piątek, 22 maja 2015

Powidoki, Piotr Strzeżysz

W mojej  biblioteczce jedną z półek zajmują wspomnienia i dzienniki z  podróży, w których specjalizuje się śląska oficyna  Bezdroża  
Piotr Strzeżysz   to nazwisko, które zna każdy pasjonat podróży – własnych i cudzych, małych i dużych.  Jego „Campa w sakwach”  to klasyka literatury podróżniczej.  Gdy więc ujrzałam nazwisko: Strzeżysz , byłam przekonana, że za moment wyruszę w kolejną  rowerową podróż po bezkresnym świecie.
"Powidoki" to jednak inny typ literatury; Autor wprawdzie  przenosi czytelnika do Indii i na Islandię, jesteśmy przez chwilę  na Alasce i w Kanadzie, ale to nie literatura stricte podróżnicza. To reminiscencje, wspomnienia, okruchy tego, co przewinęło się przez lata podróży przez życie Autora.
Czasem tak bywa, że  los staje w poprzek naszych planów i – jak w przypadku Piotra Strzeżysza – poważna kontuzja kolana  uniemożliwiła  kolejną wyprawę.  Prawdziwy globtroter ( rowerowy globtroter!) „is still on the road” ( wszystkie cytaty- za Autorem), dlatego zamienia  on ( przymusowo!)  siodełko na krzesło, kierownicę na pióro i zanurza się – a my wraz z nim – w świecie podróżniczych wspomnień.
          Widzimy małego Piotrka, który dzięki księdzu z rodzimej parafii wyrusza na pierwszą samodzielną ( i bez wiedzy rodziców!!!)  rowerową wyprawę na…południe Polski.  „Wyciągnąłem  przed siebie ufnie rękę i wtedy (…)  świat dotknął mnie, a ja dotknąłem świata” – wspomina.
Kolejna znacząca wyprawa – rowerowa, jakżeby inaczej! – do Hiszpanii- jako nagroda w corocznym konkursie organizowanym przez Henryka Sytnera i radiowa Trójkę.  ( polecam gorąco: Robert Maciąg – „Henryka Sytnera  „Wakacje na dwóch kółkach”.)
Piotr Strzeżysz  wspomina: A ponieważ  „w tamtej rzeczywistości nic nie wydawało się zwyczajne ( czasy PRL-u – przyp.  autorki recenzji), wszystko było nowe – zapachy, dźwięki, obrazy (..) na nowo  mnie kształtowały, poszerzały mój prowincjonalny mały światek”.  I dalej:  A ponieważ „tamten wyjazd rozbudził we mnie jeszcze większą potrzebę włóczenia  się po świecie, poznawania, bycia w drodze, (…) przez kolejne dziesięć lat zajeździłem trzy rowery,  przejechałem tysiące kilometrów i byłem szczęśliwy”.

Zanim wyruszymy w dalszą część wspomnień Autora, krótka dygresja. Tego, kto sięgnie po książkę Piotra Strzeżysza bez wątpienia urzekną nie tylko miejsca, w które nas zabierze.  Urzekające w tej niewielkiej książeczce jest wszystko! Piękny papier w kolorze ecru, piękny język, który w licznych miejscach bliższy jest prozie artystycznej niż podróżniczej relacji.  Ot, chociażby  jedna myśl wybrana  - z trudem – spośród wielu”: Wyszedłem, niezatrzymywany przez nikogo, a na tej nieobecności, niezauważonej, przemilczanej, niebudzącej żadnego zdziwienia, zbudowałem swoje chwilowe istnienie”.
Język Piotra Strzeżysza jest subtelny, a  zarazem trafiający w sedno. Krótką kreską maluje intensywność świata,  który drażni i pobudza wszystkie zmysły. Czujemy, widzimy, smakujemy, dotykamy hinduską rzeczywistość, w której „świat widzę w innej skali, większy, czujniejszy, rozrośnięty, krzewiący się bodźcami, które moje przyzwyczajone do względnego porządku zmysły po prostu  nie ogarniały.”
Dosytu i zachwytu  dozna ten, kto przeczyta przepyszne portrety poznawanych przez lata podróży ludzi – starego Indianina  ze szczepu Tlingit, amerykańskiego sierżanta Simona, który z piekła wojny w Zatoce Perskiej wyruszył na surową i odludną Alaskę czy Czecha Petera, który „ od zawsze marzył o wakacjach na Alasce. Odkładał pieniądze, a kiedy tu wreszcie przyjechał, został na stałe. I teraz – jak powiedział – ma cały czas wakacje”.

Urzekający jest sposób, w jaki Piotr Strzeżysz patrzy na ludzi i język, jakim ocala ich od zapomnienia.  Każdy z dwudziestu rozdziałów zapowiada motto.  To kolejne perełki tej uroczej  książki.  Piękne, mądre, znaczące – nie wyszły spod pióra autora, ale są wynikiem wyboru jego niezwykłej wyobraźni.

Z przyjemnością dotykam kolejnej i kolejnej kartki papieru, przewracam następną i następną stronę i nie odrywam od nich palców – jestem  z nimi w ciągłym, zmysłowym kontakcie.  Z radością i zachwytem smakuję język, który rozlewa się przede  mną w strudze wersów bez końca i wracam do wspomnień.

          Po  pierwszych młodzieńczych  podróżach, które otworzyły oczy Piotrka na świat, a świat  stanął przed nim otworem, towarzyszymy – już Piotrowi, który podejmuje roczną  pracę  w Wielkie Brytanii w ośrodku dla osób niepełnosprawnych. Zarobione pieniądze pozwalają ruszyć dalej.
Islandia…
Czy wiedzieliście Państwo,  że powstała tu pierwsza w świecie szkoła pogłębiająca wiedzę o…elfach – Alfaskólinn, a prezenty grudniowe roznosi nie jeden, lecz.. trzynastu św. Mikołów tu zwanych gwiazdkowymi chłopcami ( jolasveinar)?!

Powidoki”   to krótkie epizody z rozlicznych podróży nasycone gęstością obserwacji ( ach, ten piękny język!), ale to także ( a może przede wszystkim)  spotkania z ludźmi.  Bezimiennymi, a zawsze życzliwymi.  Wokół nas, w naszej codzienności zbyt często zapominamy, ile dobra i bezinteresowności jest w nas. Dopiero podróż uruchamia refleksję, że nie: „gość  w dom, Bóg w dom”, lecz jak mawiają Hindusi: „Gość w domu JEST Bogiem”. Ktoś pomaga przeprowadzić rower przez górską ścieżkę, ktoś proponuje rozbicie namiotu w swym ogrodzie, ktoś bezinteresownie podwozi, ktoś odstępuje własny pokój na nocleg… „Może  każde takie spotkanie, ci wszyscy przypadkowi ludzie na mojej drodze zabierają jakąś cząstkę  mnie, a ja zabieram cząstkę ich i jedyne, co po nas pozostaje, to niewyraźne, rozmazane POWIDOKI”. ( podkreślenie moje).


Polecam gorąco „Powidoki”  tym, którzy lubią zatrzymać siebie i pędzący czas, którzy potrafią delektować się cudnej urody językiem, którzy – za Autorem – mogliby powiedzieć: „Śnijmy więc  swoje marzenia, realizujmy  swoje sny i ruszajmy w drogę”.

autorka: majka em


Powidoki, Piotr Strzeżysz, wyd. Bezdroża, 2015


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz