niedziela, 13 marca 2016

Sen powrotu

Jeśli ktoś kocha podróże i literaturę podróżniczą, Piotra Strzeżysza nie trzeba mu polecać; Tramp, obieżyświat, który od ponad dwudziestu lat jeździ rowerem po świecie. Traktuję niczym klasykę gatunku jego „Campę w sakwach”, z zainteresowaniem przeczytałam „Powidoki”, a jednak jego ostatnia książka zdziwiła mnie. Co to jest? Literatura podróżnicza? - chyba nie do końca?! Bardziej skłonna byłabym ulokować „Sen powrotu” jako prozę poetycką. Ale przecież te Ameryki i dziesięciomiesięczna podróż (rowerowa, ma się rozumieć!) przez nie! Alaska, Stany Zjednoczone Ameryki, Meksyk, Gwatemala, Salwador, Honduras, Nikaragua, Kostaryka, Panama, Ekwador, Peru, wreszcie Kolumbia i Argentyna – wiele tysięcy kilometrów rowerem przez wysokie na kilka tysięcy przełęcze Andów, przez trawiastą pampę Argentyny i rozległą Patagonię aż po wybrzeże Pacyfiku. Słowem – dziesięć miesięcy podróży od jednego krańca kontynentu do drugiego.

Zapalony wędrowiec (i równie zapalony czytelnik literatury podróżniczej) powie: „Ale gratka!” i z ciekawością sięgnie po „Sen powrotu” i…chyba się rozczaruje, bowiem z literaturą gatunku sensu stricte książka Strzeżysza niewiele ma wspólnego! Nie znajdziemy w niej ani jednego opisu kilkunastu krajów, przez jakie wiódł jego szlak. Nie ujrzymy fotografii, które – dopełniając tekst – ukażą urodę tej odległej a pięknej części naszego globu.

Zamiast opisów przyrody, miejsc czy krajobrazów mamy spotkania z ludźmi; Mario, który zaprasza Autora na obiad, prowadzi do szpitala (Strzeżysz przez 4 miesiące choruje na zapalenie zatok i gorączkuje), a następnie opłaca trzydniowy pobyt w hotelu i…znika! Właścicielka restauracji, która odda swój pusty dom, gdzie przez długich 27 dni Strzeżysz będzie się kurował i dochodził do sił. Anonimowy Salwadorczyk, który na widok trawionego gorączką rowerzysty po prostu zamyka swój lokal i wiezie Strzeżysza do pobliskiej lecznicy, po czym lokuje go … na dachu centrum handlowego, bo na hotel żadnego z nich nie stać.

Rob, Jose, Emilia, Ernesto – to „przystanki” na dziesięciomiesięcznym wędrownym szlaku przez obie Ameryki. Ludzie bezinteresownie życzliwi , którzy zostawiają ślad swej obecności nie tyle na geograficznej mapie kontynentu, ale w sercu i wdzięcznej pamięci. „Jak mam się odwdzięczyć?” – pyta Strzeżysz. „Nijak. Dla mnie nagrodą jest to, że mogę ci pomóc(…). Pewnego dnia pomóż drugiemu człowiekowi” – słyszy.

Poza ludźmi na swym rowerowym szlaku Autor spotyka też rozliczne zwierzęta – rude koty, bezpańskie, czekające na okruch zainteresowania psy, a także.. mrówki, strusie nandu i pancernika i wszystkie te spotkania bez wyjątku są urocze! Wszystkie też wyzwalają refleksje, którymi Autor szczodrze dzieli się z czytelnikami – o dziadku Mańku, którego „nosi w sobie”, o tym, jak łatwo obchodzić się bez zdobyczy współczesnej techniki oraz „bez firanek w oknach i kafelek w łazience”, o tym wreszcie, jak w pogoni za materią my, ludzie zapodzialiśmy gdzieś uważność i umiejętność cieszenia się chwilą. Zamiast opisów bujnej przyrody czy surowego krajobrazu Strzeżysz pyta każdego z nas: „A TY, JESTEŚ SZCZĘŚLIWY?”

Gdy zbliża się kres dziesięciomiesięcznej wędrówki, zaledwie 3 dni drogi od mety, którą ma być Ziemia Ognista i maleńkie miasteczko gdzieś na końcu świata, Strzeżysz zatrzymuje się, odwraca rower i …jedzie w drugą stronę! Niech cię to, drogi Czytelniku, nie zmyli: Autor nie jedzie tą samą drogą ku początkowi swej podróży na Alasce, lecz… wraca do Polski!!! Tak po prostu! Na którejś ze stron tej nietuzinkowej książki napisze, że „Wystarczy, żeby jutro był dzień, żeby świeciło słońce, żebym coś zjadł i znalazł spokojne miejsce do spania. By przez moje ciepłe myśli świat przez chwilę stał się lepszy. Albo chociaż nie był gorszy. Tyle wystarczy z tego jechania”. ( wytłuszczenie tekstu autorki recenzji).Przyznasz, czytelniku, że niecodzienna to filozofia podróżowania przez świat, jeśli jednak – jak pisze Strzeżysz – jego „ciepłe myśli” i romantyczno – poetycki ogląd świata sprawią, że świat rzeczywiście stanie się lepszy, to ja „kupuję” ten rodzaj podróżniczej literatury. J A że Strzeżysz pisze też: „Wróciłem, ale nie jestem pewien, na ile jestem tu, a na ile jeszcze tam” –możemy się spodziewać jego następnej wyprawy i podróżniczo- niepodróżniczej książki.

recenzja: Majka Em


Piotr Strzeżysz, Sen powrotu, Wyd. Bezdroża, marzec 2016.

środa, 13 stycznia 2016

Zakochani w świecie. Indie

Książka, o której dziś skreślę kilka słów, długo leżała na półce, a ja  nie umiałam się do niej zabrać.  „Zakochani w świecie. Indie”; część pierwsza  tytułu brzmiała pięknie i zachęcająco. Druga – niekoniecznie.  W Indiach nie byłam, ale wchłonęłam w siebie taką dawkę literatury na ich temat, że kolejna nie wydawała mi się konieczna.   Nie pamiętam już, co sprawiło,  że skapitulowałam i książkę przeczytałam, ale nie żałuję!

Autorką, a właściwie autorami  jest małżeństwo ludzi mediów – ona: Joanna Grzymkowska – Podolak- dziennikarka telewizyjna i on  - Jarosław Podolak – operator telewizyjny. „Nasz plan był prosty: Objechać Indie, zrobić z tej wyprawy cykl telewizyjnych reportaży podróżniczych i napisać książkę (…) o naszych indyjskich przygodach, radościach, rozczarowaniach i olśnieniach”.


Niezaprzeczalnym atutem książki jest jej świeżość  i bezpretensjonalność. Autorka nie udaje , że na wędrówkach po świecie zjadła przysłowiowe zęby. Pisze prosto i szczerze: „Dopiero uczymy się być podróżnikami. Mamy nieodpartą ciekawość świata i ludzi i chęć, by ich poznawać”. Teraz już rozumiem część I  tytułu: „Zakochani w świecie”. Otwieram zatem  i czytam….


Joanna i Jarosław Podolakowie  bez większych planów, bez  rezerwacji biletów czy hoteli założyli, że w ciągu czterech miesięcy objadą całe Indie.  Ich podróż zaczyna się na zachodnim wybrzeżu w Bombaju i tam też kończy ( bardzo pomocna w śledzeniu ich wędrówki jest duża czytelna mapa  na wewnętrznej  stronie okładki!).  Po drodze Podolakowie  poznają piękne  plaże Goi i baśniowy Tadż Mahal, zamglony Dardżyling z herbacianymi polami i święte miasto Waranasi nad brzegami świętego  Gangesu.  Północ  kraju i pora roku nie pozwalają smakować piękna potężnej  Kangczendzongi, która tylko raz – o piątej nad ranem odsłania swe majestatyczne piękno na całe…20 minut!  Z nieprzyjaznego zimna podróżnicy jadą do Radżastanu z ponad pięćdziesięcioma stopniami gorąca! A wreszcie kraina Sikhów na północy z ich świętym miastem Amritsar.


Nieśpiesznie, z dnia na dzień, otwarci na nowe krajobrazy, ludzi i przygody ( a tych, jak w każdej podróży – niemało!) Autorzy przemierzają  kolejne miasta, odwiedzają kolejne świątynne kompleksy i buddyjskie klasztory.  Są świadkami  procesji i  lokalnych świąt  i uczestnikami ulicznych zabaw.  Wraz  z nimi odbywamy trekking po rezerwacie ostatnich wolno żyjących  indyjskich słoni i zachwycamy się ryżowymi tarasami oraz herbacianymi polami.  I wreszcie Kalkuta, gdzie spontanicznie zapada decyzja o trzydniowej  pracy w hospicjum założonym przez  bł. Matkę Teresę.


Napisałam, że książka  Joanny i Jarosława Podolaków  jest świeża i bezpretensjonalna.  I szczera.  Poznają oni nie tylko kolejne regiony tego potężnego i zróżnicowanego kraju, ale także samych siebie! Plan na początek zakładał: „Oswoić się z Indiami, ze sobą w Indiach i z plecakami na sobie”.  By spędzić  z sobą intensywne i szczelnie wypełnione 4 miesiące podróży, by umieć zaakceptować, że w drodze może się wydarzyć wszystko, trzeba nie tylko decyzji o wspólnej podróży, ale przede wszystkim  potrzeba świadomości, że on/ona jest  tym właściwym współtowarzyszem drogi!  Joanna Podolak pisze po prostu: „Było nam  dobrze ze sobą  i dobrze ze sobą w podróży”, a gdzie indziej: „Lubiliśmy być razem i razem odkrywać nowe miejsca. Dzielić się wrażeniami i przygodami.  Do naszej podróży potrzebowaliśmy Indii, ale jeszcze bardziej siebie”. I choć  w tak gęstym „programie zdarzeń” nie obyło się   bez drobnych  nieporozumień i całkiem poważnej małżeńskiej kłótni ( w ilości: jedna!), książka jest zapisem wspólnych  przeżyć, zachwytów, olśnień i gorzkich refleksji.  Po Waranasi z płonącymi całą dobę stosami pogrzebowymi Autorka pisze: „Tego się nie zapomina. To doświadczenie, które zostaje w pamięci jak blizna na skórze”.  Z Kalkuty Podolakowie wywożą „szacunek dla człowieka bezsilnego, bezradnego i bezwolnego”  i refleksję,  jakimi jesteśmy szczęściarzami wiodąc swoje bezpieczne wygodne życie na drugim końcu świata.  Trekking  po rezerwacie słoni wyciska łzy bezsilności  nad bezwzględnością człowieka, który siłą podporządkowuje sobie te królewskie zwierzęta.  Ale nie chodzi o tanią ckliwość i sentymentalizm.  Autorka widzi i rozumie, że  Indie to kraj  niesłychanych kontrastów! Przepych i bogactwo  sąsiadują z biedą, o której Autorka pisze wprost, że jest przerażająca i dla Europejczyka – zupełnie abstrakcyjna.  Szok  u przybysza z naszej części świata wywołuje kontakt z indyjską ulicą, na której panuje niemiłosierny tłok, „niewyobrażalny chaos riksz, taksówek, autobusów i motorów”,  pomiędzy tym wszystkim – żebracy, krowy i małpy. I szczury! Tam zawsze dzieje się: „dużo, szybko i głośno”,  bo w Indiach – jak czytamy – „nie ma możliwości, żebyś był tylko sam z sobą!”


Tym, co ocala wizerunek tego kraju i sprawia, że chce się do niego wracać ( w dwa lata po pierwszej podróży pp. Podolakowie po raz drugi pojechali do Indii) są  nie tylko olśniewające  widoki i zapierające dech w piersiach pomniki architektury, ale  - jak na całym świecie – ludzie! Choć często natarczywi   i natrętni ( przepyszne fragmenty, w których głównymi bohaterami są…ZDJĘCIA- dodam – w ilościach absolutnie hurtowych, a także  reakcje smagłych Hindusów  na blond Europejkę! – koniecznie do lektury! J), w większości sytuacji – serdeczni, uczynni,  życzliwi   i gościnni – jak pisze Autorka- „bez granic”. Trudno byłoby porachować niezliczone spotkania z ludźmi – na kilka chwil,  sekund, na dzień cały. Takie, które w ułamku sekundy się zapomina i takie, które zapadają w pamięć  i serce.

Pod koniec czytamy: „Tylko od nas  zależy,  co w niej [podróży]  znajdziemy i co z niej weźmiemy.  Najprawdopodobniej  zobaczymy i spotkamy to, co ze sobą przywieźliśmy. (…) Każdy dostaje taką podróż, do jakiej jest gotowy”.


W nowym  2016 roku życzę Wam, drodzy Czytelnicy bloga i sobie, byśmy – jak Autorzy książki – byli „zakochani w świecie” i jak Oni – otwarci i gotowi na „podróż życia”. Bo taką bez wątpienia była  czteromiesięczna wędrówka  po Indiach  Joanny i Jarosława Podolaków.


recenzja: Majka Em



"Zakochani w świecie. Indie."Joanna Grzymkowska-Podolak, wyd. Bezdroża, 2015

czwartek, 31 grudnia 2015

Z plecakiem przez świat. Vademecum podróżnika

Mam przed sobą kolejną książkę wydaną przez śląskie Bezdroża, o której znów mogę napisać: przepięknie wydana, na kredowym papierze, z mnóstwem bardzo dobrej jakości fotografii. „Z plecakiem przez świat”, mimo że idealnie wpisuje się w profil wydawnictwa (vide: tytuł!), tym razem różni się znacząco od wszystkich pozostałych książek, o których pisałam. Tamte - pozwoliły nam wędrować za autorem po wybranym (i odwiedzonym) kraju, krajach bądź regionie świata. Ta – jest sumą doświadczeń i wiedzy ( dodam – bezcennej!) Autorki, która pierwszą podróż odbyła w 1990 roku. Od tamtego czasu, jak sama pisze, odwiedziła 180 krajów na wszystkich kontynentach i czytając Jej książkę co rusz zastanawiałam się, gdzie Monika Witkowska jeszcze NIE BYŁA! A była – absolutnie wszędzie.

„Z plecakiem przez świat” ma podtytuł: „Vademecum podróżnika” i nie jest on na wyrost! Powiedziałabym, że to biblia podróżnika, która powinna znaleźć swe miejsce w każdym domu, w którym mieszkają niespokojne duchy, niesyte świata i ludzi, którym przyświeca to samo motto co Monice Witkowskiej: „Podróżuj. Śnij. Odkrywaj”.

Kim jest Autorka i dlaczego jej Vademecum jest bezcenne? Najpierw Monika Witkowska – dziennikarka , która swymi pasjami ( i energią!) mogłaby obdzielić wielu. Jeździ na nartach i chodzi po górach ( zdobyła siedem z ośmiu szczytów zaliczanych do Korony Ziemi), pływa na desce windsurfingowej, lata na parolotni i skacze ze spadochronem. Uprawia żeglarstwo morsko – oceaniczne i polarne ( przepłynęła Pacyfik i Atlantyk, jednak ulubionym kierunkiem jej morskich podróży jest Alaska i Arktyka.) Witkowska jeździ, pływa i lata po całym świecie prywatnie i biznesowo, także jako pilot wypraw zorientowanych nie na wypoczynek w luksusowych ośrodkach, lecz na trekking w dżungli lub górach, safari, rafting. Sama o sobie lubi pisać: plecakowicz – backpacker, który (która) uwielbia odkrywać, poznawać miejsca ciągle jeszcze dziewicze, do których zwykli turyści nie docierają, dzięki czemu tzw. lokalsi nieobeznani ( i niezepsuci!) kontaktem z „cywilizowanym białym” są w tym samym stopniu spragnieni kontaktu z przybyszem co przybysz z nimi. Powie ktoś: „Na takie hobby trzeba mieć niezłą kasę!” Nic podobnego! W swej książce Witkowska wciąż podkreśla , jak niewielkim budżetem dysponuje; dla przykładu: do Nowej Zelandii na miesiąc pojechała ze 150$, a na 2 tygodnie do Australii – z pięćdziesięcioma.

Dla kogo jest Jej książka? Choć pierwotnie miała być poradnikiem-zachętą dla kobiet, w ostateczności adresowana jest do wszystkich, którzy podróże kochają, jak i do tych, którzy przymierzają się do pierwszej w życiu wyprawy. Dla nich książka Moniki Witkowskiej pomyślana została jako poradnik z setkami absolutnie niezbędnych informacji.

W części I dowiemy się, jak i od czego zacząć przygotowania do podróży. Gdzie? Dlaczego? Z kim? Jakie dokumenty są niezbędne i jak je zgromadzić? Jak i co spakować do plecaka? Z typowo kobiecą ( ale i podróżniczą) precyzją pomaga wybrać najodpowiedniejsze ubrania, buty, kosmetyki i inne rzeczy. A gdy zawartość plecaka zostaje skompletowana, czas na rozdział II czyli „W drogę”. Co jeść i pić, by być zdrowym? Jak nie pogubić się w przelicznikach walut i zachować w rejonach niespokojnych sejsmicznie? Witkowska podaje konkretne i wyczerpujące informacje o chorobach, na jakie narażony jest Europejczyk w odległych rejonach świata ( na skrzydełku – tabela szczepień!). Tysiące detali, setki informacji dają gwarancję, że przygotowani do wyprawy (wypraw) przez Monikę Witkowską naprawdę załatwimy wszystko: zakupimy najtańszy bilet ( czytaj: najbardziej opłacalny cenowo), nie zgubimy się na ogromnych lotniskach, załatwimy pomyślnie wszelkie formalności związane z odprawą i dolecimy do celu bez przykrych niespodzianek.

Obok morza absolutnie niezbędnych informacji w książce pomieszczone zostały teksty poboczne w formie krótkich anegdot mówiące o przygodach Autorki w rozlicznych podróżach. Ładnie wyodrębnione przykuwają uwagę i po kilku z nich czytelnik już wie, że nie szkoda przerwać lektury zasadniczej treści książki. Całość dopełniają liczne, a zawsze świetne fotografie.

Część III książki poza kolejną porcją niezbędnych informacji zawiera rozdział zatytułowany „Etyka podróżowania” przypominający o tym, że jako turyści mamy nie tylko prawa i przywileje, ale także obowiązki – względem środowiska naturalnego i mieszkańców odwiedzanych zakątków świata. Witkowska przypomina o konieczności dostosowania się do miejscowych zwyczajów, uszanowania odmienności kulturowej ( strój, zachowanie). Podkreśla, jak ważne jest, by zostawiać po sobie zawsze nie tylko czyste miejsce, ale i dobre wrażenie. Po co? By ci, co przybędą po nas, nie spotkali się z brakiem życzliwości lokalsów zniechęconych niemiłymi doświadczeniami.

I na koniec bardzo ważny rozdział zatytułowany „Po babsku, czyli samotna kobieta w podróży”. Witkowska rozprawia się – a można Jej wierzyć, skoro od ćwierćwiecza jeździ po świecie i ZAWSZE bezpiecznie wraca do domu – z wcale nierzadkimi przekonaniami o niebezpieczeństwach, że na samotną podróżniczkę „ktoś czyha, ktoś chce (ją) okraść, zabić, a wcześniej jeszcze zgwałcić”.

Nie ukrywam, że jestem oczarowana Moniką Witkowską i jej książką. Pisze Ona: „Podróże uzależniają, a (…) podróżowanie jest jak narkotyk. Jak się już zacznie – trudno z niego zrezygnować”. U progu nowego roku życzę Państwu i sobie takiego właśnie uzależnienia. Podróżujmy. Śnijmy. Odkrywajmy.

wtorek, 1 grudnia 2015

Obrazy spod powiek

„Obrazy spod powiek” Agaty Błachnio to zapis kilku podróży Autorki i Jej męża po Izraelu zakończony wizytą w sąsiedniej Jordanii. W tej niewielkiej książce wszystko jest piękne: staranna szata graficzna, do której śląskie wyd. Bezdroża zdążyło nas już przyzwyczaić, bajkowe zdjęcia ( polecam pustynię Wadi Rum! )i język, który sprawia, że podążamy OBOK Autorki w Jej nieśpiesznych wędrówkach po Izraelu i Jordanii widząc, słysząc, dotykając i czując niemal tak samo intensywnie jak Ona. Autorka – z zawodu psycholog - to cenny rodzaj podróżniczki, która zwiedza w rytmie nieśpiesznym, pod prąd turystów z autokarów, która nie zalicza, ale PRZEŻYWA! „Obrazy spod powiek” to migawki z Izraela, który wszyscy znamy: Jerozolima, Betlejem, Nazaret, morze Martwe, by wymienić pierwsze z brzegu. Tym jednak co wyróżnia książkę Błachnio to niezwykle osobisty stosunek do odwiedzanych miejsc. Autorka często podkreśla, że nad utarte szlaki turystyczne przedkłada miejsca z tzw. II i III planu – uwielbia lokalne bazary i targowiska, eksploruje dzielnice odległe od centrów miast. Posiłki jada nie w eleganckich restauracjach, lecz w ulicznych barach i jadłodajniach, bo tylko tak ma szansę poznać i posmakować lokalne życie i menu. Na marginesie: łasuchom polecam opis chałw i bakalii na jerozolimskim targu!!! Feeria barw, kształtów i smaków, które się widzi i niemal czuje na własnym języku!

Siłą Autorki i wielką wartością Jej książki jest niezwykły dar obserwacji i emocjonalny tejże zapis. Wielokrotnie widzimy, że Agata Błachnio patrzy na świat, sytuacje, ludzi okiem nie tyle aparatu, co – aż chce się napisać -okiem duszy; dokumentując jerozolimską Ścianę Płaczu i modlitewny żar pod nią pisze: „Szybko opuściłam rękę z aparatem. Wolałam patrzeć”. Swe uczestnictwo w szabatowym nabożeństwie kończy refleksją: „Wiedziałam, że zapamiętam każdą sekundę tego poranka”. Gdy w kawiarni w oczekiwaniu na kawę podłącza tablet do internetu, w tej samej chwili reflektuje się i pisze: „Szybko podniosłam wzrok znad ekranu. W tamtym momencie chciałam być cała tylko tam” – oglądać i chłonąć w siebie siedzących wokół ludzi, poznawać ich gesty, emocje, zachowania – słowem – ich codzienność. Książka Agaty Błachnio to uczta dla zmysłów – chłoniemy gwar i feerię barw lokalnych targowisk, jesteśmy zasłuchani w aramejskie pieśni śpiewane bądź przez mnisi chór, bądź przez kobietę, której śpiew „każdym dźwiękiem delikatnie otaczał cały kościół (..). Słuchałam w bezruchu, z ciarkami na całym ciele” – pisze Błachnio. Ktoś śpiewa, ktoś się modli, ktoś naprawia rybacką sieć, a Ona pisze: „Siadłam z boku, żeby zatrzymać na chwilę czas”. I to jest to, co zachwyca mnie w Jej książce- pędzimy po świecie, zaliczamy kolejne kraje i kontynenty, robimy niezliczone selfie na tle, na którym warto i należy (!) się uwiecznić, a Błachnio w swej nieśpiesznej wędrówce potrafi dostrzec „spokój i radość” – jak pisze – w oczach starego rybaka czy szczęście i satysfakcję na twarzy sklepikarza, który sprzedaje falafele.

Przemierzywszy Izrael od starożytnej Jerozolimy po nowoczesny Tel Awiw Autorka i Jej mąż kierują się do sąsiedniej Jordanii. I znów - historia miesza się z dniem dzisiejszym zachwycając wnikliwością obserwacji i gęstością refleksji i wrażeń. Podziwiamy antyczną Petrę, stajemy nad rzeką Jordan, w której ochrzczono Jezusa, wspinamy się na górę Nebo, gdzie zakończył swe życie Mojżesz i do twierdzy Mukawir, gdzie zgładzono Jana Chrzciciela – różnorodność kolorów i kształtów, pustynny bezkres pyszniący się kolorami ( tak, tak, za sprawą Agaty Błachnio już wiem, jak wielobarwna i piękna jest pustynia w swej zmiennej niezmienności!) górzysty krajobraz, który daje Autorce poczucie wolności i wytchnienia, a o którym pisze ona, że : „Nigdy nie ma się wystarczająco dużo czasu, żeby nacieszyć oczy spektakularnym pięknem natury” i nieco dalej; „Pielęgnuję je w pamięci jak największe skarby”.

Wierni i niewierni, ciekawscy, grzesznicy i święci, mężczyźni, dzieci, kobiety, młodzi i starzy, świeccy i duchowni, żydzi, muzułmanie i chrześcijanie – i ich codzienność. To obok kontemplacji natury drugi równoległy żywioł obserwacji Autorki. Błachnio pisze: „Lubię te chwile w podróży, kiedy mogę siedzieć i patrzeć na toczące się życie(…) z dala od turystycznych szlaków, gdzie nie ma nic na pokaz. Czysta codzienność i prawdziwość”.

Teksty takie jak ten powstają, by zachęcić do lektury tej czy innej książki. Do wzięcia w swe ręce „Obrazów spod powiek” Agaty Błachnio zachęcam szczególnie żarliwie: komfort zwiedzania kraju na własną rękę, w swoim tempie, z aparatem w dłoni i sercem otwartym na spotkanie z drugim człowiekiem w jego odmiennej kulturowo codzienności – to uczta! Agata Błachnio jest jej gwarantem!

recenzja: Majka Em
„Obrazy spod powiek” Agaty Błachnio, Wydawnictwo Bezdroża, 2015

środa, 25 listopada 2015

Wybraniec. Życie po śmierci

„Dlaczego niektórzy z nas wspinają się na szczyty, podczas gdy inni są zadowoleni mając spokojną pracę i przyzwoity fundusz emerytalny?”- oto jest pytanie! Książka, która je stawia, nie odpowiada na nie wprost, ale sprawia, że zaczynamy rozumieć, czemu jedni oglądają górę gór na własne oczy, a drudzy- z wygodnego fotela.

Mount Everest, bo o niej mowa, to najwyżej położony punkt na naszej planecie – 8.850 m.n.p.m. Jednym z wielu, którzy rzucili jej ( a raczej sobie!) wyzwanie jest Lincoln Hall, autor książki „Wybraniec. Życie po śmierci” - kolejnej pozycji wydanej przez śląskie wydawnictwo Bezdroża.

Hall to znany australijski alpinista i himalaista, który przez 20 lat zdobywał wysokogórskie szczyty na Nowej Zelandii, Antarktydzie i w rodzimej Australii. W 1984 roku był jednym z uczestników wyprawy na dach świata. Niestety, jak wielu mu podobnych, musiał uznać swą ograniczoność i zawrócić niemal spod samego szczytu. Dziesięć wypraw wysokogórskich, kilkanaście tuzinów trekkingów w charakterze przewodnika, szczęśliwe spełnione życie u boku ukochanej żony i dwójka wspaniałych synów. I wciąż to poczucie niespełnienia, wciąż niewyrównane rachunki z Everestem. Lincoln Hall pisze: „Dziewicza wyprawa na Mount Everest to najważniejsza pierwsza randka” i nieco dalej: „Jeśli kiedyś się wspinałeś, będziesz się wspinał całe życie” i tylko to tłumaczy, dlaczego, gdy po dwudziestu latach pojawia się druga szansa na zdobycie niepokornego szczytu, Hall podejmuje to wyzwanie, by – jak pisze – zrzucić z siebie ciążące mu od dwóch dekad brzemię niespełnienia.

Nie jestem himalaistką, w Alpach byłam tylko raz , najwyższe zdobyte przeze mnie szczyty to…Babia Góra i Giewont. Może dlatego moją uwagę przykuły nie przygotowania do wyprawy, lecz…Barbara – żona autora i zarazem głównego bohatera książki. Jestem przekonana, że gdyby nie jej silne wsparcie i bezwarunkowa akceptacja decyzji męża, Hall nie podjąłby tego wyzwania! Nasze ludzkie miłości i związki są pełne ograniczeń i lęków. Mało kto ( mało która!) z nas potrafi kochając – wspierać i dopingować i wciąż zostawiać – używając słów autora – otwarte furtki. Dlatego dla mnie „Wybraniec” ma dwoje bohaterów i każde z nich zdobywa swoje szczyty poświęcenia, zaufania, determinacji. I każde z nich jest w ostatecznym rozrachunku zwycięzcą. Najpierw jednak Lincoln Hall staje na dachu świata. Mimo zwycięstwa jednak przegrywa. Nie będę opisywała, co dzieje się z ludzkim organizmem na wysokości niemal dziewięciu kilometrów n.p.m., ale czytałam kolejne strony wspomnień autora z wypiekami na twarzy i absolutnym niedowierzaniem. Dlaczego? Bo oto mimo profesjonalnego i fantastycznego przygotowania organizmu do wyprawy, ten na skutek morderczego wysiłku i takich samych warunków na górze jest niczym zużyta i bezwartościowa bateria, którą już tylko można wyrzucić. Obrzęk mózgu, oddech spłycony do 4-5 haustów powietrza na minutę, częściowa ślepota, a do tego halucynacje i majaki i niezdolność do jakiegokolwiek ruchu – i to wszystko na wysokości 8600 metrów n.p.m. W książce wiele razy pojawia się stwierdzenie, że w takim stanie nikt nie może przeżyć. A jeśli dodam do tego noc spędzoną w pojedynkę w absolutnych ciemnościach, ekstremalnym zimnie, bez aparatu tlenowego czy chociażby maski, bez picia i jedzenia, sami rozumiemy, że doczekanie ranka graniczy z niepodobieństwem.

Odsyłam do lektury, która wyjaśnia, dlaczego ekipa porzuciła wciąż przecież żyjącego współtowarzysza i dlaczego – wbrew logice i wiedzy medycznej Hall przeżył. Przedtem jednak przestrzegam przed pochopnym osądem. Decyzje podejmowane tu, nisko nad ziemią i te, pod samym niebem nigdy nie są podobnymi decyzjami i choć nie raz i nie dwa sama stanęłam przed trudnymi wyborami, nigdy nie chciałabym stawiać czoła tym, które muszą być podjęte prawie 9 tys. metrów nad ziemią!

W „Wybrańcu. Życie po śmierci” każdy znajdzie historie dla siebie – i ci, którzy zdobyli podniebne szczyty, i ci, którzy stają przed takim wyzwaniem. Mnie porwała determinacja, z jaką Hall podejmuje walkę o życie. To wielki pean na cześć miłości kobiety i mężczyzny i dowód na to, jacy jesteśmy potężni, gdy wierzymy, że warto – zdobyć, a potem – wrócić!

Lincoln Hall twierdzi, że jego życiowym mottem jest zasada: „Nigdy się nie poddawaj!” i trzeba mu wierzyć, bo pomimo że w wyprawie na Everest w tym samym czasie zginęło sześciu wspinaczy, pomimo że on sam stracił odmrożone koniuszki ośmiu palców rąk i półtora palca u nogi, pomimo że ubyło mu 17 kg wagi ciała i 2/3 energii potrzebnej do normalnego życia, to przecież wciąż żyje. Wciąż – jak ujmująco pisze –kocha namiętnie Barbarę i jest przez nią kochany.

A Everest? Stoi „niezmienny, czysty i symboliczny” i czeka na kolejnych śmiałków.

recenzja: Majka Em


Wybraniec. Życie po śmierci, Lincoln Hall, wyd. Bezdroża, 2015

wtorek, 17 listopada 2015

To nie jest miejsce dla gringo

Gdy ujrzałam nazwisko autora książki wydane przez śląskie wydawnictwo Bezdroża: „To nie jest miejsce dla gringo”, wiedziałam, że muszę ją a) mieć, b) przeczytać! Jego poprzednia książka „Archipelag znikających wysp” jest kopalnią informacji o Indonezji, którą to Sergiusz Prokurat – jej autor – bez wątpienia zna jak własną kieszeń.

Tym razem celem jego eksploracji była Ameryka Południowa, a konkretnie trzy kraje: Kolumbia, Ekwador i Peru. Co je łączy? Krwawa historia z hiszpańskimi i portugalskimi kolonizatorami w roli głównej, współczesność w cieniu biedy i ciągłego zagrożenia życia oraz nieulegająca przedawnieniu ani spłyceniu nienawiść do tytułowych gringo. Wszystko splecione niczym węzeł gordyjski i tylko wciąż nie ma współczesnego Aleksandra, który by go umiał ( i miał odwagę!) go przeciąć!

Znakiem wywoławczym książek Sergiusza Prokurata jest nie tylko relacja z tego, gdzie jest i co przeżywa jako podróżnik, ale encyklopedyczna wręcz wiedza na temat historii i dnia dzisiejszego odwiedzanych krajów. Powie ktoś: To nudne! Nic podobnego!!! Informacje, które dostajemy i sposób, w jaki je otrzymujemy, sprawiają, że trudno oderwać się od książki. „To nie jest miejsce dla gringo” przeczytałam w jeden dzień!

Sergiusz Prokurat, jak na rasowego podróżnika przystało, zwiedza świat w pojedynkę. Zamiast samolotów i wygodnych autokarów woli podróżować lokalnymi autobusami w towarzystwie „lokalsów”. Nad luksusowe restauracje przedkłada małe, lokalne bary i jadłodajnie, bo tylko tak można wtopić się w tłum, poznać jego życie i porozmawiać. Powie ktoś: Tak podróżuje wielu! To prawda. Ale mało kto decyduje się na tak wysoki poziom ryzyka ba- wcale nierzadkiego zagrożenia życia; „Podróż przez Amerykę Południową z lokalsami jest jak stąpanie po minach. Trzeba to robić ostrożnie. I z gracją” – pisze autor tłumacząc, że „nienawiść do Stanów Zjednoczonych” [ i wszystkich ‘białych”] to popularny sport w Ameryce Południowej”. W innym zaś miejscu dodaje: „Obcokrajowiec w Ameryce Południowej, zwłaszcza w nocy, jest jak otoczony lwami bawół na sawannie”. W kontekście tego, o czym przed chwilą napisałam, bez większego zdziwienia przyjmujemy informację, że przed odjazdem każdego lokalnego autobusu każdy z pasażerów jest dokładnie skamerowany, że przed wejściem do taksówki trzeba podać swe dokładne dane , zaś w stolicy Ekwadoru lokalne kawiarenki są… pilnowane przez dwie, trzy osoby z bronią. Nierzadko na widocznym miejscu wisi kartką z podobną jak ta treścią: „ Już 383 dni minęło bez incydentu, a lokal jest spokojny” (!!!).

Sergiusz Prokurat nie jest typem desperados, który bezrefleksyjnie naraża swe życie. Do podróży przez niebezpieczną i nieprzewidywalną Amerykę Łacińską jest gruntownie przygotowany i uzbrojony w niezbędną wiedzę, pokorę wobec świata, w który wkracza i dewizę: „Spontaniczne decyzje skutkują najlepszymi przygodami”. J

Wraz z nim zwiedzamy targi i bazary, plantację koki i uczestniczymy w święcie. Delektujemy się specjałami lokalnych kuchni – ot, chociażby świńskim łbem czy ziemniakami ( których w Peru, ojczyźnie ziemniaka jest ponad 100 odmian!). Obserwujemy też, jak autor raczy się i pisco , czterdziestoprocentowym trunkiem, który jest „niczym trzęsienie ziemi – jeden kieliszek i człowiek zapomina, gdzie jest”.

A propos trzęsienia ziemi; w Peru autor poznaje Polkę, Aleksandrę, która przyjechała do Ameryki Południowej, by poszukiwać ( i przeżywać!) ..trzęsienia ziemi!. I trafiła w najlepsze miejsce, bowiem Peru leży na granicy dwóch płyt tektonicznych.

Choć w Ameryce Łacińskiej – jak pisze autor – „napady z bronią w ręku oraz drobne kradzieże stanowią stały element pejzażu’, a procederem tym parają się nawet małe dzieci ( vide: maluch z nożem w dłoni żądający od Prokurata „money”), to największą bolączką, ba – dramatem państw, o których mowa, jest cyniczna i bezpardonowa eksploatacja przez współczesnych „konkwistadorów”. Przed obraniem kolejnego smakowitego i pachnącego egzotyką banana, polecam lekturę książki Sergiusza Prokurata, na kartach której autor ukazuje krwawe dzieje kolumbijskiej firmy Chiquita, potentata i import_era bananów na cały świat. Zanim podlejemy nasze kwiatki wodą zmieszaną z genialnym guano, przeczytajmy smutną historię ograbiania Peru przez bogaty Zachód z jego kolejnego naturalnego bogactwa. I wreszcie wlewając do baku benzynę, choć przez chwilę pomyślmy o mieszkańcach amazońskiej dżungli, których trzebi koncern Texaco prowadzący rabunkowe wydobycie ropy naftowej.

Który z papieży był wielkim fanem wina z…koką?! Podpowiem ( za autorem), zerkając do książki, bo galeria „smakoszy” była wcale niemała! Trzech papieży, szesnaście koronowanych głów, sześciu prezydentów Francji oraz prezydent Stanów Zjednoczonych popijali Vin Mariani; to Bordeaux, w którego 250 gramach rozpuszczonych jest ok. 50 miligramów koki. To „jak współczesne wciągnięcie „kreski”, zapewniające 15 minut ekstazy”! – zapewnia autor. Tyle statystyka, ale warto zajrzeć do książki i zgłębić się w mroczną historię liścia koki, który skolonizował zachodni świat.

Mimo że skoncentrowałam się na ciemniejszej stronie tego, co zobaczył, usłyszał i przeżył Sergiusz Prokurat, autor książki „To nie jest miejsce dla gringo”, książka jest w gruncie rzeczy pogodna, zawiera pyszne epizody, przy których czytelnik śmieje się w głos, a mnie pozostaje na koniec

a) Gorąco zachęcić KAŻDEGO do jej lektury.

b) Czekać niecierpliwie na kolejną książkę autora.

„Hasta luego” panie Sergiuszu. J

wtorek, 10 listopada 2015

Krym: miłość i nienawiść

Telewizja i internet to komunikatory o potężnej sile przekazu, za pomocą których współczesny człowiek poznaje i opisuje świat. Kto jednak z nas, śledzących w miarę na bieżąco wydarzenia, może powiedzieć, że zna prawdę obiektywną, bezstronną?

Wszyscy pamiętamy dramatyczne wydarzenia na kijowskim Majdanie i późniejsze zaanektowanie Krymu. Media przedstawiły, opisały i zaetykietowały obie strony konfliktu jako tych „dobrych” i „złych”, tych, którzy zaatakowali i tych, którzy się bronili. Niestety, świat i jego dramatyczne wydarzenia nigdy nie są jednoznaczne. Do tej samej refleksji dochodzi autor książki „Krym: miłość i nienawiść” – Maciej Jastrzębski, który jako reporter Polskiego Radia wybiera się za naszą wschodnia granicę, by na własne oczy zobaczyć – jak pisze – „zwichrowany obraz wydarzeń”.

Jastrzębski nie sili się na stawianie tez czy diagnoz. Uczciwie określa swoją pozycje względem świata tam zastanego jako „obcokrajowca , który nie pojmuje , co się dzieje, bo nie zna prawdziwej duszy Rosji”.

Gdy swą podróż na wschód, a potem książkę kończy, jest bogatszy o dramatyczne spotkania z mieszkańcami Krymu, Rosji czy Ukrainy, ale wciąż daleki od jednoznacznej diagnozy. Czytamy: „Im dłużej oglądałem rosyjską telewizję, tym więcej miałem wątpliwości, po czyjej stronie leży racja”.

Skomplikowane, tragicznie pogmatwane i niejednoznaczne dzieje ukraińsko – rosyjskiego konfliktu z aneksją Krymu w tle Jastrzębski ukazuje na przykładzie historii dwojga bohaterów: Marianny i Fiodora. Ona to 30-letnia Ukrainka, mieszkanka krymskiego Symferopola szczerze nienawidząca Rosjan za aneksję jej ukochanego Krymu. On to…Rosjanin pogardzający Ukraińcami, „którzy sami wywołali pożar w swoim domu i mają pretensje do sąsiadów, że przyszli ugasić ogień”. Marianna oskarża Rosjan o zbrojny atak i kradzież Krymu, Fiodor jest absolutnie przekonany, że władze jego kraju „chcą tylko pomóc”. Jak pisze Jastrzębski: „Polityka wbiła się klinem między ich ojczyzny dając im więcej powodów do nienawiści niż do miłości”, a jednak choć dzieli ich wszystko, łączy „miłość na przekór wszystkiemu”.

Autor nie potrafi się zdecydować, czy swą książkę traktować jako reporterski zapis czy narratorską opowieść, nie udało mu się też uniknąć zbędnej w reporterskiej przecież relacji ckliwości ocierającej się o kicz, gdy próbuje opisać chwile intymne swych bohaterów, na szczęście jest tych fragmentów niewiele, a uwagę czytelnika przykuwają nie tylko dramatyczne losy Marianny i Fiodora, ale wszystko to, co składa się na współczesny obraz ziem targanych konfliktem zdającym się nie mieć końca. Jastrzębski przywołuje nazwiska i wydarzenia, które świat poznał dzięki mediom; porucznik Nadię Szewczenko, Ukrainkę wziętą przez Rosjan do niewoli, Borysa Niemcowa, lidera rosyjskiej opozycji, którego zabito niemal w centrum Moskwy. Ale o wartości książki decydują historie tzw. bezimiennych bohaterów, o których – gdyby nie Jastrzębski – świat nigdy by nie usłyszał. Reszat – młody krymski Tatar porwany i bestialsko zabity, gdy szedł zaciągnąć się do ukraińskiej armii. Gienadij – Rosjanin, który żyjąc na ukraińskim Krymie „ponad 20 lat musiał w sobie tłumić miłość do Rosji i sentyment do ZSRR”. Gdy wielka i brudna polityka wkracza w życie zwykłych ludzi, potrafi sporo namieszać. Widzimy to w chwili, gdy krzyżują się losy Marianny i Nadii. Obie mieszkają od urodzenia na Ukrainie, obie kochają ziemię swych przodków, jednak tylko pierwsza z nich czuje się Ukrainką. Nadia z Doniecka – miasta separatystów – nigdy nie uznawała Ukrainy za swą ojczyznę. Jastrzębski pisze: „Każdej z nich chodziło o to samo, tylko znalazły się w różnych sytuacjach”.

Najbardziej przejmującym epizodem książki jest ten, w którym Marianna rozmawia z rosyjskim żołnierzem. Mimo młodego wieku, chłopak jest siwiuteńki. To skutek skrajnych doświadczeń z ukraińskiego pola walki. Ta rozmowa każe Marianne spojrzeć w odmienny niż „czarno – biały” sposób na to ,co dzieje się wokół niej i rodzi refleksję, że „wojna jest wszędzie taka sama. Te same metody po obu stronach barykady”.

Książka, podobnie jak to, co wciąż trwa na wschodzie od polskiej granicy nie ma optymistycznego zakończenia. Konflikt trwa i - jak pisze autor – „żadna ze stron nie zamierza brać na siebie odpowiedzialności (…), nie da się jednoznacznie stwierdzić, że ci są nasi, a tamci to wrogowie”. Ostatnie słowa książki brzmią: „Wzrasta napięcie między Rosją a Zachodem i wciąż w tej historii jest więcej nienawiści niż miłości”.

Chciałoby się dopisać własne post script_um, że miłość zwykłych ludzi, jak pokazała historia Ukrainki Marianny i Rosjanina Fiodora jest szansą i nadzieją na dobre zakończenie, ale byłoby to zbyt proste – kicz i ckliwość dobrze czują się tylko w filmach i tzw. romansidłach. Życie pisze o wiele bardziej dramatyczne scenariusze. Tym niemniej - zachęcam do lektury.


recenzja: Majka Em