Pokazywanie postów oznaczonych etykietą "Everest. Góra Gór". Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą "Everest. Góra Gór". Pokaż wszystkie posty

sobota, 16 listopada 2013

"Everest. Góra Gór"

Na Evereście byłam już parę razy, jednak zawsze w towarzystwie mężczyzn.
Z Leszkiem Cichym, Krzysztofem Wielickim i Bear Grylls'em.
To co, że literacko!
Gdy dowiedziałam się, że znana z wielu przedsięwzięć podróżniczych- Monika Witkowska, zabiera w podróż chętnych czytelników, nie wahałam się ani chwili.

Czy książka "Everest. Góra Gór" powstała tylko dlatego, że autorka weszła na tytułowy szczyt? Nie tylko.
„Z drugiej strony nie tylko o szczyt chodziło- nie mniej ważna była chęć poznania atmosfery Everestu i zweryfikowania różnych informacji, sprawdzenia jak organizm zachowuje się na takich wysokościach, a potem podzielenie się wrażeniami i spostrzeżeniami z tymi, których to interesuje”. (str. 20)

Czy udało się zrealizować założenia?
Zdecydowanie tak!

Książka to nie tylko swoisty dziennik, który zabiera nas w podróż- zanim ta jeszcze się zaczęła- a więc do czasów, gdy Everest był w zasięgu ręki, wiele lat wcześniej.

Towarzyszymy autorce od momentu, gdy szansa pojawia się na nowo poprzez okres żmudnych przygotowań, do momentu, gdy - z przyczyn finansowych - wyprawa staje pod solidnym znakiem zapytania.

Jeśli liczymy na szybki atak szczytowy i satysfakcję po lekturze ponad 300 stron, to musimy się uzbroić w cierpliwość, bodaj jedną z ważniejszych cech zdobywcy.

Narracja widzie nas niespiesznie przez cały proces, strona za stroną, nie pozwalając na nudę.
Co parę kartek pojawiają się ciekawostki, rzeczowe informacje jak np.: „czego się nie wie o Hillarym?”, „jak wysoki jest Everest, spór o wysokość”, „ cichy zabójca- choroba wysokościowa” czy dość zaskakujący : „wyścig seniorów, czyli o szczytowaniu seniorów”.

Autorka to konkretna babka, dla której nie ma tematów tabu.
Nie kreuje się na silniejszą niż jest, nie boi mówić o kryzysach, tęsknocie, strachu, śmieciach, których w górach przybywa i fizjologii!
Mówi wprost o śmierci w górach, zasadach, jakie panują w tak specyficznych warunkach.
Dla laika, świat Gór nabiera realnych kształtów.

Całość wyprawy, mimo wielu przeszkód (zagubione bagaże, odwołane loty, kłopoty z pogodą, czy zdrowiem), kończy się powodzeniem, a bogata dokumentacja zdjęciowa zapiera dech w piersiach!
Tym co uważają, że na Everest można wjechać windą albo że Ci którym się udało „mają się fajnie”, autorka niniejszą publikacja wytrąca z ręki większość argumentów.

„Doceniam dar od losu/ Boga./ Stwórcy- niech każdy nazwie to po swojemu...
Dar, że mogę tu być, realizuję swoje pasje, mam ciekawe życie, choć prawda jest też taka, żę w dużej mierze sama sobie na to zapracowałam. Wiele osób mi zazdrości, nie zastanawiając się jednak, że przecież nikt niczego, ot tak sobie, nie daje. Choćby ta wyprawa- jest efektem wielu wyrzeczeń, trudów, samozaparcia i ciężkiej wielomiesięcznej pracy. Pracy różnorakiej- by zarobić jakieś fundusze (..), wysiłku, by zdobyć sponsorów przynajmniej na część kosztów (…), ale też pracy nad kondycją i przygotowań organizacyjnych. Jestem pewna, że Ci, którzy zazdroszczą, wcale nie byliby skłonni angażować się w to wszystko, a jeśli mieliby do wyboru: wydać pieniądze na dobry samochód czy górę, na którą nie wiadomo, czy się w ogóle wejdzie, ba, nawet nie wiadomo, czy się z niej wróci, najpewniej zdecydowaliby się na to pierwsze.” (str. 164)


Co dalej? 
Mam nadzieję, że niebawem o tym przeczytamy, a póki co życzę Wszystkim, by pamiętali, że marzenia się nie spełniają, tylko trzeba je spełniać : )