa. Ale i sama przeżywa liczne przygody, jak najprawdziwsza psia podróżniczka, która „od psysmaków bardziej lubi tylko psygody”.

Czytam ostatnie zdanie książki i już wiem, że rozmerdany entuzjazm Diuny nie tylko zaraża i zachęca do lektury, ale jest też zapowiedzią, że „To dopiero początek, a prawdziwa psygoda nie kończy się nigdy” – jak głosi  ostatni rozdział książki.  Czekamy więc na kolejne psygody Diuny.


recenzja: Majka Em



Joanna Lipowczan i Bartosz Malinowski - „Wielki Szlak himalajski”

Na skrzydełku książki czytamy: „Najpierw trzeba mieć  wielkie marzenie, a potem podjąć trud jego realizacji”. To w związku z wyczynem autorów wymienionej wyżej książki . 
W czym rzecz?
Joanna Lipowczan i Bartosz Malinowski w 2015 roku jako pierwsi Polacy  przeszli  tytułowy  WIELKI SZLAK HIMALAJSKI ( od teraz, za Autorami – będę używała skrótu WSH). Trasę liczącą  1700 km  pokonali  w ekstremalnych warunkach w ciągu 120 dni, za co uhonorowani zostali   nagrodą  KOLOSY 2015 – w kategorii WYCZYN.
Zanim książka  wpadła w moje ręce, nie wiedziałam,   co to takiego  WSH, dlatego teraz kilka podstawowych o nim informacji.
  • Pomysłodawcą  wytyczenia  tej himalajskiej drogi był Robin Baustead, który w 2004 roku badał i dokumentował nepalski odcinek  szlaku, a cztery lata później sam go przeszedł. Zajęło mu to 9 miesięcy (od września 2008 do czerwca 2009).
  • Agencje trekkingowe  szacują przejście  WSH na 156 dni. To wariant z przewodnikami, tragarzami, kucharzami i kilkunastoma dniami odpoczynku i takie ekipy Joanna Lipowczan i Bartosz Malinowski spotykali na trasie, sami  jednak wybrali wariant  w wersji hard, tzn. 120 dni solo, a raczej w duecie, bez pomocy ludzi z zewnątrz. 
Na trasie jednak  okazało się, że  na pewnych odcinkach bez pomocy nepalskich  przewodników  się nie obędzie.  Spieszę wyjaśnić, że nie z wygody, ale dlatego że przewodnik  i mapy  Bausteada okazały się niewiarygodnie wręcz niedokładne, choć mogłoby się wydawać, że opisany szlak jest przebyty i sprawdzony! „Robin Baustead jest tak okropnie niedokładny, a czasem niebezpieczny, że chce nam się krzyczeć” – czytamy. I dalej: „Miało  być  trudno i ciężko, ale nie niebezpiecznie”. Szlak  po wielogodzinnej morderczej wędrówce często się urywa, czasem zaznaczony jest po drugiej niż w rzeczywistości stronie rzeki. „Zapomina” o mostach, pomija istnienie dolin, ścieżek, trawersów  albo odwrotnie – opisuje te, których nie ma! Błędne wskazówki w przewodniku,  błędy w mapach - Lipowczan i  Malinowski szybko orientują  się, że  „przejście WSH  nie będzie wygodnym trekkingiem, a ciągłym kombinowaniem”, które nie raz i nie dwa wyglądało niezwykle groźnie! Pamiętajmy, że  wszystko dzieje się w Himalajach! No i te  garby przyklejone do pleców! Plecak Bartosza waży 36 kilogramów,  Joanny – 26.  Te wielkości są dla mnie czystą abstrakcją! Gdy kilka lat temu  wędrowałam szlakiem św. Jakuba  do Santiago de Compostella wraz ze mną wędrował przyklejony do grzbietu plecak ciężki jak wszystkie grzechy świata, który  ważył ( aż się wstydzę to napisać)…11 kg.!  Nie raz i nie dwa miałam ochotę porzucić go na trasie!!! Wstyd mi, gdy patrzę na te dwie jedynki i porównuję je z dwudziestoma  sześcioma  kilogramami plecaka Joanny.
Trasa:
Jej początek wiedzie przez dżunglę, która – jak piszą Autorzy– „miała być  spacerem, a niejednokrotnie przypominała walkę o życie”. Gęsta roślinność, pozarastane  ścieżki, a do tego upał i monsunowe  deszcze sprawiają, że błoto wlewa się do butów i nie ma czym oddychać. Jedno ze zdjęć pokazuje, jak wygląda stopa  tyle co uwolniona z buta po dziesięciogodzinnej morderczej  walce z terenem, gorącem i wilgocią.  Góra- dół – strome podejścia i ostre zejścia,    ścieżki, które niespodziewanie kończą się nad stromym urwiskiem i – nie ma innej rady – każą zawracać. Jary pełne kamieni i powalonych drzew, wartkie i nierzadko głębokie  rzeki…  Lipowczan i  Malinowski piszą: „ Jesteśmy sami na świecie, w miejscu, o którym nikt nie słyszał i którego prawie nikt nie widział. Gdybyśmy tu dziś umarli, pewnie nikt by nas  nigdy nie znalazł”.Na szczęście mordercza dżungla kończy się na wysokości 3000 m.npm. Nie znaczy to jednak, że  jest łatwiej. Zielone piekło dżungli zastępują  górskie przełęcze, a potem lodowce z widokami na coraz bliższe  ośnieżone himalajskie szczyty.  Robi się zimno, coraz zimniej i coraz wyżej. I… coraz piękniej. Zdjęcia robione przez Bartosza po prostu zachwycają! Szare strzeliste  granie pokryte śniegiem na tle błękitnego nieba,  malownicze doliny ( np. różnica między korytem rzeki  a szczytami w najgłębszej  wynosi…6800 metrów!).
Przed zmierzchem Lipowczan i  Malinowski albo dochodzą do maleńkich wioseczek ( dwie , trzy kamienne chaty i hotelik) albo biwakują  w swym namiociku pod gołym niebem. Widoki – zapierające dech w piersiach, wszak to już wysokie Himalaje. I nawet coraz większe zimno nie jest w stanie zmrozić zachwytu wysokogórskimi krajobrazami („Dookoła absolutna i wszechobecna cisza”  i  oświetlony blaskiem księżycaMakalu (8481 m.npm ). Takie momenty choć na chwilę rekompensują trud mijającego dnia.
A tymczasem robi się coraz zimniej. By zrobić herbatę, trzeba wpierw roztopić lód, nocami zdarza się, że z zimna  nie można zasnąć, a woda w butelkach, chroniona w  namiocie, zamarza!  Coraz częściej termometr  spada  do – 15 st. C, a zdarza się, że  wskazuje i  minus 29!  Do tego – huraganowe wiatry, mróz i wilgoć – zabójcza mieszanka, jak zanotują.  I ten brak tlenu, gdy osiągną  wysokość 5000 m. npm. Tak wygląda  szkoła przetrwania  na WSH.  Krajobraz  zmieni się radykalnie, gdy podróżnicy  opuszczą najwyższe partie szlaku i zejdą niżej. Zrobi się sucho i pustynnie na jednej z najbardziej odludnych części WSH.
Na tej morderczej i zróżnicowanej trasie Lipowczan i  Malinowski walczą nie tylko z naturą i pogodą, ale i  sytuacjami, które- choć wyglądają groźnie – na szczęście nie wywołują niebezpiecznych konsekwencji; niemal na początku trasy Joanna  spada ze skały, potem Bartosz  traci trekkingowy kijek, który spada w szczelinę lodowca. Dla  dopełnienia i zakończenia tego  wątku: pierwsza kąpiel  ma miejsce dopiero po 3 tygodniach drogi! Druga – po dziewiętnastu dniach od pierwszej! Spieszę wyjaśnić: ta czynność  w himajaskich warunkach nazywa się bucket shower  i polega na wykorzystaniu zawartości jednego (!) wiaderka  z ciepłą wodą. Ablucje odbywają się  najczęściej  na kawałku trawnika za domem, a w  cenę tejże czynności  wpisani są widzowie, którzy  bez zażenowania przyglądają się  z okien swych  domostw.
Nepalczycy:
Gdyby nie była to ksiąażka o przejściu WSH, mogłaby być o nich  - cichych bohaterach II planu, bez których żadna z wypraw nie doszłaby do skutku. Nepalscy tragarze i przewodnicy – niewielkiego wzrostu, szczupli, a przecież niewiarygodnie silni i odporni; wełniane czapeczki na głowach, zwykły polar lub kurtka i szmaciane tenisówki – to strój znakomitej ich większości. Bez rękawiczek, bez specjalistycznego sprzętu wędrują po wysokich górach – zdawać by się  mogło – bez najmniejszego wysiłku. W części świata, gdzie trudno o jakąkolwiek stałą pracę, turystyka wysokogórska stanowi główne, jeśli nie jedyne źródło dochodu dla tutejszej ludności. Zdjęcia i relacje z wyprawy ukazują maleńkie wioski z ubogimi kamiennymi chatkami zaopatrzonymi jedynie w absolutnie podstawowy sprzęt. I klimat, i warunki życia są wielkim wyzwaniem dla Nepalczyków, a coraz większa liczba turystów zdaje się być i  błogosławieństwem, i przekleństwem  i może dlatego Autorzy książki  spotykają się z przeróżnymi reakcjami  miejscowych; czytamy: „Ludzie patrzą  na nas w taki sposób, że od razu wiadomo, że nikt nas tu nie zapraszał”. Są  wioski, w których Lipowczan i Malinowski witani są… kamieniami, ale  częściej ludzie  są gościnni i serdeczni i „udaje się znaleźć nocleg i kolację nie dlatego, że jesteśmy na  turystycznym szlaku, tylko dzięki temu, że ludzie starają się nam pomóc”.Gdy  Joanna i Bartosz zastanawiają się, jak pokonać rwącą rzekę, znikąd pojawia się miejscowy, zdejmuje szmaciane tenisówki, przenosi plecak Asi, wraca i ja samą przenosi  na drugi brzeg, po czym… znika. Zza drzwi chatki wychyla się małe zasmarkane dziecko i… częstuje Joannę kubkiem kawy, zaś gdy Joanna upadnie i wciąż nie wiadomo, jakie mogą być skutki tegoż,  nepalski przewodnik grupy Holendrów i Belgów „dopisuje” ją i Bartosza do kolacji, bo „obowiązkiem   wyznawcy buddyzmu jest pomagać”.
Ale  Nepalczycy to nie tylko mieszkańcy wysokogórskich wiosek ani nie przewodnicy. To także urzędnicy. Tacy sami jak na całym świecie –napsuli sporo krwi i nie raz wystawiali cierpliwość  Joanny i Bartosza na wielką próbę; niesłowni, chytrzy i przekupni, ze stosunkiem do czasu i danego słowa… swobodnym, traktujący przepisy… uznaniowo.
By zaś zakończyć wątek tubylców nieco weselszą nutą, polecam bezwzględnie lekturę fragmentu, w którym  Joanna i Bartosz relacjonują swą  podróż ciężarówką bez bocznych szyb, z rozsypującą się deską rozdzielczą i zepsutym układem hamulcowym, który sprawia, że samochód skręca tylko w prawo! J Zaiste, jak piszą Autorzy: „Trzeba być prawdziwym twardzielem, żeby tu przeżyć” i choć  mają na myśli trudne i surowe warunki życia w tym wysokogórskim rejonie świata, ja odniosłabym je również do Joanny i Bartosza, którzy co dnia zderzali swe europejskie podejście do rzeczywistości z zastanymi tu warunkami, realiami i stosunkami.
Sporo można by też napisać o turystach, którzy coraz liczniej przybywają w tą część świata na trekking. Spotykają także i Polaków. Po szczegóły proszę jednak sięgnąć do książki. Z niej dowiecie się Państwo,  czy przeciętny Nepalczyk wie coś o Polsce i dlaczego przy domowym ognisku absolutnie nie wolno suszyć przemoczonych butów. I rzecz niezwykle istotna: w książce Joanny Lipowczyn i Bartosza Malinowskiego znajdziecie Państwo unikatową „instrukcję obsługi” tybetańskiej herbaty, czyli: jak pić, żeby nie pić i nie  obrazić gościnnych gospodarzy? J
Zakończenie:
Minusem książki była dla mnie forma narracji. Przeczytałam wszystko od deski do deski i wciąż nie wiem, dlaczego jej Autorzy wybrali dziwny melanż pierwszo- i trzecio osobowej narracji?
Jak zawsze, tak i tym razem śląskie Bezdroża  wydały książkę niezwykle starannie – szlachetny papier, estetyczna szata graficzna, której niewątpliwym atutem są zdjęcia z wyprawy. W swym archiwum z  I polskiego przejścia Wielkiego Szlaku Himalajskiego  Bartosz Malinowski i Joanna Lipowczan mają ich aż  10 000 . W książce- siłą rzeczy – pomieszczono ich niewielki   ułamek, ale są GRZECHU WARTE! Sami się Państwo przekonajcie!

recenzja: Majka Em


czwartek, 6 lipca 2017

Joanna Grzymkowska – Podolak „Zakochani w świecie. Malezja”

„Zakochani w świecie” – czy można przejść obojętnie  obok książki, która wabi takim tytułem? Nie można. Dlatego mimo że o Indiach przeczytałam  już kilka  ciekawych podróżniczych relacji, przed kilkoma miesiącami sięgnęłam po książkę Joanny Grzymkowskiej – Podolak „Zakochani w świecie. Indie”. I nie zawiodłam się, czego dowodem- dość obszerna „recenzja” zamieszczona  na blogu mojej córki. Tym razem Joanna Grzymkowska – Podolak wydała  drugą ze swych książek- wspomnień „Zakochani w świecie” poświęconą dwumiesięcznemu pobytowi w Malezji Jej i Jej męża, którego barwne zdjęcia  stanowią istotne dopełnienie treści.
Od czego zacząć? Od  Malezji czy Autorów? Chyba jednak od autorów. To dziennikarsko –  operatorskie małżeństwo. Ich życiowa dewiza brzmi: „Z marzeniami  i robieniem ważnych rzeczy nie ma sensu czekać”, dlatego swój czas  dzielą  na zawodowe obowiązki i poznawanie ( oraz smakowanie) świata.  Pani Joanna pisze: „Podróże to kawałki naszego życia.  Te wyjątkowe”, podczas których  eksplorują  świat, ale i dowiadują się o tym, „jak nam samym z sobą i ze sobą razem jest”.
Jeśli polecam gorąco lekturę książki  „Zakochani w świecie. Malezja”, to z dwóch głównych powodów; po pierwsze – by poznać odległą i dla większości Polaków wciąż egzotyczną  Malezję i by doświadczyć, jakim fajnym pełnym przyjaźni małżeństwem są jej Autorzy.
Teraz słów kilka o Malezji. Przede wszystkim olśniewa i onieśmiela  swym rozmachem i nowoczesnością. Stolica Kuala Lumpur to  miasto, w którym przybysze z Polski  czują się… technologiczne  zagubieni, by nie rzec – zacofani! Ale Malezja to także  prastara dżungla  licząca  ponad 130 mln lat! (dla porównania: najstarsza piramida egipska ma lat..5 tysięcy!). Malezja to gustowna mieszanka architektury, kultury i narodowości, gdzie  współistnieją trzy nacje: Malezyjczycy, Chińczycy i Hindusi. To chyba jedno z ostatnich miejsc na świecie, gdzie obowiązuje surowy zakaz publicznego… całowania się, gdzie wystawia się drakońskie grzywny za  zanieczyszczanie  przestrzeni publicznej i gdzie – jak czytamy – obok ortodoksyjnych muzułmanek paradują  Chinki ubrane w skąpe spódniczki.
LUDZIE. Ci mijani na ulicy,  poznani na chwilę i na dłużej – i w Indiach, i w Malezji niemal zawsze życzliwi, uśmiechnięci, skorzy do bezinteresownej pomocy, ciekawi przybyszy z dalekiego świata.  To przypadek?   Chyba nie. Wierzę, że do człowieka wraca to, co sam z siebie daje. Podolakowie  dają poznawanym ludziom swą intensywną, ale nie natrętną ciekawość. Już podczas lektury książki po Indiach  zwróciło moją uwagę, że Jarosław , gdy chce zrobić komuś zdjęcie, zawsze pyta   wpierw o zgodę. Joanna pisze  o mężu: „Jarek patrzy najpierw sobą, potem aparatem”, a pod jednym ze zdjęć: „Gdy się uśmiechasz do innych, uśmiechy wracają”. I to z pewnością  tłumaczy ich szczególną łatwość w przełamywaniu międzyludzkich barier. Sami otwarci, pogodni i szczerze zaciekawieni drugim człowiekiem („Oglądamy lub podziwiamy, ale nigdy nie oceniamy”) sprawiają, że ludzie im  to samo oddają; Natalia  z hotelu, która po dwóch dniach zaledwie dniach znajomości   pożycza im  pieniądze na bilet,  sprzątaczka w metrze, która bez  słowa pomaga kupić bilet,  kobieta z plemienia  Orang Asli, która  widząc niemy zachwyt Joanny obdarowuje ją swym  grzebieniem. Przeczytaj, Drogi Czytelniku, ile może zdziałać jedno słowo: tamilskienandrin  czyli „dziękuję” wypowiedziane przez Joannę w hinduskiej gospodzie; to zaledwie kilka z  postaci ( i sytuacji), które   warto poznać  za sprawą tej uroczej książki. Ale spotkania z ludźmi są nie tylko wzruszające. Są także zabawne i przekomiczne. Polecam absolutnie fragment o podróży górskimi serpentynami z kierowcą w… dość zaawansowanym wieku, którego prawo jazdy było nowiutkie niczym wiosenny listek. Polecam przepysznie odmalowane komiczne spotkanie z Chińczykiem, który 20 lat temu pracował z Polakami i zapamiętał jedynie: „Na źdrowie!” Podolakowie mają nie tylko  dar obserwacji, ale i spore poczucie humoru na własny temat. „Uwielbiamy śmiać się z siebie”- pisze Joanna, a ja jako dowód polecam  małżeński „armagedon”, który sprawił, że  jedną z największych atrakcji Malezji małżonkowie zwiedzali… oddzielnie. Ba, nawet wracali dwoma taksówkami, na koniec jednak „postanowiliśmy się jednak nie rozwodzić i dalej podróżować razem” J J. No i jak takich nie polubić? J
Dwa miesiące  spędzone w Malezji przez Podolaków  były niezwykle intensywne.  Podróżnicy poznali nowoczesne miasta  i prowincję, odwiedzili buddyjskie świątynie i meczety. Zachwycali się pocztówkowymi i aż nierealnymi w swej rajskiej urodzie plażami oraz plantacjami herbaty i… truskawek. Odbyli  ekscytujący „spacer” (canopy walk),  po kładkach  szerokości ok. 30 centymetrów wiszących ponad 600 metrów nad urwiskiem. Najsilniejszym jednak przeżyciem wydaje się miesięczna  wyprawa na Borneo, gdzie podróżnicy odwiedzają ośrodek rehabilitacji orangutanów ( przy okazji: czy wiedziałeś, Czytelniku, że   aż 97%  genów mamy wspólnych?!), eksplorują jaskinie i szukają dróg, by dotrzeć do long houses, długich  domów łowców głów. Tym jednak, co pozwoliło Im ( i nam, czytelnikom) przeżyć „strzał adrenaliny”,  magiczny zachwyt, ale i przerażający, wręcz pierwotny lęk był trekking po prastarej, potężnej , groźnej i nieprzeniknionej dżungli sprzed stu trzydziestu milionów lat.
Podolakowie konfrontują  swój racjonalny ogląd świata i stosunek do rzeczywistości z wiarą tutejszych ludzi w magię i duchy i trzeba przyznać, że są  to doznania niezwykle silne i  niemal  metafizyczne,  zaś ich lektura skłania do refleksji. Absolutnie polecam. Podolakowie dwukrotnie eksplorują  pierwotny las, który zachwyca i przeraża, uczy pokory i szacunku dla natury.
Tym, co według mnie podnosi wartość  książki „Zakochani w świecie. Malezja” jest szczerość i autentyzm  jej Autorki. Joanna  nie zgrywa  podróżniczki, która na podróżach „zjadła zęby”, przeciwnie - uczciwie  przyznaje, jak bardzo boi się ekstremalnych sytuacji ( vide: canopy walk)  i.. szczurów. Gdy małpa atakuje Jej męża, zwyczajnie  ucieka ( czego wstydzi się potem ogromnie), a gdy załamanie pogody uniemożliwia  powrót z dżungli, Joanna pisze otwarcie: „Panikowałam i traciłam rozsądek(…). Bałam się  strachem, którego wcześniej nie znałam”. W każdej z tych trudnych sytuacji mąż okazuje się  wsparciem i opoką, dlatego też Joanna pisze żartobliwie, ale całkiem szczerze, że w rankingu  na najlepszego męża, Jarosław zajmuje wciąż i niezmiennie 1 miejsce. J ( Przeczytajcie Państwo fragment, JAK Jarosław cieszy się, gdy żonie udało sie w końcu pokonać strach i przejść po wiszącym i rozkołysanym moście na drugą stronę!)
Podróże z rzadka  przebiegają  według ustalonego  wcześniej planu. Doświadczają tego i Podolakowie. Przygotowani do wyjazdu do Kambodży, w jednej sekundzie  zmieniają kierunek podróży, gdy w Internecie  pojawia się kusząca promocja lotu do… Malezji. Już na miejscu  wiele razy muszą zmieniać swe plany, bo – pora monsunowa i ulewne kilkudniowe deszcze  uniemożliwiają realizację  wcześniejszych zamierzeń ( pozostaje  tylko wrócić do pokoju i przespać frustrację, bezczynność, deszcz i resztę dnia), bo – kierowca busa wysadza nie-tam-gdzie-trzeba, tymczasem z nieba równo  leje (wiadomo - pora monsunu), a nasi podróżnicy są nieludzko zmęczeni i głodni. Innym razem- po wielodniowych poszukiwaniach łowców głów w rozsianych po dżungli wioskach, gdy wydaje się, że los sprzysiągł się przeciwko nim, przypadkiem (?!) odnajdują poszukiwanego człowieka w …miejskim szalecie! W tej podróży po Malezji i jej największej wyspie- Borneo Podolakowie  zaliczają dni, kiedy nic się nie układa, a małżeńska kłótnia o nic wisi na włosku  i dni, tak gęste od zdarzeń, że sprawiają wrażenie, „jakby trwały od kilku dni” ( Jarosław).  
Wielu wątków  tej interesującej  i pouczającej książki nie przytoczyłam. Celowo ominęłam wątek dewastacji środowiska naturalnego, gdzie odwieczna prastara dżungla  przegrywa  z ludzka chciwością, świadomie  pominęłam przebogaty wątek kulinarny, by tym goręcej zachęcić do lektury  wszystkich smakoszy i degustatorów „kuchni świata”. A jest w tej materii Malezja miejscem szczególnym, skoro – jak pisze Joanna – jedzenie to wielka namiętność Malezyjczyków, którzy „rozpieszczają się kulinarnie”. Trudno zatem się dziwić, że  wiele dni Podolakowie kończą „obżarci i szczęśliwi”. JJ
Każda podróż  ma swój początek i kiedyś się kończy. Książka także.  Dodam – książka niezwykle  pięknie i starannie wydana przez EDIPRESSE.  Po dwóch miesiącach  poznawania świata i zakochiwania się w nim – bez końca, Joanna wygłasza pean na cześć… łóżka, które „nie jedzie, nie buja i jest WŁASNE,  zachwyt WŁASNĄ łazienką  z WŁASNYM sedesem” i kończy słowami  Jacka Pałkiewicza, którymi „Mistrz” „namaścił” małżonków- podróżników  przed wyprawą: „Życie  daje każdemu tyle, ile sam ma odwagę sobie wziąć”.

Pani Joanno, panie Jarosławie – czekam na kolejną wyprawę Państwa , by w wygodnym  i WŁASNYM  J fotelu móc przeżyć z Wami kolejną przygodę i znów zakochać się w kolejnym skrawku świata. 

recenzja: Majka Em





wtorek, 18 kwietnia 2017

Zabrałam brata na koniec świata

Tyle co skończyłam  lekturę  niezwykle pięknej książki niezwykle pięknie wydanej przez śląskie  Bezdroża. „Zabrałam brata na koniec świata” to owoc prawie rocznej  podróży  czteroosobowej rodziny  przez 10 krajów Ameryki Łacińskiej.  Eliza,  Łucja i dwóch Wojciechów  czyli mama i córka, tata i syn Łopacińscy  z Torunia i Gwatemala, Belize,  Meksyk, Salwador,  Honduras, Nikaragua, Kostaryka,  Panama, Kuba, Kolumbia oraz Ekwador – 114 dni i  ponad 30 tys. kilometrów przebyte i przeżyte pod hasłem: „Jechaliśmy poznawać  świat i podpatrywać  ludzi żyjących inaczej”.

Zamiast wygodnego łóżka – śpiwór i karimata, zawartość  szafy  zredukowana do  plecaka. Noclegi – u życzliwych lokalsów  (o nich  zaraz nieco więcej!), ale i na plażach, a także w starej chacie  na zboczu wulkanu!

Jedzenie – wyłącznie lokalne, czyli spożywane  przez miejscową ludność. I wreszcie przemieszczanie się wyłącznie chicken busami – środkami transportu, które miłośnicy  literatury podróżniczej znają z niemal każdej książki bądź z autopsji;  stare i  wysłużone ponad  normę, („nawet tą bajkową”, tj. mające i 30 lat, i więcej!), z miejscami dla ponad setki kur i kóz i ich właścicieli  i czwórki i gringo ze swym ruchomym dobytkiem.

Po 30 godzinach  podróży, bez łagodnej klimatyzacji wita podróżników Gwatemala, „która ma w każdym oknie kraty, faceci  chodzą z nabitymi giwerami w kieszeni, a  ogrody otoczone są  drutem kolczastym pod napięciem” . Mocny początek, lecz jakby na przekór brutalnej rzeczywistości od pierwszego do ostatniego miejsca  tej podróży, z jednym czy dwoma wyjątkami Łopacińscy  napotykają ludzi  o gościnnych sercach i przeogromnej życzliwości, którzy otwierają swe domostwa i zapraszają gości z dalekiej Polski do swego życia.  „W czasach, gdy nie znamy naszych sąsiadów, gdzie mijają nas tysiące ludzi, pragnęliśmy stworzyć relację   z drugim człowiekiem.(…) Nastawiliśmy się na totalne branie i na korzystanie z dobroci innych”. – pisze Wojciech ( tata).

To i zminimalizowanie  kosztów wielomiesięcznej  podróży było  możliwe dzięki   couchsurfingowi,  który z kolei  jest możliwy dzięki Internetowi.  Spotkania Łopacińskich  z mieszkańcami Ameryki Łacińskiej to temat na osobną książkę!  Moją pasją jest literatura podróżnicza , przeczytałam  już morze książek – wspomnień i mimo zagrożeń, jakie niesie  z sobą współczesny świat i podróże w dalekie  strony ( często – w pojedynkę!), zawsze potwierdza się, że w człowieku jest ocean dobra i życzliwości, że podróżnik z dalekiego świata to nie „materiał” do oskubania, lecz ktoś, kto w naturalny sposób wyzwala  potrzebę pomocy i  opiekuńczości. „W Ameryce Południowej – wspomina Wojciech, tata – gdzie dla telefonu komórkowego potrafią zabić i strach jest chodzić wieczorem po ulicy”,  kierowca chicken busa  zawraca, by odszukać i oddać Łopacińskim zgubiony plecak z laptopem i projektorem multimedialnym, lekarz, obchodząc przepisy i samemu się narażając, bezinteresownie zaopatruje rodzinę w antybiotyk i niezbędne środki opatrunkowe, zaś  gospodarze goszczący rodzinę z Polski  biorą urlop, by obwieźć  gości po swym kraju i pokazać  to, co w nim najpiękniejsze.  Dwadzieścia rodzin, nie zawsze bogatych, lecz zawsze  ciepłych, serdecznych i ciekawych przybyszów  z daleka, o których Eliza, mama napisze: „W tej podróży cały czas spotykamy wspaniałych ludzi”.

 Podróż Łopacińskich obfituje we wzruszające  sytuacje; Lusia i Wojtuś ( córka i syn) są świadkami poruszającej demonstracji  hawańskich Kobiet w bieli (Damas el Blanco) i niezwykłej odwagi ich ojca ( koniecznie przeczytać!!!!), co rusz widzą na ulicach dzieci od najmłodszych lat  zarabiające na chleb i dociera do nich prawda, że poza Internetem i nowoczesnością  wciąż istnieje świat, w którym „czerpie się wodę ze studni, nie używa papieru toaletowego i robi pranie na kamieniu w rzece”, że toaletą może być dziura w betonie, a kuchenkę stanowić taboret  z jednopalnikową kuchenką!  Ojciec Wojciech pisze: „Daliśmy dzieciom  niesamowitą szkołę życia”,  a ja dodam, że częścią tej  „nauki” była  realizacja projektu wymyślonego przez  tatę Wojciecha , a zatytułowanego „Szkoły świata. Z dziećmi do dzieci”.  W swą  wielomiesięczną podróż  Łopacińscy zabrali laptopy, projektor, flagi biało-czerwonej i toruńskie pierniki w ilościach których zupełnie się pogubiłam! J W miejscowościach, w których nocowali, Łopacińscy szli do szkół, a tam Lusia i Wojtuś  - początkowo stremowani i tylko po angielsku, potem – po hiszpańsku i z dziecięcą spontanicznością, opowiadali  swym rówieśnikom  o dalekiej Polsce, wyświetlali filmy z Bolkiem, Lolkiem i Reksiem, tańczyli poloneza, śpiewali nasz  hymn  i częstowali toruńskimi piernikami.  Pomysł – genialny w swej prostocie i nie do przecenienia , gdy idzie  o jego wartość!!!

Książka „Zabrałam brata na koniec świata”  ma niecodzienną narrację. Jej  autorami  jest cała czwórka podróżników; pisze mama i tata, córka i syn. To ciekawy pomysł, zwłaszcza gdy jakiś epizod  możemy ujrzeć z kilku perspektyw. Opisom wrażeń towarzyszą liczne  i piękne  zdjęcia i – nowość -  tzw. QR-y, dzięki którym możemy obejrzeć filmiki z pobytu w każdym z odwiedzonych krajów.

Przygodami i przeżyciami  ze swej podróży  Łopacińscy mogliby obdarować niezłą gromadkę chętnych! Na Belize pływali z rekinami ( czy wiedzieliście Państwo, że  rekin potrafi wyczuć kroplę krwi w 115 litrach słonej  wody?!), w Meksyku obserwowali poród  żółwi i kupowali ser… na metry(!), a w Ekwadorze  odbyli morską podróż  na spotkanie z wielorybem. W Panamie obserwowali obchody 100 lecia Kanału Panamskiego i „wychodzili” audiencję  u  króla Indian Naso. W Hondurasie nie pozwoliły im zasnąć  nocne porachunki narkotykowych gangów, a w Kostaryce –drgania skorupy ziemskiej  ( ok. 30 w ciągu każdego dnia!).  Poznali plantacje kawy i ananasów, kąpali się w gejzerach, zdobyli ( i zatknęli polską flagę!)  na 6,5 wulkanach i poznali cztery główne ośrodki  cywilizacji Majów. To nie wszystko! Po Hawanie  podróżowali  Lincolnem z …1949 roku i z rozdziawionymi buziami ( Wojtuś i Lusia) oglądali  maluchy, duże fiaty i polonezy mknące po ulicach kubańskiej metropolii. Tu tata Wojciech  udziela dzieciom cennej lekcji  z socjalizmu, który z Polsce BYŁ, a na Kubie wciąż  JEST, a którego atrybutem są   puste sklepy, na    półkach których królują wiadra, konserwy i… rum!  A mimo to  Kuba ( i książka!)  potrafi zauroczyć, skoro  czytam: „Zakochaliśmy się  w  Hawanie i raz jeszcze w sobie” J ( mama Eliza).

Bezcenne spotkania z ludźmi,  przygody, których nie da się wymienić  za jednym razem i wreszcie lokalne przysmaki! To też rozdział, który mógłby rozrosnąć się  do osobnej książki.  Pupusa, owoce lulo, guajawy i sapote, babako czyli  owoce szampańskie ( czemu takie – przeczytajcie Państwo sami J). Upieczona świnka morska, frytki z.. juki i juka gotowana, omlet z krabami, prażony banan  z pastą z fasoli i ta ostatnia – fasola czyli frijoles -  w każdej postaci, w każdym niemal posiłku! Łopacińscy  jedzą absolutnie wszystko poza żywymi robakami, na które jednorazowo skusili się – najpierw Wojciech syn, a po nim – Wojciech ojciec! Wszystko – jak zapewniali-( poza robakami!)   było  smaczne, pachnące, niezwykłe. Nam wypada  jedynie wierzyć i czekać  z niecierpliwością na  kolejne książki   tej niezwykłej rodziny z Torunia.  Lusia, najmłodsza   podróżniczka, w ostatnich słowach zapewnia, że tytuł książki jest jak najbardziej uprawniony, skoro  przed nią, jej bratem oraz rodzicami –„kolejna podróż w inne kraje Ameryki Południowej, a także Afryka i Azja”.
recenzja: Majka Em


Zabrałam brata dookoła świata. Ameryka Łacińska, Autorzy: Lusia oraz Wojtuś, Eliza i Wojciech Łopacińscy, wyd. Bezdroża 2017

poniedziałek, 27 marca 2017

Indonezja. Po drugiej stronie raju

Selamat siang – dzień dobry J. Tak mogłaby się przywitać z Państwem Autorka książki wydanej przez śląskie Bezdroża pod wymownym tytułem ‘Indonezja. Po drugiej stronie raju”. Z demonstracyjnego egzemplarza, którego lekturę tyle co zakończyłam, niewiele mogę się o Annie Jaklewicz dowiedzieć. Ma ok. 30 lat i nad życiową stabilizację – jak dotąd – przedkłada życie, o którym pisze: „Wszędzie na chwilę, nigdzie na stałe, [niemal zawsze] z biletem w jedną stronę”.

„Indonezja. Po drugiej stronie raju” to zapis Jej dziewięciomiesięcznej podróży rozpoczętej jesienią 2016 roku. Bule Jaklewicz czyli „biała”, obca wybiera kilka spośród ogromnej masy indonezyjskich wysp i są to najczęściej te, które „ledwo zaznaczono na mapach kropką”. Sulawesi, Sampela, Wyspy Korzenne, Bugijczycy i lud Bajo, Tarajowie i plemie Wana – pięć miejsc, pięć ludów, pięć rozdziałów i idea: Pokazać skrawek tego 250 milionowego kraju i jego prawdziwe oblicze, które kruszy lukrowany pocztówkowy stereotyp pięknych plaż z palmami i równie pięknych, uśmiechniętych i niezmiennie życzliwych ludzi.

W rozdziale I poznajemy przedstawicieli tzw. piątej płci, czyli bissu. „Są i kobietą , i mężczyzną, choć żadnym z nich”(?!) i choć to całkiem zagmatwane, dla wyjaśnienia – odsyłam do książki. Bissu czyli szamani, to pośrednicy między ludźmi, duchami i bogami. Za ich przyczyną wkraczamy w głąb świata bugijskich wierzeń, uczestniczymy w obchodach święta mappalili przypadającego na początek pory deszczowej, którego głównym bohaterem jest… święty pług!

Rozdział II przenosi nas na wyspę Sampela, do wioski ludu Bajo, „której nie ma na mapach”. To zaledwie kilkanaście domów na palach, kilka drewnianych pomostów zamiast ulic, tubylcy i ONA – jedyna biała. Wokół rafy koralowe ustępujące rozmiarami tylko tej wielkiej u wybrzeży Australii, nietrudno więc się domyślić, z czego żyją morscy cyganie, czyli wg słów legendy ludzie–ryby lepiej widzący pod wodą niż na lądzie! Autorka przybywa tu, by wyprawić się na cumi-cumi czyli kałamarnice, by zbierać małże i trepangi oraz szukać cari gurita czyli ośmiornic.

W kolejnym rozdziale przenosimy się na Wyspy Korzenne, skąd pochodzi gałka muszkatołowa i goździki. Jaklewicz przybywa tu, by – jak pisze –„tropić historię i szukać europejskich śladów”.
W rozdziale IV odwiedzimy za Autorką wioskę Lempo Sengbua, którą zamieszkuje lud Torajów. Jaklewicz dostaje propozycję noclegu w jednym pokoju z… trumną dziadka ( i dziadkiem – zmarłym! – w trumnie!!!), który na swój pogrzeb czekał kilka lat! I tylko dla Europejczyka to propozycja szokująca, bowiem Torajowie wyznają filozofię, iż wokół śmierci kręci się całe życie, a pogrzeby są ważniejsze niż wesele. Lud Torajów i ich życie wespół ze zmarłymi krewnymi pod jednym dachem pokazała w jednym ze swych programów podróżniczych Martyna Wojciechowska, zainteresowanych odsyłam więc do Jej cyklu „Kobieta na końcu świata”. Jaklewicz uczestniczy w dziewięciodniowych obrzędach pogrzebowych owego dziadka, a w ich trakcie odwiedza okoliczne zabytkowe cmentarzyska i grzebalną skałę, w której pierwsze pochówki urządzano już 2 tysiące lat temu.

I ostatni rozdział – poświęcony ludziom lasu czyli plemieniu Wana. To absolutna indonezyjska peryferia świata, gdzie we wsi Ratavoli w jedenastu bambusowych chatach żyje pięćdziesięciu mieszkańców, w tym trzech szamanów. „Tu szkoła, radio, telewizja, książki – to nowości sprzed kilku lat wcześniej w tym rejonie nieznane”, najbliższy szpital znajduje się o 3 dni drogi stąd, a przed Jaklewicz było ty zaledwie trzech białych! I może dlatego przyjęcie bule czyli obcej jest pełne chłodu i rezerwy. Autorka zapowiada ich jako „ludzi bez uśmiechu”, ale kończy rozdział słowami, które warto przytoczyć: „Nikt w tej podróży nie przywitał mnie tak chłodno i nie żegnał tak serdecznie jak oni. Na zaufanie musiałam zasłużyć”. Czym? W zgodzie z otaczającym ją światem i warunkami życia Jaklewicz uznaje wyższość bosych stóp i przegraną trekkingowych butów za kilkaset złotych. Bez cienia niechęci uczy się za sprawą miejscowych kobiet, jak kąpać się i prać jednocześnie, jak obywać się bez papieru toaletowego i jak korzystać z „naturalnej spłuczki”! W tej szkole życia jest uczennicą, ale i nauczycielką. Uczy miejscowe dzieci angielskiego i przepyszny to fragment wspomnień, gdzie Jaklewicz pisze, z jak niegasnącą ciekawością dzieci lasu, które nigdy nie chodziły do szkoły, chłoną wiedzę! I choć za tablicę służy szary papier zawieszony na sznurku od bielizny, choć mijają 3 godziny nauki, dzieciom wciąż mało, a gdy przychodzi sobota, od świtu czekają na przebudzenie „pani od angielskiego”! Autorka uczy SIĘ i sama uczy, ale też konsumuje bez cienia niesmaku lokalny przysmak- larwy chrząszczy żyjących w pniach palm i uczestniczy w rytuale uzdrowień, a także w niedzielnym nabożeństwie zielonoświątkowców. Suma tych wszystkich doświadczeń pozwala Jej napisać: „Są i takie podróże, które odkrywają przed nami prawdę, pozwalają poznać, a nie tylko zobaczyć, doświadczyć, a nie tylko dotknąć”. Anna Jaklewicz podróżuje po Indonezji i stara się poznać wybrane plemiona, żyje ich życiem, je to, co oni jedzą i skarbi sobie sympatię, mimo że jest bule.

Świat stał się globalną wioską. Egzotyczną przez lata Indonezję odwiedza z roku na rok coraz większa liczba turystów. Ilu z nich poza oszałamiającą swym pięknem przyrodą i rajskimi plażami dostrzeże i zainteresuje się tym, co „po drugiej stronie raju”? Z reguły ów świat nie wygląda pięknie. Przeciwnie –często boleśnie zdumiewa, zasmuca przeraża. Ale to TEŻ prawda o Indonezji i dla pełnego obrazu, dla poszerzenia naszej świadomości i wrażliwości gorąco książkę, o której mowa, polecam. Po drugiej stronie raju poznamy krwawe i wstydliwe dzieje podboju tej części świata przez Anglików i Holendrów, którzy przez XVII i XVIII wiek walczyli o zdobycie monopolu w obrocie gałką muszkatołową i goździkami. Że walka to była krwawa niech świadczy fakt, że za „panowania” holenderskiego gubernatora Coena populacja wysp Banda z 15 tysięcy zmalała do niespełna jednego tysiąca! Równie bezlitosne wydają się dzieje walk o „rząd dusz”. Oficjalnie Indonezja to największe muzułmańskie państwo świata, gdzie islam wyznaje prawie 90% kraju. I choć obok znaleźli swe miejsce chrześcijanie i wyznawcy niezliczonej liczby kultów animistycznych, to przecież co rusz wybuchają zatargi na tle religijnym. W 2000 roku na Molukach w krwawym trzyletnim religijnym konflikcie życie straciło 5 tysięcy muzułmanów i chrześcijan. Tu także coraz powszechniejsze staje się zjawisko kryzysu powołań i nie chodzi bynajmniej o katolickich księży; szamani porzucają odwieczne wierzenia i wolą zostać… fryzjerem czy organizatorem wesel, „bo na tym da się zarobić”!

Tym, co głęboko porusza i zasmuca jest problem niszczenia środowiska naturalnego. Bali – rajska wyspa wciąż dumnie ukazuje światu pocztówkowe swe piękno, ale już w głębi archipelagu piękno zdaje się umierać bezpowrotnie. Jaklewicz pisze o lasach, „ których coraz mniej dookoła”. Jeszcze 100 lat temu zajmowały 84% powierzchni Indonezji, teraz tylko połowę! Tylko w 2012 roku ubyło ich aż 85 tys. hektarów! To niemal całe nasze województwo opolskie- dodaje Autorka. Przez ostatnie 45 lat obszar zajmowany przez plantacje palm olejowych zwiększył się trzydziestokrotnie! Dziś to 11 mln hektarów – tyle co mniej więcej 1/3 powierzchni Polski! „Lasy znikają – pisze Autorka – a wraz z nimi zwierzęta”. Równie ponuro maluje się stan wód oblewających indonezyjskie wyspy. W wodach Pacyfiku pływają plastikowe torebki, butelki, aluminiowe puszki i styropianowe pojemniki. W 2012 roku z rajskich plaż na Bali dziennie zbierano ok. 250 kg odpadów wyrzuconych przez morze. W 2013 roku – 20 ton!!! Co innego jednak poruszyło mnie do głębi. Czy wiecie Państwo, że na ryby można „polować” za pomocą trutek gula gula i podwodnych bomb?! Te pierwsze wypełnia mieszanka wody i…cyjanku potasu, który podtruwając ryby, czyni je dziecinnie łatwymi do odłowienia. Sęk w tym, że cyjanek podtruwa i ryby, i wodę, w której żyją, a to już stanowi poważne zagrożenie dla ryb, raf i koralowców na nich żyjących! Podobny skutek niszczący wywołuje inna z „metod” połowu –na bomby! Podwodne eksplozje zabijają ryby, z rybaków nierzadko czynią kaleki na resztę życia, a podwodny raj zamieniają w podwodne cmentarzyska. Autorka pisze: „Uszkodzenia rafy od pojedynczych bomb zaczynają się regenerować po 5, 10 latach. Powtarzające się eksplozje sprawiają, że koralowce na zawsze tracą zdolność odbudowy.(…) Zbombardowana rafa, która jeszcze przed chwilą była feerią barw, kształtów i form życia, teraz przypomina Warszawę tuż po wojnie”. Cóż, jak wszędzie indziej na świecie pogoń za zyskiem za wszelka cenę odbiera ludziom rozum i zdolność myślenia. Jaklewicz pisze: „Rybacy nie liczą długofalowych strat, tylko doraźne zyski”.

Bardzo bym nie chciała, by Indonezja. Po drugiej stronie raju niechęciła potencjalnego czytelnika, uczciwość jednak każe dostrzec zarówno jasną, jak i ciemną stronę świata, nad którym – choć wciąż urzekającym – gromadzą się ciemne chmury. Zakończmy jednak optymistycznie…. polskim akcentem. W wielu miejscach na kuli ziemskiej ludzie nie wiedzą, gdzie leży Polska, ale wiedzą, kto to Wałęsa czy papież Polak. W indonezyjskich wioskach rozrzuconych na bezkresnym oceanie polskim nazwiskiem znanym ich mieszkańcom był… Robert Lewandowski J.


recenzja: Majka Em

czwartek, 16 lutego 2017

Upały, mango i ropa naftowa

 „W sklepach brakuje wszystkiego: od papieru toaletowego i mąki kukurydzianej po mleko, cukier, olej, mydła, szampony i inne detergenty. No, po prostu – wszystkiego!”

„Jajka kupuje się spod lady w sklepie żelaznym, po mleko trzeba ustawiać się  w środku nocy”.

Dla starszego pokolenia Czytelników brzmi znajomo? Spieszę  z  wyjaśnieniem: To nie obrazek z zamierzchłych lat 80-tych ubiegłego wieku i końca PRL-u, choć rzeczywistość - niemal identyczna. Tym razem mowa o… Wenezueli AD 2015, w której Autor książki – Wojciech Ganczarek - spędził niemal rok. Ze skrzydełka dowiaduję się, że to absolwent fizyki teoretycznej i matematyki stosowanej. Brzmi poważnie, ale i czasem od życia w świecie nauki i poważnych artykułów dotyczących mechaniki kwantowej (!) trzeba wziąć urlop. Ganczarek wsiada na swój wiekowy dwudziestopięcioletni rower i przez półtora roku eksploruje  Amerykę Łacińską.  Książka, która stała się powodem niniejszych słów- „Upały, mango i ropa naftowa” wydana przez śląską oficynę Bezdroża,  to owoc dziewięciomiesięcznej niespiesznej włóczęgi (?) po Wenezueli. Wraz z Autorem pedałujemy przez bezkresne wenezuelskie równiny i górzyste stany. Resztką sił   w nogach i kołach (!) pokonujemy andyjskie przełęcze (3.625 m.npm!) i odpoczywamy na pocztówkowej urody karaibskich plażach. Zwiedzamy  wielkie miasta  i  maleńkie wioski, nadmorskie plaże i andyjskie osady zagubione w gąszczu zieleni – słowem – jak pisze Ganczarek –„przestrzeń i wolność”.  Myliłby się jednak ktoś, kto by oczekiwał kolejnej stricte podróżniczej książki z serii: „Byłem, zobaczyłem ( zwiedziłem), opisałem”. Ganczarek ma o wiele ambitniejsze plany! Podróż przez Wenezuelę daje powód do dokładnego poznania tego wielowymiarowego kraju, dlatego  też oprócz bajowych  widoków i zjawisk ( tęcza W NOCY!) dostajemy  oszałamiającą, wieloaspektową prezentację wszystkich chyba obszarów życia tego egzotycznego bądź-co-bądź dla Europejczyka kraju.  Polityka i  gospodarka, historia i kultura, kastowość i religia i wreszcie  rola kobiety i mężczyzny, a co za tym idzie – (szokujący) model rodziny, a wszystko to poparte dogłębną analizą Autora, podpartą  przedrukami obszernych wywiadów z tamtejszej prasy. To dlatego na obwolucie książki  stoi, że jest ona dla tych, „którzy nie tylko pragną POZNAĆ, ale i ZROZUMIEĆ”. Oddajmy głos samemu Autorowi: „Książka jest polifoniczna . rozpina się od uśmiechów codziennych spotkań po polityczne i gospodarcze analizy, socjologiczne teorie, przeplata wilgoć deszczu i smak kakao”, zaś  ogląd spraw – jak pisze Autor – jest „nieobarczony prostymi stereotypami wyobrażeń o Wenezueli”.

Wenezuela to kraj o największych rezerwach ropy naftowej na świecie! Jak więc  połączyć  i zrozumieć to midasowe bogactwo z szalejącą inflacją, pustymi półkami, głodowymi płacami ( cena opony do samochodu to równowartość… trzech urzędniczych pensji!) i rekordową przestępczością?! Słowem – skoro jest dobrze, to czemu jest tak źle?! Oddajmy znów głos samemu Autorowi. By na to i inne pytania odpowiedzieć, trzeba poznać mechanizmy polityczno – ekonomiczne Wenezueli.  Tak, wiem, nie brzmi to zachęcająco, ale zapewniam, że sposób, w jaki Ganczarek przeprowadza nas przez skomplikowaną  i niejednoznaczną rzeczywistość tego odległego kraju budzi ciekawość, a potem zrozumienie. Ganczarek pokazuje i tłumaczy fenomen Hugo Chaveza, do 2013 roku prezydenta Wenezueli, jego politykę „rozdawnictwa”, subsydiów i dopłat, które uczyniły z obywateli rentierów naftowej bossy. Czy wiecie Państwo, że w XXI wieku istnieje kraj, w którym władza rozdaje mieszkania, pralki, telewizory, lodówki, gdzie  działa Ministerstwo… Szczęścia, na czele którego stoi wiceminister ds. Wyższego Szczęścia Społecznego!!!? Nie, nie, to nie żart! Więc znów pytanie: Skoro jest tak dobrze, to czemu jest tak źle?! Wojciech Ganczarek serwuje  nam krótki ( i zrozumiały!)  kurs ekonomii made in Wenezuela i pokazuje, że to kraj absurdów i kontrastów, w którym „ nic nie jest pewne i wszystko jest możliwe”. Oto kilka przykładów ( „smaczków”):

·       właściciel hektarów ziemi, na której pasą się mleczne krowy, na co dzień używa (wystanego w kolejkach!) mleka w proszku, „bo na pastwisko za daleko, a to mleko [w proszku!] to władza  rozdaje i taniej wychodzi” (!)

·       w Caracas, stolicy kraju występuje  największa  dzielnica biedy w całej Ameryce Łacińskiej, z która kontrastują hektary luksusowych  strzeżonych dzielnic.

·       Gdy tylko są ( a są  z rzadka!) dolary, kupuje się je po oficjalnym kursie – 6,30 boliwarów za jednego dolara i odsprzedaje na tzw. czarnym rynku za… 800 boliwarów (to  kurs z października 2015 czyli z czasu, gdy  powstawała niniejsza książka).

Oddajmy raz jeszcze głos samemu Autorowi: „Wenezuela opływająca w ropę nie dorobiła się solidnych podstaw dla krajowej gospodarki. Nad łatwym zyskiem nie ma kontroli, a zyski z eksportu surowca skupione w rekach rządu stają się żyzną glebą pod bujny wzrost korupcji, malwersacji finansowych czy zwykłej nowobogackiej beztroski”. I nieco dalej: „Szacuje się, że  84% wielomiliardowych zysków z ropy w latach 2003-2012 zostało zwyczajnie przejedzonych”.

Zostawmy jednak skomplikowane  stosunki polityczno – ekonomiczne Wenezueli.  Tym, co stanowi największą wartość każdej podróżniczej książki, a taką jest – mimo wszystko – książka Wojciecha Ganczarka, są ludzie i spotkania z nimi.  W tej akurat materii „Upały, mango i ropa naftowa” wpisują się  w żelazny schemat gościnności i uczynności  względem przybysza z daleka. Wprawdzie mało kto widząc Autora na rowerze pedałującego w morderczym upale lub w niemal arktycznym zimnie jest w stanie uwierzyć, że widzi to, co widzi J; wszak Wenezuela to kraj, gdzie niezależnie od pustych sklepowych półek na drogach królują najnowsze modele Toyoty, Land cruiserów, Nissanów, Humerów, Jeep`ów ( Autor ironizuje: Samochody godne kraju pogrążonego w kryzysie”!). „Ja na rowerze to najdalej może do piekarni” – słyszy Ganczarek, ale gdy następuje pierwsza, a za nią kolejne awarie roweru, łańcuszek ludzi dobrej woli  wydobędzie niemal spod ziemi brakujące części. Autor  tłumaczy ów fenomen następująco: „W kraju, w którym codzienność zaskakuje nadzwyczajnymi uniedogodnieniami ludzie  tym bardziej dbają o przyjezdnego. Przecież skoro im żyje się ciężko,  a są  już przyzwyczajeni, to jak ciężko musi być komuś z zewnątrz”.

W przydrożnych barach i pomniejszych sklepikach ( nigdy, co podkreśla Autor, w państwowych  supermarketach!) sprzedawczynie  pilnują pustych półek, ale klienta witają obowiązkowym promiennym uśmiechem i słowami: „Kochanie”, „Królu mój”,  „Książę młody”…J

W swej podróży Ganczarek  wielokrotnie zachwyca się  niepospolitą ( i wciąż…poprawianą!) urodą kobiet, co nie przesłania mu prawdy o rzeczywistej ich pozycji w zdominowanym przez kulturę macho społeczeństwie. SAMICA  ( spieszę  wyjaśnić, że słowo to w  tamtejszej kulturze absolutnie pozbawione jest pejoratywnego, polskiego wydźwięku) i MATKA – to dwie skrajne role przypisane wenezuelskim kobietom, ale do szczegółowych i precyzyjnych,  wyczerpujących wyjaśnień w tej materii odsyłam do lektury książki.

Zresztą i Wenezuelczyk to  mężczyzna  obowiązkowo urodziwy, uśmiechnięty i mega-zadbany i tego kultu zewnętrznego piękna  nie jest w stanie podważyć drugie dno wyłaniające się  w tamtejszej  rzeczywistości. Każdy Wenezuelczyk ma  7 miłości: Bóg, mama, równina, kobieta, dzieci, koń i pies.  Zdumionych tą hierarchią odsyłam do książki, która wyczerpująco odpowie na wszelkie wątpliwości!

O systemie wartości w tym – co by nie rzec- zdemoralizowanym społeczeństwie dużo mówi  pewien „eksperyment”; poproszono Szwajcarów, by dopisali antonim do słowa: cwaniak. To „człowiek honoru, uczciwy, itd.” Dla Wenezuelczyka jednak to: frajer i głupiec”!!! Ganczarek tłumaczy, iż takie postrzeganie to nie kaprys czy zachcianka, lecz konieczność i dodaje: „ Tu [w Wenezueli] przebiegłość przyjmuje się za cnotę, a chytrość darzy się rozumem”.

Dalej, cytując za Autorem, Wenezuela to kraj samych NAJ: najwięcej ropy,  najdłuższy most, najwyższy wodospad, najpiękniejsze kobiety, ale i… największe zadłużenie i najmniej odpowiedzialny rząd!

Na zakończenie wzruszający akcent polski; W trakcie swej wielomiesięcznej podróży Autor  spędził Boże Narodzenie u jednej z miejscowych rodzin. Jedną z krewnych była wiekowa Polka, która opuściła ojczyznę 70 lat temu. Poza słowem „dobrze” nie pamiętała już nic.  Jakież więc było zdumienie i wzruszenie Autora, gdy podczas śpiewania kolęd staruszka w całości i bez pomyłek odśpiewała „Wśród nocnej ciszy”, „Bóg się rodzi” i „W żłobie leży” J.

I jeszcze jedno…zakończenie ( na pewno już ostatnieJ).  Pora wyjaśnić, dlaczego tytułowe upały, mango i ropa według Autora są trzema  największymi przekleństwami  Wenezueli. Nie, nie, tego jednak nie zdradzę, w zamian zachęcając gorąco do lektury książki, dzięki której  nie tylko POZNAMY piękny kraj pięknych ( i szczęśliwych?) ludzi, ale i go ZROZUZMIEMY.

recenzja: Majka Em


niedziela, 8 stycznia 2017

Utracony świat. Leona Barszczewskiego podróże po XIX wiecznej Azji Środkowej

Mam przed sobą  książkę niezwykłą, która bez wątpienia ma dwóch bohaterów. Pierwszy – to jej Autor: Igor Strojecki, drugi – to jego pradziad, Leon Barszczewski.

Igor Strojecki  dokonał rzeczy mozolnej, drobiazgowej i trudnej – odnalazł i zebrał spuściznę  swego sławnego ( a dziś -  niestety – zapomnianego) przodka, z niezwykłą starannością  ją uporządkował, opracował i opublikował w postaci książki pod znamiennym tytułem „Utracony świat”!

Życiem i tym, co osiągnął oraz pozostawił po sobie Leon Barszczewski można by obdzielić  kilka osób! Jako oficer armii carskiej ( pamiętajmy, że mowa o czasach, gdy Polska jest pod zaborami) przeniesiony zostaje  do Turkiestanu, gdzie pozostaje    21 lat (1876-97)z pasją oddając się poznawaniu i eksploracji  rozległych i w większości jeszcze niezbadanych terenów Azji Środkowej; Pamir, Ałtaj, Buchara, Samarkanda,  Turkiestan , ale i Afganistan, Chiny i Mongolia – przemierzył je w trakcie  kilkudziesięciu ekspedycji wzdłuż i wszerz. W wielu z tych miejsc był pierwszym Europejczykiem, który pojawił się w zagubionych pośród  dzikich, majestatycznych gór kiszłakach ( wioskach). [W jednej  z nich napotka  chatkę buddyjskiego kapłana, który widzi człowieka pierwszy raz  od… pięćdziesięciu lat!] Wykonując polecenia wojskowe bada możliwość górskiego przejścia  między Afganistanem i Indiami. Penetrując  azjatyckie góry wielokrotnie  korygował dotychczasowe mapy, nanosił nowe drogi, badał górskie jeziora i źródła, przede wszystkim jednak oddając się największej pasji swego życia – odkrywaniu i badaniu środkowoazjatyckich lodowców. Leon Barszczewski jest  ich pierwszym  pozaeuropejskim badaczem i najwybitniejszym dziewiętnastowiecznym  znawcą.

Z kolejnych wypraw  przywozi okazy flory i fauny (czosnek Barszczewskiego, który rozkwita na wiosnę białym kobiercem pośród leśnego runa nosi nazwę na cześć jego odkrywcy), równolegle z geograficznymi prowadzi też  badania geologiczne i   archeologiczne.  Zbiór jego  wykopalisk z okolic Samarkandy w XIX wieku uznawany był  za największą prywatną kolekcję starożytności regionu Azji Środkowej, którą jeszcze za życia przekazał  nieodpłatnie do Muzeum Historii Samarkandy.

 Łatwiej byłoby napisać, czym się  Barszczewski nie zajmował, bo interesowało go absolutnie wszystko! Na jednej ze stron książki aż jedenaście(!)  linijek zajmuje wyliczenie tego, co Barszczewski odkrył w samym tylko okręgu Samarkandy; złoża  rudy żelaza i ołowiu, srebro i węgiel kamienny, turkusy i kryształy górskie, złoto i wiele, wiele, wiele innych.

Barszczewski biegle władał  rosyjskim, turkmeńskim, tadżyckim, arabskim i uzbeckim, poznał też lokalne języki i ich narzecza, co pozwoliło mu  nawiązywać bliższe  relacje z półdzikimi ludami azjatyckiego świata na końcu ówczesnej cywilizacji.

Leon Barszczewski to nie tylko podróżnik i badacz,  ale przede wszystkim piękny człowiek. Jako pierwszy bodaj Europejczyk  zwraca uwagę i jest pełen współczucia dla trudnego położenia muzułmańskich kobiet, ze swych oszczędności pomaga  polskiej diasporze ( byli zesłańcy, po zsyłce osiedleni w Turkiestanie) doposażyć kościół katolicki.  W swych wędrówkach nigdy nie pozostaje obojętny na los potrzebującego człowieka i gdy zachodzi taka potrzeba, przerywa pracę badawczą i leczy mieszkańców wysokogórskich wiosek dzieląc się z nimi chininą i tym, co akurat posiada.  Sam zresztą w swych Dziennikach (nielicznych, które ocalały) tak o sobie pisał bez cienia kokieterii: „Wiele razy wychodziłem cało z opresji, ale mój stosunek do mieszkańców był zawsze serdeczny, starałem się wniknąć w ich życie, zwyczaje i obrzędy, wierzenia i przesądy. Zjednałem sobie wśród nich wielu prawdziwych przyjaciół”.  Chyba największym z nich był Tadżyk Jakub, który oddał Barszczewskiemu 19 lat swego życia  jako jego niestrudzony przewodnik i wierny towarzysz wszystkich ekspedycji. Tak po latach wspominał swego pana: „Nigdy nie dał mi odczuć swej wyższości,  (jego) skromność wprawiała mnie w zdumienie. Tylko człowiek prawdziwie  wielki mógł być tak prostym, skromnym, uprzejmym, a jednocześnie ujmującym”.

Na okładce książki  czytam, że Leon Barszczewski to  bohater londonowski, to polski Indiana Jones. Trafne porównania! Ja dodałabym  jeszcze: człowiek renesansu – niepospolity umysł o niewiarygodnie szerokich horyzontach, a przy tym  pracowity i  niezłomny.

Na koniec należy jeszcze wspomnieć , że poza  rozlicznymi  zainteresowaniami i poza miłością  do lodowców, wielką pasją Leona Barszczewskiego była fotografia. Książkę ubogacają jego liczne  zdjęcia, które  dają wyobrażenie i przedsmak tego, jak przepotężną i groźną, ale i bajecznie piękną  częścią  naszego globu jest Azja Środkowa.  Jego spuścizna  fotograficzna, mimo że w większości zaginęła  w zawierusze dwóch wojen światowych, stanowi dziś unikalny dokument  życia codziennego i społecznego mieszkańców Azji  Centralnej w XIX wieku. Dwadzieścia jeden lat spędzonych  na środkowoazjatyckich ziemiach zaowocowało tysiącami  klisz ilustrujących piękno  gór, dolin, rzek, lodowców. Do dziś dotrwało ich zaledwie kilkaset. Podobnie z jego szkicami, notatkami i dziennikami – świata, który Barszczewskiego fascynował i który dokumentował,  już nie ma, stąd tytuł – „Utracony świat” – zatrzymany jedynie na kliszach w kolorze sepii.

„Utracony świat. Leona Barszczewskiego podróże po XIX wiecznej Azji Środkowej” nie jest lekturą łatwą, polecam ją jednak miłośnikom biografii ludzi niezwykłych i przez szacunek dla  benedyktyńskiej pracy jej Autora – Igora Strojeckiego.

Na koniec raz jeszcze oddam głos Leonowi Barszczewskiemu. Niech jego słowa  staną się dla nas u progu nowego 2017 roku przyczynkiem do refleksji: „Wszystko można pokonać na świecie dobrym słowem i serdeczną prostotą, nie zaś dumą i pychą”.

recenzja: Majka Em



Utracony świat. Podróże Leona Barszczewskiego po XIX-wiecznej Azji Środkowej, autor: Igor Strojecki, wydawnictwo: Bezdroża, 2016