niedziela, 8 stycznia 2017

Utracony świat. Leona Barszczewskiego podróże po XIX wiecznej Azji Środkowej

Mam przed sobą  książkę niezwykłą, która bez wątpienia ma dwóch bohaterów. Pierwszy – to jej Autor: Igor Strojecki, drugi – to jego pradziad, Leon Barszczewski.

Igor Strojecki  dokonał rzeczy mozolnej, drobiazgowej i trudnej – odnalazł i zebrał spuściznę  swego sławnego ( a dziś -  niestety – zapomnianego) przodka, z niezwykłą starannością  ją uporządkował, opracował i opublikował w postaci książki pod znamiennym tytułem „Utracony świat”!

Życiem i tym, co osiągnął oraz pozostawił po sobie Leon Barszczewski można by obdzielić  kilka osób! Jako oficer armii carskiej ( pamiętajmy, że mowa o czasach, gdy Polska jest pod zaborami) przeniesiony zostaje  do Turkiestanu, gdzie pozostaje    21 lat (1876-97)z pasją oddając się poznawaniu i eksploracji  rozległych i w większości jeszcze niezbadanych terenów Azji Środkowej; Pamir, Ałtaj, Buchara, Samarkanda,  Turkiestan , ale i Afganistan, Chiny i Mongolia – przemierzył je w trakcie  kilkudziesięciu ekspedycji wzdłuż i wszerz. W wielu z tych miejsc był pierwszym Europejczykiem, który pojawił się w zagubionych pośród  dzikich, majestatycznych gór kiszłakach ( wioskach). [W jednej  z nich napotka  chatkę buddyjskiego kapłana, który widzi człowieka pierwszy raz  od… pięćdziesięciu lat!] Wykonując polecenia wojskowe bada możliwość górskiego przejścia  między Afganistanem i Indiami. Penetrując  azjatyckie góry wielokrotnie  korygował dotychczasowe mapy, nanosił nowe drogi, badał górskie jeziora i źródła, przede wszystkim jednak oddając się największej pasji swego życia – odkrywaniu i badaniu środkowoazjatyckich lodowców. Leon Barszczewski jest  ich pierwszym  pozaeuropejskim badaczem i najwybitniejszym dziewiętnastowiecznym  znawcą.

Z kolejnych wypraw  przywozi okazy flory i fauny (czosnek Barszczewskiego, który rozkwita na wiosnę białym kobiercem pośród leśnego runa nosi nazwę na cześć jego odkrywcy), równolegle z geograficznymi prowadzi też  badania geologiczne i   archeologiczne.  Zbiór jego  wykopalisk z okolic Samarkandy w XIX wieku uznawany był  za największą prywatną kolekcję starożytności regionu Azji Środkowej, którą jeszcze za życia przekazał  nieodpłatnie do Muzeum Historii Samarkandy.

 Łatwiej byłoby napisać, czym się  Barszczewski nie zajmował, bo interesowało go absolutnie wszystko! Na jednej ze stron książki aż jedenaście(!)  linijek zajmuje wyliczenie tego, co Barszczewski odkrył w samym tylko okręgu Samarkandy; złoża  rudy żelaza i ołowiu, srebro i węgiel kamienny, turkusy i kryształy górskie, złoto i wiele, wiele, wiele innych.

Barszczewski biegle władał  rosyjskim, turkmeńskim, tadżyckim, arabskim i uzbeckim, poznał też lokalne języki i ich narzecza, co pozwoliło mu  nawiązywać bliższe  relacje z półdzikimi ludami azjatyckiego świata na końcu ówczesnej cywilizacji.

Leon Barszczewski to nie tylko podróżnik i badacz,  ale przede wszystkim piękny człowiek. Jako pierwszy bodaj Europejczyk  zwraca uwagę i jest pełen współczucia dla trudnego położenia muzułmańskich kobiet, ze swych oszczędności pomaga  polskiej diasporze ( byli zesłańcy, po zsyłce osiedleni w Turkiestanie) doposażyć kościół katolicki.  W swych wędrówkach nigdy nie pozostaje obojętny na los potrzebującego człowieka i gdy zachodzi taka potrzeba, przerywa pracę badawczą i leczy mieszkańców wysokogórskich wiosek dzieląc się z nimi chininą i tym, co akurat posiada.  Sam zresztą w swych Dziennikach (nielicznych, które ocalały) tak o sobie pisał bez cienia kokieterii: „Wiele razy wychodziłem cało z opresji, ale mój stosunek do mieszkańców był zawsze serdeczny, starałem się wniknąć w ich życie, zwyczaje i obrzędy, wierzenia i przesądy. Zjednałem sobie wśród nich wielu prawdziwych przyjaciół”.  Chyba największym z nich był Tadżyk Jakub, który oddał Barszczewskiemu 19 lat swego życia  jako jego niestrudzony przewodnik i wierny towarzysz wszystkich ekspedycji. Tak po latach wspominał swego pana: „Nigdy nie dał mi odczuć swej wyższości,  (jego) skromność wprawiała mnie w zdumienie. Tylko człowiek prawdziwie  wielki mógł być tak prostym, skromnym, uprzejmym, a jednocześnie ujmującym”.

Na okładce książki  czytam, że Leon Barszczewski to  bohater londonowski, to polski Indiana Jones. Trafne porównania! Ja dodałabym  jeszcze: człowiek renesansu – niepospolity umysł o niewiarygodnie szerokich horyzontach, a przy tym  pracowity i  niezłomny.

Na koniec należy jeszcze wspomnieć , że poza  rozlicznymi  zainteresowaniami i poza miłością  do lodowców, wielką pasją Leona Barszczewskiego była fotografia. Książkę ubogacają jego liczne  zdjęcia, które  dają wyobrażenie i przedsmak tego, jak przepotężną i groźną, ale i bajecznie piękną  częścią  naszego globu jest Azja Środkowa.  Jego spuścizna  fotograficzna, mimo że w większości zaginęła  w zawierusze dwóch wojen światowych, stanowi dziś unikalny dokument  życia codziennego i społecznego mieszkańców Azji  Centralnej w XIX wieku. Dwadzieścia jeden lat spędzonych  na środkowoazjatyckich ziemiach zaowocowało tysiącami  klisz ilustrujących piękno  gór, dolin, rzek, lodowców. Do dziś dotrwało ich zaledwie kilkaset. Podobnie z jego szkicami, notatkami i dziennikami – świata, który Barszczewskiego fascynował i który dokumentował,  już nie ma, stąd tytuł – „Utracony świat” – zatrzymany jedynie na kliszach w kolorze sepii.

Utracony świat. Leona Barszczewskiego podróże po XIX wiecznej Azji Środkowej nie jest lekturą łatwą, polecam ją jednak miłośnikom biografii ludzi niezwykłych i przez szacunek dla  benedyktyńskiej pracy jej Autora – Igora Strojeckiego.

Na koniec raz jeszcze oddam głos Leonowi Barszczewskiemu. Niech jego słowa  staną się dla nas u progu nowego 2017 roku przyczynkiem do refleksji: Wszystko można pokonać na świecie dobrym słowem i serdeczną prostotą, nie zaś dumą i pychą”.

recenzja: Majka Em



Utracony świat. Podróże Leona Barszczewskiego po XIX-wiecznej Azji Środkowej, autor: Igor Strojecki, wydawnictwo: Bezdroża, 2016

środa, 28 grudnia 2016

TukTukCinema

Z czym kojarzy się czytelnikom  lubiącym literaturę podróżniczą  Robert Maciąg? Odpowiedź może być  szybka i tylko jedna. A właściwie dwie:
1. Z podróżami.
2. Z Indiami.
W niespełna rok po narodzinach córki zew podróży i przygody   znów się odezwał, ale czy mogło być inaczej, skoro Maciąg  wcale nie ukrywa, że  nad stabilizację  przedkłada bycie w ruchu.  Podobnie „jak  krew w moich żyłach”- dodaje.
Swój  miesięczny urlop tym razem postanawia spędzić w Indiach, o których pisze, że go niezmiennie fascynują.  Z pewnością tak jest, skoro ten ogromny kraj Autor odwiedza już po raz szósty. Tym razem jednak nie chodzi wyłącznie o to, by „patrzeć sobie na życie” [ Hindusów]. Pisze: „Chciałem znów jechać  do Indii i przy okazji zrobić coś więcej  niż tylko  przeżywać własną radość z podróżowania.” I tak rodzi się projekt  Tuk, tuk cinema który ma polegać na tym, że  Maciąg  wiezie do Indii walizkę, w której znajduje się…laptop, projektor, głośniki i filmy z Bolkiem i Lolkiem oraz Reksiem.
Plan- zdawałoby się prosty – przejechać od Delhi do Kalkuty i wyświetlać w spotykanych po drodze szkołach filmy z bohaterami  znanymi każdemu polskiemu dziecku.
Pierwszy seans odbywa się na ulicy, w ramach jakiegoś  festiwalu. Murek  oddzielający ulicę od pola pszenicy zamienia się w  ekran, a widownię stanowią dzieci i…nieco starsze „dzieci”, gdy okazuje się, że przed murkiem zasiadają i starsi; cóż- „czasem każdy dorosły jest małym dzieckiem”. Nie inaczej było i w dalszej podróży, gdy na ulicznym seansie zgromadziły się dzieci, do których  dołączyli robotnicy wracający po całym dniu pracy na budowie. „Nie ma drugiego tak wspaniałego widoku na świecie jak ten,  gdy z dorosłego wychodzi dziecko. Uśmiechnięte, beztroskie i naiwne”(…)I dalej: „oni dawali mi coś przepięknego, nawet o tym nie wiedząc”.
Następna  projekcja wypada w żeńskiej szkole i na długi czas jest to pierwsza o zarazem ostatnia szkoła, gdzie tablica oklejona białym papierem „robi” za ekran, a dziesięcioletnie uczennice – jak  wszystkie dzieci – reagują spontanicznie  i żywiołowo na przygody dwóch urwisów i sympatycznego pieska.
Ja miałem plan  co do Indii, a Indie miały plan co do mnie. I jakoś się te dwa plany co pewien czas rozmijały” – wspomina  Autor. Szybko okazało się, że nie każda szkoła, a raczej prawie żadna nie jest zainteresowana ofertą darmowego seansu.  Nie będę pisała o powodach licznych odmów, bo o tym przeczytacie Państwo sami, gdy sięgniecie po książkę, dość rzec, że kto zjadł zęby na podróżach po Indiach  i nazywa się Robert Maciąg, ten się łatwo nie poddaje. Skoro nie szkoły, to może sierocińce?! Tu też nie zawsze było łatwo, ale kilka razy udało się przekonać zarządzających tymi placówkami, że godzina radości dla osieroconych, a często upośledzonych dzieci jest bezcenna!
Na taborecie projektor, na tablicy –prześcieradło, na wprost widownia, a „w powietrzu unosił się beztroski śmiech i  ciekawość”, choć i z nią bywało różnie;  np. film o Reksiu na nartach nie wywołał żadnej reakcji! Okazało się, że  dla dzieci nigdy nie widzących śniegu, zimy i nart poziom abstrakcji  był tak wysoki, że  uniemożliwił zrozumienie całości.
Ostatni seans, podobnie jak pierwszy, odbył się na miejskim murze, a widownię stanowiły  dzieci bawiące się na ulicy – dzieci sprzątaczek, kucharek i praczek i….robotnicy oraz.. suka  karmiąca swoje młode! Po godzinie – pisze Autor -  dzieci zaczęły się rozchodzić wołane przez matki na kolację, a pozostali… dorośli, którym Robert Maciąg znów podarował chwilę dziecięcej radości.
 
W „Tuk, tuk cinema”  odnoszę wrażenie, że funkcjonują równolegle ( choć nie symetrycznie i proporcjonalnie) dwa światy; jeden to świat przygód Bolka i Lolka oraz Reksia, których Robert Maciąg chce pokazać  hinduskim dzieciom, z czym – co rusz – ma niezrozumiałe dla nas, wychowanych na kreskówkach z Bielska Białej,  trudności.  Świat drugi, a według mnie –pierwszy i ważniejszy- to oglądanie hinduskiej codzienności „ z szeroko otwartymi oczami” ( T.Michniewicz z obwoluty książki). Choć  tytuł „Tuk, tuk cinema” raczej sugerowałby, że książka będzie zapisem kolejnych wizyt w kolejnych szkołach i seansów w nich, to wydaje mi się, że  objazdowe,  wymyślone przez  Maciąga kino jest dodatkiem, pretekstem do tego, by znów wyruszyć w świat, by robić to, co  Maciąg kocha miłością  wielką i wierną – podróżować i „patrzeć sobie na życie”, bo czyż może być inaczej, skoro – jak sam pisze -  „Indie wypełniają człowieka nagle i bez pytania”. Dziś tu, jutro tam, bez pośpiechu, bez określonej z góry  marszruty. Z punktu A do punktu B. Na trasie Delhi - Kalkuta. 
Maciąg jest świetnym  i wnikliwym obserwatorem teatru świata, w którym główną rolę gra człowiek zajęty swym codziennym życiem, który „nie ma  czasu na nic więcej niż to, co potrzebne i ważne’.
Warto sięgnąć po książkę, by dowiedzieć się  nieco o hinduskim szkolnictwie i sposobach walki rządu z wciąż powszechnym analfabetyzmem. Warto sprawdzić, jak Indie otwierają się na nowoczesność, choćby w podejściu do edukacji ( i emancypacji) kobiet. Zasady dobierania małżonków i sytuacja wdów, niewyobrażalne dla Europejczyka  zanieczyszczenie świętej rzeki Ganges ( 118 miast wylewa do niej ponad 3,6 mln litrów ścieków dziennie!!!). Robert Maciąg pisze wprost: ‘bieda, syf, żebranina”, a przecież mimo to kraj ów fascynuje i sprawia, że mimo tylu przeczytanych już o nim książek, wciąż sięga się po kolejne.
Zachwycam się językiem Maciąga; jest wnikliwy, dosadny, często ironiczny. Nawet jeśli  kogoś niezbyt interesują  Indie, powinien sięgnąć  po „Tuk, tuk cinema”, by zobaczyć hinduskie ulice wielkich miast i bezkresne bezdroża prowincji, którą gęsto porastają pola…marihuany!
Klasą samą w sobie jest to, jak Maciąg opisuje poruszanie się po hinduskich ulicach; „To doświadczenie, które cię zmienia na zawsze” i trudno w to wątpić, gdy się czyta takie zdanie:  ( Na ulicy) „jest niezły hałas, bo najpierw  autobus trąbi, że zjeżdża, potem ciężarówki trąbią, że hamują,  ja i inni motocykliści trąbimy na pasażerów, żeby uważali, jak łażą, autobus trąbi, że odjeżdża, a ciężarówki znów trąbią, tym razem po to, żeby autobus pospieszył”.
 
Jeśli chcecie Państwo dowiedzieć się
·       jak hinduskie kobiety „młócą” snopki zboża,
·        dlaczego w Indiach absolutnie konieczne jest szorowanie (!) rąk  PRZED pójściem do toalety,
·       oraz jak policja karze mężczyzn przyłapanych na oglądaniu pornografii ( a powiem, że ubawiłam się tym setnie!!! J),
to zachęcam do sięgnięcia  po ostatnią książkę Roberta Maciąga, która jest nie tylko ciekawa, ale i – jak niemal zawsze bywa w przypadku wydawnictwa Bezdroża- niezwykle starannie i pięknie opracowana  i wydana.

recenzja: Majka Em

TukTukCinema. Czyli historia o Indiach, Gangesie, radości życia, wiecznie psującym się skuterze i Bolku i Lolku, Robert Robb Macią, wydawnictwo Bezdroża, 2016




środa, 16 listopada 2016

Anita Demianowicz - Końca świata nie było

Jakiś czas temu przeczytałam książkę Sergiusza Prokurata o jego podróży do Peru, Kolumbii i Ekwadoru ( „To nie jest miejsce dla gringo”), a że książka obudziła we mnie  ciekawość innych krajów Ameryki Łacińskiej, z zainteresowaniem   sięgnęłam po  książkę Anity Demianowicz , która w pięciomiesięcznej podróży zwiedziła ( czy to właściwe słowo?) i poznała Gwatemalę, Honduras, Salwador i Meksyk. Jej  książka uwiodła mnie szatą  graficzną; uwielbiam te wydane na eleganckim kredowym papierze z pięknymi zdjęciami i starannie zaprojektowaną  szatą graficzną. Książka Anity Demianowicz spełnia wszystkie  te kryteria, do czego zresztą śląskie wydawnictwo Bezdroża  zdążyło mnie już przyzwyczaić.

Drugi z powodów to… sama Autorka.  Zawsze gdy biorę do ręki nową książkę, czytam to, co na obwolucie i  pierwszy akapit  tekstu.  I najczęściej  to decyduje, czy powstaje między mną a książka chemia, czy nie.  Książka Anity Demianowicz uwiodła mnie już samym początkiem. Autorka z rozbrajającą szczerością pisze, że… „nie chciała być podróżniczką” (!?), że ma w sobie mnóstwo lęków, kompletnie nie ma orientacji w terenie, gubi się we własnym mieście i nie umie  określić, gdzie jest północ! Tym wyznaniem kupiła mnie, bo  wynikało z niego, że.. . Ona – to ja! Z tą różnicą, że ja nawet w najodważniejszych marzeniach nie ośmieliłabym  się na samotną podróż do innego państwa, a Ona – porzuciwszy dobrze płatną pracę w korporacji, bezpieczny dom  i kochającego męża – wyjechała w SAMOTNĄ pięciomiesięczną podróż do Ameryki Środkowej ( Gwatemala, Honduras, Salwador i w drodze powrotnej  kawałek Meksyku). Ona – młoda , zaledwie trzydziestokilkuletnia, pełna lęków, strachów i wewnętrznych ograniczeń wyrusza na drugi koniec świata, w rejon zdominowany brutalną i surową kulturą macho,  gdzie biała kobieta jest nie tylko  gringo(obca), ale i cieszy się (często zasłużoną!)  złą reputacją oraz stanowi obiekt pożądania niezależnie od …wieku i wyglądu(!).  

Demianowicz wyrusza w  tę część amerykańskiego kontynentu, gdzie panuje przeogromna bieda i postępująca za nią przestępczość, gdzie króluje przemoc, gangi, narkotyki, przemyt i  porachunki. W Gwatemali tym, co rzuca się w oczy na każdym kroku są pracujące dzieci i alkoholizm mężczyzn,  a ulubionym tematem rozmów Gwatemalczyków  jest bezpieczeństwo, a raczej jego brak! ( Od jednego z miejscowych usłyszy: [U nas] „śmierć jest na porządku dziennym”). W Gwatemali ostrzegano ją przed Hondurasem, w Hondurasie przed Salwadorem, do krateru wulkanu – jako podróżniczka – mogła zejść wyłącznie w towarzystwie policji turystycznej i wciąż, na każdym kroku przestrzegano ją, by nawet w stolicach (!) nie poruszała się pieszo i samotnie! Zakrawa na fenomen szczęścia, że wobec tylu lęków, w tak niebezpiecznym rejonie świata, poza jednym niemiłym incydentem młodej, atrakcyjnej turystce nie przydarzyło się NIC! Wróciła cała i zdrowa z apetytem na kolejne wyprawy! J

Jakie cele Jej  przyświecały?  Przede wszystkim – jak pisze – jechała po to, „by sprawdzić, jaka naprawdę jestem”, by porzucić codzienną rutynę i zacząć  spełnianie marzeń, podążanie własną drogą, poszukiwanie siebie. „Nie chciałam żyć  tak jak wszyscy, tylko trochę inaczej, po swojemu i być szczęśliwą”. I nieco dalej: „Nigdy nie jest za późno, by zmienić coś w życiu”.

Drugim celem  Demianowicz było nauczenie się języka hiszpańskiego, bez znajomości którego nie tylko podróżowanie, ale i poznawanie życia w tamtej części świata byłoby niemożliwe.  Niewielu lokalsów zna angielski i trudno się temu dziwić, skoro – jak pisze Autorka – Honduras to kraj, gdzie ponad połowa z ośmiomilionowego kraju żyje na granicy ubóstwa, gdzie powszechny jest analfabetyzm, bowiem „wielu ludzi  musi walczyć o przetrwanie, a nie o to, by nauczyć się czytać”.

Pobyt w pierwszym z odwiedzanych krajów – w Gwatemali zakładał naukę hiszpańskiego w szkole językowej i mieszkanie u gwatemalskiej rodziny. Na efekt nie trzeba było długo czekać, Demianowicz  w ciągu półtora miesiąca przyswoiła półroczny kurs hiszpańskiego w Polsce! I coś równie  cennego jak znajomość języka; Pisze: „ Szkoła w podróży dawała mi coś więcej niż tylko umiejętności językowe – szansę na poznanie kultury kraju, zwyczajów, tradycji i ludzi. Dość szybko to dostrzegłam i nauczyłam się doceniać”.

Wyposażona w znajomość języka i większe poczucie pewności siebie Autorka  zaczyna eksplorować miejscowe targi (mercado),  bo tam bije serce miast, toczy się nieśpieszne a prawdziwe  życie.  Smakuje lokalne kuchnie. Schodzi do krateru wulkanu, zalicza dwudniowy trekking w górach, eksploruje parki narodowe zupełnie odmienne od naszych europejskich, wreszcie ogląda  ( a my wraz z nią- za sprawą przecudnej urody zdjęć ) zachody słońca na jednym z najpiękniejszych jezior świata – jak twierdzi – nad jez. Atitlan. W Gwatemali i Hondurasie  zwiedza ruiny dawnych miast Majów, zaś w Tikal , w cieniu największej piramidy Majów uczestniczy w tytułowych obchodach końca świata.  Świat nadal  - na szczęście – trwa, podpowiem więc, że data 21.12.2012 to koniec...kalendarza Majów, który z tą data automatycznie się zeruje!!! Następne takie wydarzenie będzie miało miejsce dopiero za 5200 lat!( pięć tysięcy dwieście!)

Anita Demianowicz pisze: „Chciałam podróżować powoli.  (…) Chciałam nie tylko oglądać, ale i widzieć. Nie tylko słuchać, ale i wsłuchiwać się” i może dlatego dzięki Jej opisom możemy poznać, jak dwa największe święta  chrześcijańskiego świata – Wielkanoc i Boże Narodzenie – są obchodzone na drugiej półkuli. Jak zawsze w takich podróżach Autorka poznaje  nie tylko nowe miejsca, inne kultury i  odmienne style życia, ale i nowych, pięknych  ludzi. Jak chociażby szwajcarskie małżeństwo, które opiekuje się honduraskimi dziećmi ulicy, czy starszego  Amerykanina, który dwa razy w roku organizuje akcje medyczne leczące operacyjnie jaskrę. W reszcie świata to drobny zabieg korygujący defekt oka, w Ameryce Łacińskiej – poważny problem społeczny.  Poznaje wreszcie cała masę lokalsów którzy, gdy tylko słyszeli swój język w ustach  kobiety gringo, zawsze okazywali bezinteresowną życzliwość i serdeczność  postawą swą  potwierdzając, że ludzkie dobro nie zna granic krajów ani kontynentów.

Bilans podróży? Oddajmy głos Autorce: „Oczywiście nie przestałam się bać”,  choć w innym miejscu przyznaje, że  samotna, długa  podróż wiele  z tych lęków pozwoliła oswoić.  Wydaje się , że skutecznie, skoro rok później  - bogatsza o znajomość języka, ludzi i bezcenne doświadczenia wyruszyła w kolejną podróż. Gdzie?  Oczywiście do Gwatemali, która najszybciej i najtrwalej skradła  jej serce:  „Od pierwszych chwil pokochałam ten kraj – za piękne tradycyjne stroje noszone z dumą przez kobiety gardzące ubraniami z Zachodu”.

Wobec takiej determinacji mnie wypada jedynie dodać: Pani  Anito, que la vaya bien! ( niech ci się dobrze wiedzie! J )
recenzja: Majka Em




czwartek, 3 listopada 2016

Rafał Tomański – Piekło-niebo. Zrozumieć Koreę.

       Na początek zagadka: w którym kraju dla upamiętnienia urodzin przywódcy (rocznik 1912) jeden z operatorów  telefonii komórkowej wszystkie swe numery zaczyna  od cyfr: 1-9-1-2?

I następna zagadka: Podczas czyich narodzin – dodajmy- w samym środku zimy (!) zakwitły kwiaty, a ptaki przemówiły ludzkim głosem???!!!

I ostatnia zagadka: Jaki to kraj, gdzie zanim wejdzie się  na basenie do wody, trzeba pierwej złożyć głęboki ukłon…pomnikowi przywódcy kraju, zaś za zwinięcie w rulon gazety z jego (przywódcy) podobizną grozi surowa kara?

„Bohaterami” tych trzech zagadek są – kolejno – Kim-Ir-Sen(dziad), Kim-Dzong-Il(syn) i Kim-Dzong-Un(wnuk) reprezentujący trzy pokolenia rodziny, która twardą ręką rządzi jednym z najmniej znanych państw świata  - Koreą Północną.

Reżim północnokoreański od dziesięcioleci konsekwentnie prowadzi politykę izolacji od reszty świata, kiedy więc ujrzałam książkę Piekło-niebo. Zrozumieć Koreę miałam nadzieję, że jej treść znacząco poszerzy moją wiedzę. Jej autor – Rafał Tomański, znawca Japonii, jak głosi tekst na okładce, opisuje 12 miesięcy z życia mieszkańców  Półwyspu Koreańskiego  z okresu pomiędzy czerwcem 2015 a 2016.

Niestety, książka Tomańskiego nie przyniosła znaczącej poprawy stanu mej wiedzy, ale chyba trudno oczekiwać, że szczelna kurtyna odgradzająca Koreę Północną od reszty świata opadnie na tyle, że zobaczymy prawdziwy obraz codzienności tego dwudziestoczteromilionowego kraju.

        A teraz trzy kolejne zagadki:1) Jaki to kraj, gdzie jednym z oficjalnych świąt państwowych jest… Dzień Alfabetu?(Hangul). 2)Gdzie  szefowie korporacji organizują dla swych pracowników…pozorowane pogrzeby, by w tak cokolwiek drastyczny sposób  przypomnieć o sensie życia i o tym, że praca NIE JEST w nim najważniejsza!!! 3)I wreszcie trzecia zagadka: w stolicy którego kraju odbywają się zawody….w lenistwie?! Dodam, że pod hasłem: „Cieszmy się myśleniem o niczym”!!!

Spieszę z odpowiedzią! To też Korea,  tyle że oddzielona  od Północnej czterokilometrowym pasem ziemi – ponoć  zdemilitaryzowanej, o której jednak mówi się, że jest największym polem minowym świata – Korea Południowa.

Oto tragiczny paradoks współczesności: jeden półwysep, jeden naród i dwa sztucznie utworzone kraje, które – jak pisze Autor – „pomimo wspólnej historii dzieli prawie wszystko”.

Gdy czytam  wyrażenie: „krewetka  między wielorybami” na myśl przychodzi mi trudne geopolityczne położenie  Polski. Okazuje się jednak, że to samo dotyczy Korei. I tu, nad Wisłą, i tam, na Półwyspie  Koreańskim  zakończenie II wojny światowej nie tylko przyniosło  pokój, ale przede wszystkim budowanie strefy wpływów przez Europę, Stany Zjednoczone, Chiny i Rosję. Dla Półwyspu koreańskiego odznaczało to rozpoczęcie siedemdziesięcioletniego okresu podziału obu państw – na zacofaną, rządzoną przez trzecie już pokolenie neurotycznych satrapów z rodu Kimów i nowoczesne południe, będące jednym z najszybciej rozwijających się państw świata. Ów podział w kontekście tragicznej spuścizny lat powojennych i skomplikowanej teraźniejszości wcale już nie wydaje się taki prosty, jednoznaczny i czytelny.  Jak pisze Rafał Tomański – „Piekło może mieć rozmaite twarze”.

Zachęcam do lektury książki, bo stanowi ona swoiste memento dla nas, Polaków tak drapieżnie i pospiesznie usiłujących nadrobić lata cywilizacyjnego zapóźnienia. 

Korea Południowa  imponuje wyrastając  na kolejną azjatycką potęgę. „To jeden z najbardziej innowacyjnych krajów w każdej branży świata” – czytamy.  Jednak cena postępu  jest ogromna, a straty – wielkie! Zdawać by się mogło, że nie ma nic złego w tym, że „od najmłodszych lat życie Koreańczyków z Południa kształtuje duch rywalizacji”. Jak to jednak wygląda w praktyce? Oddajmy znów głos Autorowi: „Od najmłodszych lat  uczniowie przechodzą cykliczne piekło egzaminów, po lekcjach posyła się ich na korepetycje i rozmaite zajęcia dodatkowe. Późniejsza praca rządzi się podobnymi prawami, dlatego coraz częściej młoda generacja nazywa swój kraj „piekielną Koreą” (!)

Z drugiej jednak strony nikt nie oponuje co więcej – robi się wszystko, by ten pęd ku lepszemu życiu wesprzeć.  Trudno w to uwierzyć, ale  kiedy ponad pół miliona uczniów zdawało testy na wyższe uczelnie, cała Korea rozpoczęła pracę o godzinę wcześniej, by dzieci nie utknęły w korkach! By nie zakłócać części egzaminu z języka angielskiego polegającej na rozumieniu ze słuchu, na 35 minut wstrzymano starty i lądowania samolotów!!!

Po latach morderczej nauki przychodzi czas na…morderczą pracę, a wraz z nią – na totalny brak czasu na relaks i odpoczynek. Dane są naprawdę alarmujące. Co siódmy  Koreańczyk jest uzależniony od gier, lawinowo też rośnie liczba samobójstw. Władze  dostrzegają problem,  dlatego przepracowani i uzależnieni od elektroniki Koreańczycy  zachęcani są do udziału w  konkursie na….najdłuższe bezczynne siedzenie w parku! Słowem – zawody w lenistwie!!! „Dla narodu pracoholików to czynność równie trudna jak ping-pong czy pływanie synchroniczne” – dostrzega Autor.

Współczesne pokolenie  młodych Koreańczyków z Południa  charakteryzują 3 NIE: NIE angażują się w związki, NIE  wiążą w małżeństwie, NIE decydują się na dzieci!

Malejący przyrost naturalny implikuje coraz widoczniejszą biedę emerytów, a brak czasu na rodzinę, znajomości, przyjaźnie i więzi –samotność. To ona każe  ludziom szukać w internecie namiastki  kontaktu z drugim człowiekiem. Rekordy popularności bije program czternastoletniego  Kim Sung-jin`a, który siedzi przed ekranem monitora i…je!!! Oraz rozmawia w trakcie ze swymi widzami!!! Równie popularne są portale dla chcących WSPÓLNIE coś zjeść, wypić, odrobić lekcje (!), a nawet nakarmić kota! I jakby tego było mało, ostatnia sonda społeczna wykazała, że ludzie nie widzą nic złego w tym, że w niedalekiej przyszłości roboty mogą zastąpić ludzkich partnerów!!!

Brzmi niewiarygodnie i strasznie? A może dziwnie znajomo?! Zaiste, niebo i piekło wcale nie mają do siebie zbyt daleko!!! Wcale też nie liczą się z ustalonymi przez ludźmi granicami państw czy kontynentów.

        Północny reżim Kimów –neurotyczny i nieprzewidywalny, jak pisze Autor, i uzbrojony po zęby straszy świat konfliktem jądrowym ( w styczniu 2016 roku Korea Północna  przeprowadziła czwartą nielegalną prób jądrową) i choć ich rakiety  kojarzą się bardziej z horrorem niż terrorem (!), bo przestarzały sprzęt co rusz zawodzi, „spada nie tam, gdzie trzeba, wybucha chwilę po starcie i przynosi wstyd ojczyźnie”, to przecież wciąż trzeba pamiętać, że północnokoreańska armia jest piątą militarną potęgą świata. ( dla porównania- za Autorem: Indie mają podobną armię, tyle że jest ich 50 razy więcej niż Koreańczyków!).

Z kolei Korea Południowa – raj  dosytu i postępu – w kontekście zmian społeczno – demograficznych  wcale już tak jednoznacznie wspaniała nie jest.  Jeden z 87 rozdziałów ( tak, tak, liczba ta może przerazić, ale spieszę donieść, że to rozdziały króciutkie i dzięki temu czyta się je szybko i sprawnie) opisuje ultranowoczesne miasto Songdo, w którym widać jedynie futurystyczne budowle. Ludzi brak. Autor naliczył zaledwie…. dwie babcie z wnukami na porannym spacerze…Gdzie reszta? Oczywiście w   szkole i pracy! To wciąż jeszcze niebo czy już piekło?!

I jeszcze jeden wątek poruszony w książce, obok którego nie mogę przejść  obojętnie. Wątek tyleż bolesny co wstydliwy, bo związany  z Polską.  Czy wiecie Państwo, że Polska obok Malty jest jedynym(!) europejskim krajem, w którym legalnie pracuje ok. 800 Koreańczyków z Północy.  I co z tego? – zapyta ktoś.  Ano – przytoczę za Autorem dane,  bo one nie kłamią. Nasz „Kodeks pracy” przewiduje ( i gwarantuje) czterdziestogodzinny tydzień pracy. Tydzień pracy Koreańczyka to…72 godziny!!! Przeciętny zarobek Polaka waha się między 1080 a 1350 dolarów. Koreańczyk dostaje 280-350 dolarów. I żeby nie było cienia wątpliwości! – mowa cały czas o Polsce, która ma podpisaną  z północnokoreańskim reżimem umowę na pracę jej obywateli.  Polskie sady, stocznie, a przede wszystkim  budowy wchłaniają cichych, pracowitych i nigdy nie buntujących się  Koreańczyków, którzy dostają na rękę za miesiąc – trudno nie napisać: niewolniczej – pracy ok. 310 zł. na rękę!  Reszta wędruje do kieszeni Kim Dzong Una i choć Autor podaje w dwóch miejscach dwie wysokości, to każda jest przerażająca! Na wyzysku przedstawicieli swego zniewolonego narodu reżim zarabia rocznie 100 mln dolarów ( w innym miejscu Autor przytacza 200-300 mln dolarów). Mam głęboką nadzieję, że władze Rzeczpospolitej za przykładem Czech i Słowacji wycofają się z tego hańbiącego układu.

Pomimo że obraz obu Korei nie jest ani-ani, tylko-tylko, pomimo że trudno je zrozumieć ( patrz: tytuł), oba narody zasługują na to, by dziedzictwo skomplikowanej i trudnej przeszłości zastąpiła nadzieja na lepszą i – wreszcie – wspólną przyszłość. Po stronie północnego reżimu nieśmiałe jaskółki już widać; Od 1981 roku w stolicy kraju-Pjongjangu odbywają się doroczne maratony dla upamiętnienia urodzin Kim-Ir-Sena, założyciela dynastii, państwa i dziadka obecnego przywódcy. Od 2000 roku w biegu mogą brać udział także cudzoziemcy. W obecnym – 2016 roku w maratonie pobiegło 1100 osób z 49 krajów, w tym pięciu z Polski.

W 2008 roku nowojorscy filharmonicy wystąpili z Narodową Orkiestrą Pjongjangu, a obecny szef FIFA nie ustaje w próbach zorganizowania meczu piłki nożnej z  zawodnikami drużyn obu Korei. Trzymam kciuki za powodzenie tego  i kolejnych przedsięwzięć.

Choć – cytuję za Autorem – hakerzy z Północy uchodzą za najlepszych na świecie, co przyznaje nawet amerykańska armia (!), to przecież korporacje takie jak Hyundai czy Samsung, znane z jakości na całym świecie, są dziełem ludzkiego geniuszu made in Korea Południowa. Telenowela „Cesarzowa Ki” na dobre zagościła w polskich domach za sprawą TVP, a koreańska kuchnia zaczyna górować nad japońską, uchodzącą przez lata za wzór doskonałości. Jak pisze Rafał Tomański „Korea  z dumą pokazuje to, co może  wnieść dobrego do międzynarodowej  kultury”.

        Jeśli chcecie Państwo sprawdzić, co łączy Kim Dzong Una, przywódcę północnokoreańskiego reżimu  z celebrytką Kim Kardashian ( podpowiem: nie chodzi o imię! J ) i czy więcej  w tym, o czym pisze Rafał Tomański jest nieba czy piekła – zachęcam do lektury.

majka em

Rafał Tomański – Piekło-niebo. Zrozumieć Koreę.Wydawnictwo Bezdroża 2016.


niedziela, 13 marca 2016

Sen powrotu

Jeśli ktoś kocha podróże i literaturę podróżniczą, Piotra Strzeżysza nie trzeba mu polecać; Tramp, obieżyświat, który od ponad dwudziestu lat jeździ rowerem po świecie. Traktuję niczym klasykę gatunku jego „Campę w sakwach”, z zainteresowaniem przeczytałam „Powidoki”, a jednak jego ostatnia książka zdziwiła mnie. Co to jest? Literatura podróżnicza? - chyba nie do końca?! Bardziej skłonna byłabym ulokować „Sen powrotu” jako prozę poetycką. Ale przecież te Ameryki i dziesięciomiesięczna podróż (rowerowa, ma się rozumieć!) przez nie! Alaska, Stany Zjednoczone Ameryki, Meksyk, Gwatemala, Salwador, Honduras, Nikaragua, Kostaryka, Panama, Ekwador, Peru, wreszcie Kolumbia i Argentyna – wiele tysięcy kilometrów rowerem przez wysokie na kilka tysięcy przełęcze Andów, przez trawiastą pampę Argentyny i rozległą Patagonię aż po wybrzeże Pacyfiku. Słowem – dziesięć miesięcy podróży od jednego krańca kontynentu do drugiego.

Zapalony wędrowiec (i równie zapalony czytelnik literatury podróżniczej) powie: „Ale gratka!” i z ciekawością sięgnie po „Sen powrotu” i…chyba się rozczaruje, bowiem z literaturą gatunku sensu stricte książka Strzeżysza niewiele ma wspólnego! Nie znajdziemy w niej ani jednego opisu kilkunastu krajów, przez jakie wiódł jego szlak. Nie ujrzymy fotografii, które – dopełniając tekst – ukażą urodę tej odległej a pięknej części naszego globu.

Zamiast opisów przyrody, miejsc czy krajobrazów mamy spotkania z ludźmi; Mario, który zaprasza Autora na obiad, prowadzi do szpitala (Strzeżysz przez 4 miesiące choruje na zapalenie zatok i gorączkuje), a następnie opłaca trzydniowy pobyt w hotelu i…znika! Właścicielka restauracji, która odda swój pusty dom, gdzie przez długich 27 dni Strzeżysz będzie się kurował i dochodził do sił. Anonimowy Salwadorczyk, który na widok trawionego gorączką rowerzysty po prostu zamyka swój lokal i wiezie Strzeżysza do pobliskiej lecznicy, po czym lokuje go … na dachu centrum handlowego, bo na hotel żadnego z nich nie stać.

Rob, Jose, Emilia, Ernesto – to „przystanki” na dziesięciomiesięcznym wędrownym szlaku przez obie Ameryki. Ludzie bezinteresownie życzliwi , którzy zostawiają ślad swej obecności nie tyle na geograficznej mapie kontynentu, ale w sercu i wdzięcznej pamięci. „Jak mam się odwdzięczyć?” – pyta Strzeżysz. „Nijak. Dla mnie nagrodą jest to, że mogę ci pomóc(…). Pewnego dnia pomóż drugiemu człowiekowi” – słyszy.

Poza ludźmi na swym rowerowym szlaku Autor spotyka też rozliczne zwierzęta – rude koty, bezpańskie, czekające na okruch zainteresowania psy, a także.. mrówki, strusie nandu i pancernika i wszystkie te spotkania bez wyjątku są urocze! Wszystkie też wyzwalają refleksje, którymi Autor szczodrze dzieli się z czytelnikami – o dziadku Mańku, którego „nosi w sobie”, o tym, jak łatwo obchodzić się bez zdobyczy współczesnej techniki oraz „bez firanek w oknach i kafelek w łazience”, o tym wreszcie, jak w pogoni za materią my, ludzie zapodzialiśmy gdzieś uważność i umiejętność cieszenia się chwilą. Zamiast opisów bujnej przyrody czy surowego krajobrazu Strzeżysz pyta każdego z nas: „A TY, JESTEŚ SZCZĘŚLIWY?”

Gdy zbliża się kres dziesięciomiesięcznej wędrówki, zaledwie 3 dni drogi od mety, którą ma być Ziemia Ognista i maleńkie miasteczko gdzieś na końcu świata, Strzeżysz zatrzymuje się, odwraca rower i …jedzie w drugą stronę! Niech cię to, drogi Czytelniku, nie zmyli: Autor nie jedzie tą samą drogą ku początkowi swej podróży na Alasce, lecz… wraca do Polski!!! Tak po prostu! Na którejś ze stron tej nietuzinkowej książki napisze, że „Wystarczy, żeby jutro był dzień, żeby świeciło słońce, żebym coś zjadł i znalazł spokojne miejsce do spania. By przez moje ciepłe myśli świat przez chwilę stał się lepszy. Albo chociaż nie był gorszy. Tyle wystarczy z tego jechania”. ( wytłuszczenie tekstu autorki recenzji).Przyznasz, czytelniku, że niecodzienna to filozofia podróżowania przez świat, jeśli jednak – jak pisze Strzeżysz – jego „ciepłe myśli” i romantyczno – poetycki ogląd świata sprawią, że świat rzeczywiście stanie się lepszy, to ja „kupuję” ten rodzaj podróżniczej literatury. J A że Strzeżysz pisze też: „Wróciłem, ale nie jestem pewien, na ile jestem tu, a na ile jeszcze tam” –możemy się spodziewać jego następnej wyprawy i podróżniczo- niepodróżniczej książki.

recenzja: Majka Em


Piotr Strzeżysz, Sen powrotu, Wyd. Bezdroża, marzec 2016.

środa, 13 stycznia 2016

Zakochani w świecie. Indie

Książka, o której dziś skreślę kilka słów, długo leżała na półce, a ja  nie umiałam się do niej zabrać.  „Zakochani w świecie. Indie”; część pierwsza  tytułu brzmiała pięknie i zachęcająco. Druga – niekoniecznie.  W Indiach nie byłam, ale wchłonęłam w siebie taką dawkę literatury na ich temat, że kolejna nie wydawała mi się konieczna.   Nie pamiętam już, co sprawiło,  że skapitulowałam i książkę przeczytałam, ale nie żałuję!

Autorką, a właściwie autorami  jest małżeństwo ludzi mediów – ona: Joanna Grzymkowska – Podolak- dziennikarka telewizyjna i on  - Jarosław Podolak – operator telewizyjny. „Nasz plan był prosty: Objechać Indie, zrobić z tej wyprawy cykl telewizyjnych reportaży podróżniczych i napisać książkę (…) o naszych indyjskich przygodach, radościach, rozczarowaniach i olśnieniach”.


Niezaprzeczalnym atutem książki jest jej świeżość  i bezpretensjonalność. Autorka nie udaje , że na wędrówkach po świecie zjadła przysłowiowe zęby. Pisze prosto i szczerze: „Dopiero uczymy się być podróżnikami. Mamy nieodpartą ciekawość świata i ludzi i chęć, by ich poznawać”. Teraz już rozumiem część I  tytułu: „Zakochani w świecie”. Otwieram zatem  i czytam….


Joanna i Jarosław Podolakowie  bez większych planów, bez  rezerwacji biletów czy hoteli założyli, że w ciągu czterech miesięcy objadą całe Indie.  Ich podróż zaczyna się na zachodnim wybrzeżu w Bombaju i tam też kończy ( bardzo pomocna w śledzeniu ich wędrówki jest duża czytelna mapa  na wewnętrznej  stronie okładki!).  Po drodze Podolakowie  poznają piękne  plaże Goi i baśniowy Tadż Mahal, zamglony Dardżyling z herbacianymi polami i święte miasto Waranasi nad brzegami świętego  Gangesu.  Północ  kraju i pora roku nie pozwalają smakować piękna potężnej  Kangczendzongi, która tylko raz – o piątej nad ranem odsłania swe majestatyczne piękno na całe…20 minut!  Z nieprzyjaznego zimna podróżnicy jadą do Radżastanu z ponad pięćdziesięcioma stopniami gorąca! A wreszcie kraina Sikhów na północy z ich świętym miastem Amritsar.


Nieśpiesznie, z dnia na dzień, otwarci na nowe krajobrazy, ludzi i przygody ( a tych, jak w każdej podróży – niemało!) Autorzy przemierzają  kolejne miasta, odwiedzają kolejne świątynne kompleksy i buddyjskie klasztory.  Są świadkami  procesji i  lokalnych świąt  i uczestnikami ulicznych zabaw.  Wraz  z nimi odbywamy trekking po rezerwacie ostatnich wolno żyjących  indyjskich słoni i zachwycamy się ryżowymi tarasami oraz herbacianymi polami.  I wreszcie Kalkuta, gdzie spontanicznie zapada decyzja o trzydniowej  pracy w hospicjum założonym przez  bł. Matkę Teresę.


Napisałam, że książka  Joanny i Jarosława Podolaków  jest świeża i bezpretensjonalna.  I szczera.  Poznają oni nie tylko kolejne regiony tego potężnego i zróżnicowanego kraju, ale także samych siebie! Plan na początek zakładał: „Oswoić się z Indiami, ze sobą w Indiach i z plecakami na sobie”.  By spędzić  z sobą intensywne i szczelnie wypełnione 4 miesiące podróży, by umieć zaakceptować, że w drodze może się wydarzyć wszystko, trzeba nie tylko decyzji o wspólnej podróży, ale przede wszystkim  potrzeba świadomości, że on/ona jest  tym właściwym współtowarzyszem drogi!  Joanna Podolak pisze po prostu: „Było nam  dobrze ze sobą  i dobrze ze sobą w podróży”, a gdzie indziej: „Lubiliśmy być razem i razem odkrywać nowe miejsca. Dzielić się wrażeniami i przygodami.  Do naszej podróży potrzebowaliśmy Indii, ale jeszcze bardziej siebie”. I choć  w tak gęstym „programie zdarzeń” nie obyło się   bez drobnych  nieporozumień i całkiem poważnej małżeńskiej kłótni ( w ilości: jedna!), książka jest zapisem wspólnych  przeżyć, zachwytów, olśnień i gorzkich refleksji.  Po Waranasi z płonącymi całą dobę stosami pogrzebowymi Autorka pisze: „Tego się nie zapomina. To doświadczenie, które zostaje w pamięci jak blizna na skórze”.  Z Kalkuty Podolakowie wywożą „szacunek dla człowieka bezsilnego, bezradnego i bezwolnego”  i refleksję,  jakimi jesteśmy szczęściarzami wiodąc swoje bezpieczne wygodne życie na drugim końcu świata.  Trekking  po rezerwacie słoni wyciska łzy bezsilności  nad bezwzględnością człowieka, który siłą podporządkowuje sobie te królewskie zwierzęta.  Ale nie chodzi o tanią ckliwość i sentymentalizm.  Autorka widzi i rozumie, że  Indie to kraj  niesłychanych kontrastów! Przepych i bogactwo  sąsiadują z biedą, o której Autorka pisze wprost, że jest przerażająca i dla Europejczyka – zupełnie abstrakcyjna.  Szok  u przybysza z naszej części świata wywołuje kontakt z indyjską ulicą, na której panuje niemiłosierny tłok, „niewyobrażalny chaos riksz, taksówek, autobusów i motorów”,  pomiędzy tym wszystkim – żebracy, krowy i małpy. I szczury! Tam zawsze dzieje się: „dużo, szybko i głośno”,  bo w Indiach – jak czytamy – „nie ma możliwości, żebyś był tylko sam z sobą!”


Tym, co ocala wizerunek tego kraju i sprawia, że chce się do niego wracać ( w dwa lata po pierwszej podróży pp. Podolakowie po raz drugi pojechali do Indii) są  nie tylko olśniewające  widoki i zapierające dech w piersiach pomniki architektury, ale  - jak na całym świecie – ludzie! Choć często natarczywi   i natrętni ( przepyszne fragmenty, w których głównymi bohaterami są…ZDJĘCIA- dodam – w ilościach absolutnie hurtowych, a także  reakcje smagłych Hindusów  na blond Europejkę! – koniecznie do lektury! J), w większości sytuacji – serdeczni, uczynni,  życzliwi   i gościnni – jak pisze Autorka- „bez granic”. Trudno byłoby porachować niezliczone spotkania z ludźmi – na kilka chwil,  sekund, na dzień cały. Takie, które w ułamku sekundy się zapomina i takie, które zapadają w pamięć  i serce.

Pod koniec czytamy: „Tylko od nas  zależy,  co w niej [podróży]  znajdziemy i co z niej weźmiemy.  Najprawdopodobniej  zobaczymy i spotkamy to, co ze sobą przywieźliśmy. (…) Każdy dostaje taką podróż, do jakiej jest gotowy”.


W nowym  2016 roku życzę Wam, drodzy Czytelnicy bloga i sobie, byśmy – jak Autorzy książki – byli „zakochani w świecie” i jak Oni – otwarci i gotowi na „podróż życia”. Bo taką bez wątpienia była  czteromiesięczna wędrówka  po Indiach  Joanny i Jarosława Podolaków.


recenzja: Majka Em



"Zakochani w świecie. Indie."Joanna Grzymkowska-Podolak, wyd. Bezdroża, 2015

czwartek, 31 grudnia 2015

Z plecakiem przez świat. Vademecum podróżnika

Mam przed sobą kolejną książkę wydaną przez śląskie Bezdroża, o której znów mogę napisać: przepięknie wydana, na kredowym papierze, z mnóstwem bardzo dobrej jakości fotografii. „Z plecakiem przez świat”, mimo że idealnie wpisuje się w profil wydawnictwa (vide: tytuł!), tym razem różni się znacząco od wszystkich pozostałych książek, o których pisałam. Tamte - pozwoliły nam wędrować za autorem po wybranym (i odwiedzonym) kraju, krajach bądź regionie świata. Ta – jest sumą doświadczeń i wiedzy ( dodam – bezcennej!) Autorki, która pierwszą podróż odbyła w 1990 roku. Od tamtego czasu, jak sama pisze, odwiedziła 180 krajów na wszystkich kontynentach i czytając Jej książkę co rusz zastanawiałam się, gdzie Monika Witkowska jeszcze NIE BYŁA! A była – absolutnie wszędzie.

„Z plecakiem przez świat” ma podtytuł: „Vademecum podróżnika” i nie jest on na wyrost! Powiedziałabym, że to biblia podróżnika, która powinna znaleźć swe miejsce w każdym domu, w którym mieszkają niespokojne duchy, niesyte świata i ludzi, którym przyświeca to samo motto co Monice Witkowskiej: „Podróżuj. Śnij. Odkrywaj”.

Kim jest Autorka i dlaczego jej Vademecum jest bezcenne? Najpierw Monika Witkowska – dziennikarka , która swymi pasjami ( i energią!) mogłaby obdzielić wielu. Jeździ na nartach i chodzi po górach ( zdobyła siedem z ośmiu szczytów zaliczanych do Korony Ziemi), pływa na desce windsurfingowej, lata na parolotni i skacze ze spadochronem. Uprawia żeglarstwo morsko – oceaniczne i polarne ( przepłynęła Pacyfik i Atlantyk, jednak ulubionym kierunkiem jej morskich podróży jest Alaska i Arktyka.) Witkowska jeździ, pływa i lata po całym świecie prywatnie i biznesowo, także jako pilot wypraw zorientowanych nie na wypoczynek w luksusowych ośrodkach, lecz na trekking w dżungli lub górach, safari, rafting. Sama o sobie lubi pisać: plecakowicz – backpacker, który (która) uwielbia odkrywać, poznawać miejsca ciągle jeszcze dziewicze, do których zwykli turyści nie docierają, dzięki czemu tzw. lokalsi nieobeznani ( i niezepsuci!) kontaktem z „cywilizowanym białym” są w tym samym stopniu spragnieni kontaktu z przybyszem co przybysz z nimi. Powie ktoś: „Na takie hobby trzeba mieć niezłą kasę!” Nic podobnego! W swej książce Witkowska wciąż podkreśla , jak niewielkim budżetem dysponuje; dla przykładu: do Nowej Zelandii na miesiąc pojechała ze 150$, a na 2 tygodnie do Australii – z pięćdziesięcioma.

Dla kogo jest Jej książka? Choć pierwotnie miała być poradnikiem-zachętą dla kobiet, w ostateczności adresowana jest do wszystkich, którzy podróże kochają, jak i do tych, którzy przymierzają się do pierwszej w życiu wyprawy. Dla nich książka Moniki Witkowskiej pomyślana została jako poradnik z setkami absolutnie niezbędnych informacji.

W części I dowiemy się, jak i od czego zacząć przygotowania do podróży. Gdzie? Dlaczego? Z kim? Jakie dokumenty są niezbędne i jak je zgromadzić? Jak i co spakować do plecaka? Z typowo kobiecą ( ale i podróżniczą) precyzją pomaga wybrać najodpowiedniejsze ubrania, buty, kosmetyki i inne rzeczy. A gdy zawartość plecaka zostaje skompletowana, czas na rozdział II czyli „W drogę”. Co jeść i pić, by być zdrowym? Jak nie pogubić się w przelicznikach walut i zachować w rejonach niespokojnych sejsmicznie? Witkowska podaje konkretne i wyczerpujące informacje o chorobach, na jakie narażony jest Europejczyk w odległych rejonach świata ( na skrzydełku – tabela szczepień!). Tysiące detali, setki informacji dają gwarancję, że przygotowani do wyprawy (wypraw) przez Monikę Witkowską naprawdę załatwimy wszystko: zakupimy najtańszy bilet ( czytaj: najbardziej opłacalny cenowo), nie zgubimy się na ogromnych lotniskach, załatwimy pomyślnie wszelkie formalności związane z odprawą i dolecimy do celu bez przykrych niespodzianek.

Obok morza absolutnie niezbędnych informacji w książce pomieszczone zostały teksty poboczne w formie krótkich anegdot mówiące o przygodach Autorki w rozlicznych podróżach. Ładnie wyodrębnione przykuwają uwagę i po kilku z nich czytelnik już wie, że nie szkoda przerwać lektury zasadniczej treści książki. Całość dopełniają liczne, a zawsze świetne fotografie.

Część III książki poza kolejną porcją niezbędnych informacji zawiera rozdział zatytułowany „Etyka podróżowania” przypominający o tym, że jako turyści mamy nie tylko prawa i przywileje, ale także obowiązki – względem środowiska naturalnego i mieszkańców odwiedzanych zakątków świata. Witkowska przypomina o konieczności dostosowania się do miejscowych zwyczajów, uszanowania odmienności kulturowej ( strój, zachowanie). Podkreśla, jak ważne jest, by zostawiać po sobie zawsze nie tylko czyste miejsce, ale i dobre wrażenie. Po co? By ci, co przybędą po nas, nie spotkali się z brakiem życzliwości lokalsów zniechęconych niemiłymi doświadczeniami.

I na koniec bardzo ważny rozdział zatytułowany „Po babsku, czyli samotna kobieta w podróży”. Witkowska rozprawia się – a można Jej wierzyć, skoro od ćwierćwiecza jeździ po świecie i ZAWSZE bezpiecznie wraca do domu – z wcale nierzadkimi przekonaniami o niebezpieczeństwach, że na samotną podróżniczkę „ktoś czyha, ktoś chce (ją) okraść, zabić, a wcześniej jeszcze zgwałcić”.

Nie ukrywam, że jestem oczarowana Moniką Witkowską i jej książką. Pisze Ona: „Podróże uzależniają, a (…) podróżowanie jest jak narkotyk. Jak się już zacznie – trudno z niego zrezygnować”. U progu nowego roku życzę Państwu i sobie takiego właśnie uzależnienia. Podróżujmy. Śnijmy. Odkrywajmy.