poniedziałek, 27 marca 2017

Indonezja. Po drugiej stronie raju

Selamat siang – dzień dobry J. Tak mogłaby się przywitać z Państwem Autorka książki wydanej przez śląskie Bezdroża pod wymownym tytułem ‘Indonezja. Po drugiej stronie raju”. Z demonstracyjnego egzemplarza, którego lekturę tyle co zakończyłam, niewiele mogę się o Annie Jaklewicz dowiedzieć. Ma ok. 30 lat i nad życiową stabilizację – jak dotąd – przedkłada życie, o którym pisze: „Wszędzie na chwilę, nigdzie na stałe, [niemal zawsze] z biletem w jedną stronę”.

„Indonezja. Po drugiej stronie raju to zapis Jej dziewięciomiesięcznej podróży rozpoczętej jesienią 2016 roku. Bule Jaklewicz czyli „biała”, obca wybiera kilka spośród ogromnej masy indonezyjskich wysp i są to najczęściej te, które „ledwo zaznaczono na mapach kropką”. Sulawesi, Sampela, Wyspy Korzenne, Bugijczycy i lud Bajo, Tarajowie i plemie Wana – pięć miejsc, pięć ludów, pięć rozdziałów i idea: Pokazać skrawek tego 250 milionowego kraju i jego prawdziwe oblicze, które kruszy lukrowany pocztówkowy stereotyp pięknych plaż z palmami i równie pięknych, uśmiechniętych i niezmiennie życzliwych ludzi.

W rozdziale I poznajemy przedstawicieli tzw. piątej płci, czyli bissu. „Są i kobietą , i mężczyzną, choć żadnym z nich”(?!) i choć to całkiem zagmatwane, dla wyjaśnienia – odsyłam do książki. Bissu czyli szamani, to pośrednicy między ludźmi, duchami i bogami. Za ich przyczyną wkraczamy w głąb świata bugijskich wierzeń, uczestniczymy w obchodach święta mappalili przypadającego na początek pory deszczowej, którego głównym bohaterem jest… święty pług!

Rozdział II przenosi nas na wyspę Sampela, do wioski ludu Bajo, „której nie ma na mapach”. To zaledwie kilkanaście domów na palach, kilka drewnianych pomostów zamiast ulic, tubylcy i ONA – jedyna biała. Wokół rafy koralowe ustępujące rozmiarami tylko tej wielkiej u wybrzeży Australii, nietrudno więc się domyślić, z czego żyją morscy cyganie, czyli wg słów legendy ludzie–ryby lepiej widzący pod wodą niż na lądzie! Autorka przybywa tu, by wyprawić się na cumi-cumi czyli kałamarnice, by zbierać małże i trepangi oraz szukać cari gurita czyli ośmiornic.

W kolejnym rozdziale przenosimy się na Wyspy Korzenne, skąd pochodzi gałka muszkatołowa i goździki. Jaklewicz przybywa tu, by – jak pisze –„tropić historię i szukać europejskich śladów”.
W rozdziale IV odwiedzimy za Autorką wioskę Lempo Sengbua, którą zamieszkuje lud Torajów. Jaklewicz dostaje propozycję noclegu w jednym pokoju z… trumną dziadka ( i dziadkiem – zmarłym! – w trumnie!!!), który na swój pogrzeb czekał kilka lat! I tylko dla Europejczyka to propozycja szokująca, bowiem Torajowie wyznają filozofię, iż wokół śmierci kręci się całe życie, a pogrzeby są ważniejsze niż wesele. Lud Torajów i ich życie wespół ze zmarłymi krewnymi pod jednym dachem pokazała w jednym ze swych programów podróżniczych Martyna Wojciechowska, zainteresowanych odsyłam więc do Jej cyklu „Kobieta na końcu świata”. Jaklewicz uczestniczy w dziewięciodniowych obrzędach pogrzebowych owego dziadka, a w ich trakcie odwiedza okoliczne zabytkowe cmentarzyska i grzebalną skałę, w której pierwsze pochówki urządzano już 2 tysiące lat temu.

I ostatni rozdział – poświęcony ludziom lasu czyli plemieniu Wana. To absolutna indonezyjska peryferia świata, gdzie we wsi Ratavoli w jedenastu bambusowych chatach żyje pięćdziesięciu mieszkańców, w tym trzech szamanów. „Tu szkoła, radio, telewizja, książki – to nowości sprzed kilku lat wcześniej w tym rejonie nieznane”, najbliższy szpital znajduje się o 3 dni drogi stąd, a przed Jaklewicz było ty zaledwie trzech białych! I może dlatego przyjęcie bule czyli obcej jest pełne chłodu i rezerwy. Autorka zapowiada ich jako „ludzi bez uśmiechu”, ale kończy rozdział słowami, które warto przytoczyć: „Nikt w tej podróży nie przywitał mnie tak chłodno i nie żegnał tak serdecznie jak oni. Na zaufanie musiałam zasłużyć”. Czym? W zgodzie z otaczającym ją światem i warunkami życia Jaklewicz uznaje wyższość bosych stóp i przegraną trekkingowych butów za kilkaset złotych. Bez cienia niechęci uczy się za sprawą miejscowych kobiet, jak kąpać się i prać jednocześnie, jak obywać się bez papieru toaletowego i jak korzystać z „naturalnej spłuczki”! W tej szkole życia jest uczennicą, ale i nauczycielką. Uczy miejscowe dzieci angielskiego i przepyszny to fragment wspomnień, gdzie Jaklewicz pisze, z jak niegasnącą ciekawością dzieci lasu, które nigdy nie chodziły do szkoły, chłoną wiedzę! I choć za tablicę służy szary papier zawieszony na sznurku od bielizny, choć mijają 3 godziny nauki, dzieciom wciąż mało, a gdy przychodzi sobota, od świtu czekają na przebudzenie „pani od angielskiego”! Autorka uczy SIĘ i sama uczy, ale też konsumuje bez cienia niesmaku lokalny przysmak- larwy chrząszczy żyjących w pniach palm i uczestniczy w rytuale uzdrowień, a także w niedzielnym nabożeństwie zielonoświątkowców. Suma tych wszystkich doświadczeń pozwala Jej napisać: „Są i takie podróże, które odkrywają przed nami prawdę, pozwalają poznać, a nie tylko zobaczyć, doświadczyć, a nie tylko dotknąć”. Anna Jaklewicz podróżuje po Indonezji i stara się poznać wybrane plemiona, żyje ich życiem, je to, co oni jedzą i skarbi sobie sympatię, mimo że jest bule.

Świat stał się globalną wioską. Egzotyczną przez lata Indonezję odwiedza z roku na rok coraz większa liczba turystów. Ilu z nich poza oszałamiającą swym pięknem przyrodą i rajskimi plażami dostrzeże i zainteresuje się tym, co „po drugiej stronie raju”? Z reguły ów świat nie wygląda pięknie. Przeciwnie –często boleśnie zdumiewa, zasmuca przeraża. Ale to TEŻ prawda o Indonezji i dla pełnego obrazu, dla poszerzenia naszej świadomości i wrażliwości gorąco książkę, o której mowa, polecam. Po drugiej stronie raju poznamy krwawe i wstydliwe dzieje podboju tej części świata przez Anglików i Holendrów, którzy przez XVII i XVIII wiek walczyli o zdobycie monopolu w obrocie gałką muszkatołową i goździkami. Że walka to była krwawa niech świadczy fakt, że za „panowania” holenderskiego gubernatora Coena populacja wysp Banda z 15 tysięcy zmalała do niespełna jednego tysiąca! Równie bezlitosne wydają się dzieje walk o „rząd dusz”. Oficjalnie Indonezja to największe muzułmańskie państwo świata, gdzie islam wyznaje prawie 90% kraju. I choć obok znaleźli swe miejsce chrześcijanie i wyznawcy niezliczonej liczby kultów animistycznych, to przecież co rusz wybuchają zatargi na tle religijnym. W 2000 roku na Molukach w krwawym trzyletnim religijnym konflikcie życie straciło 5 tysięcy muzułmanów i chrześcijan. Tu także coraz powszechniejsze staje się zjawisko kryzysu powołań i nie chodzi bynajmniej o katolickich księży; szamani porzucają odwieczne wierzenia i wolą zostać… fryzjerem czy organizatorem wesel, „bo na tym da się zarobić”!

Tym, co głęboko porusza i zasmuca jest problem niszczenia środowiska naturalnego. Bali – rajska wyspa wciąż dumnie ukazuje światu pocztówkowe swe piękno, ale już w głębi archipelagu piękno zdaje się umierać bezpowrotnie. Jaklewicz pisze o lasach, „ których coraz mniej dookoła”. Jeszcze 100 lat temu zajmowały 84% powierzchni Indonezji, teraz tylko połowę! Tylko w 2012 roku ubyło ich aż 85 tys. hektarów! To niemal całe nasze województwo opolskie- dodaje Autorka. Przez ostatnie 45 lat obszar zajmowany przez plantacje palm olejowych zwiększył się trzydziestokrotnie! Dziś to 11 mln hektarów – tyle co mniej więcej 1/3 powierzchni Polski! „Lasy znikają – pisze Autorka – a wraz z nimi zwierzęta”. Równie ponuro maluje się stan wód oblewających indonezyjskie wyspy. W wodach Pacyfiku pływają plastikowe torebki, butelki, aluminiowe puszki i styropianowe pojemniki. W 2012 roku z rajskich plaż na Bali dziennie zbierano ok. 250 kg odpadów wyrzuconych przez morze. W 2013 roku – 20 ton!!! Co innego jednak poruszyło mnie do głębi. Czy wiecie Państwo, że na ryby można „polować” za pomocą trutek gula gula i podwodnych bomb?! Te pierwsze wypełnia mieszanka wody i…cyjanku potasu, który podtruwając ryby, czyni je dziecinnie łatwymi do odłowienia. Sęk w tym, że cyjanek podtruwa i ryby, i wodę, w której żyją, a to już stanowi poważne zagrożenie dla ryb, raf i koralowców na nich żyjących! Podobny skutek niszczący wywołuje inna z „metod” połowu –na bomby! Podwodne eksplozje zabijają ryby, z rybaków nierzadko czynią kaleki na resztę życia, a podwodny raj zamieniają w podwodne cmentarzyska. Autorka pisze: „Uszkodzenia rafy od pojedynczych bomb zaczynają się regenerować po 5, 10 latach. Powtarzające się eksplozje sprawiają, że koralowce na zawsze tracą zdolność odbudowy.(…) Zbombardowana rafa, która jeszcze przed chwilą była feerią barw, kształtów i form życia, teraz przypomina Warszawę tuż po wojnie”. Cóż, jak wszędzie indziej na świecie pogoń za zyskiem za wszelka cenę odbiera ludziom rozum i zdolność myślenia. Jaklewicz pisze: „Rybacy nie liczą długofalowych strat, tylko doraźne zyski”.

Bardzo bym nie chciała, by Indonezja. Po drugiej stronie raju niechęciła potencjalnego czytelnika, uczciwość jednak każe dostrzec zarówno jasną, jak i ciemną stronę świata, nad którym – choć wciąż urzekającym – gromadzą się ciemne chmury. Zakończmy jednak optymistycznie…. polskim akcentem. W wielu miejscach na kuli ziemskiej ludzie nie wiedzą, gdzie leży Polska, ale wiedzą, kto to Wałęsa czy papież Polak. W indonezyjskich wioskach rozrzuconych na bezkresnym oceanie polskim nazwiskiem znanym ich mieszkańcom był… Robert Lewandowski J.


recenzja: Majka Em

czwartek, 16 lutego 2017

Upały, mango i ropa naftowa

 „W sklepach brakuje wszystkiego: od papieru toaletowego i mąki kukurydzianej po mleko, cukier, olej, mydła, szampony i inne detergenty. No, po prostu – wszystkiego!”

„Jajka kupuje się spod lady w sklepie żelaznym, po mleko trzeba ustawiać się  w środku nocy”.

Dla starszego pokolenia Czytelników brzmi znajomo? Spieszę  z  wyjaśnieniem: To nie obrazek z zamierzchłych lat 80-tych ubiegłego wieku i końca PRL-u, choć rzeczywistość - niemal identyczna. Tym razem mowa o… Wenezueli AD 2015, w której Autor książki – Wojciech Ganczarek - spędził niemal rok. Ze skrzydełka dowiaduję się, że to absolwent fizyki teoretycznej i matematyki stosowanej. Brzmi poważnie, ale i czasem od życia w świecie nauki i poważnych artykułów dotyczących mechaniki kwantowej (!) trzeba wziąć urlop. Ganczarek wsiada na swój wiekowy dwudziestopięcioletni rower i przez półtora roku eksploruje  Amerykę Łacińską.  Książka, która stała się powodem niniejszych słów- Upały, mango i ropa naftowa wydana przez śląską oficynę Bezdroża,  to owoc dziewięciomiesięcznej niespiesznej włóczęgi (?) po Wenezueli. Wraz z Autorem pedałujemy przez bezkresne wenezuelskie równiny i górzyste stany. Resztką sił   w nogach i kołach (!) pokonujemy andyjskie przełęcze (3.625 m.npm!) i odpoczywamy na pocztówkowej urody karaibskich plażach. Zwiedzamy  wielkie miasta  i  maleńkie wioski, nadmorskie plaże i andyjskie osady zagubione w gąszczu zieleni – słowem – jak pisze Ganczarek –„przestrzeń i wolność”.  Myliłby się jednak ktoś, kto by oczekiwał kolejnej stricte podróżniczej książki z serii: „Byłem, zobaczyłem ( zwiedziłem), opisałem”. Ganczarek ma o wiele ambitniejsze plany! Podróż przez Wenezuelę daje powód do dokładnego poznania tego wielowymiarowego kraju, dlatego  też oprócz bajowych  widoków i zjawisk ( tęcza W NOCY!) dostajemy  oszałamiającą, wieloaspektową prezentację wszystkich chyba obszarów życia tego egzotycznego bądź-co-bądź dla Europejczyka kraju.  Polityka i  gospodarka, historia i kultura, kastowość i religia i wreszcie  rola kobiety i mężczyzny, a co za tym idzie – (szokujący) model rodziny, a wszystko to poparte dogłębną analizą Autora, podpartą  przedrukami obszernych wywiadów z tamtejszej prasy. To dlatego na obwolucie książki  stoi, że jest ona dla tych, „którzy nie tylko pragną POZNAĆ, ale i ZROZUMIEĆ”. Oddajmy głos samemu Autorowi: „Książka jest polifoniczna . rozpina się od uśmiechów codziennych spotkań po polityczne i gospodarcze analizy, socjologiczne teorie, przeplata wilgoć deszczu i smak kakao”, zaś  ogląd spraw – jak pisze Autor – jest „nieobarczony prostymi stereotypami wyobrażeń o Wenezueli”.

Wenezuela to kraj o największych rezerwach ropy naftowej na świecie! Jak więc  połączyć  i zrozumieć to midasowe bogactwo z szalejącą inflacją, pustymi półkami, głodowymi płacami ( cena opony do samochodu to równowartość… trzech urzędniczych pensji!) i rekordową przestępczością?! Słowem – skoro jest dobrze, to czemu jest tak źle?! Oddajmy znów głos samemu Autorowi. By na to i inne pytania odpowiedzieć, trzeba poznać mechanizmy polityczno – ekonomiczne Wenezueli.  Tak, wiem, nie brzmi to zachęcająco, ale zapewniam, że sposób, w jaki Ganczarek przeprowadza nas przez skomplikowaną  i niejednoznaczną rzeczywistość tego odległego kraju budzi ciekawość, a potem zrozumienie. Ganczarek pokazuje i tłumaczy fenomen Hugo Chaveza, do 2013 roku prezydenta Wenezueli, jego politykę „rozdawnictwa”, subsydiów i dopłat, które uczyniły z obywateli rentierów naftowej bossy. Czy wiecie Państwo, że w XXI wieku istnieje kraj, w którym władza rozdaje mieszkania, pralki, telewizory, lodówki, gdzie  działa Ministerstwo… Szczęścia, na czele którego stoi wiceminister ds. Wyższego Szczęścia Społecznego!!!? Nie, nie, to nie żart! Więc znów pytanie: Skoro jest tak dobrze, to czemu jest tak źle?! Wojciech Ganczarek serwuje  nam krótki ( i zrozumiały!)  kurs ekonomii made in Wenezuela i pokazuje, że to kraj absurdów i kontrastów, w którym „ nic nie jest pewne i wszystko jest możliwe”. Oto kilka przykładów ( „smaczków”):

·       właściciel hektarów ziemi, na której pasą się mleczne krowy, na co dzień używa (wystanego w kolejkach!) mleka w proszku, „bo na pastwisko za daleko, a to mleko [w proszku!] to władza  rozdaje i taniej wychodzi” (!)

·       w Caracas, stolicy kraju występuje  największa  dzielnica biedy w całej Ameryce Łacińskiej, z która kontrastują hektary luksusowych  strzeżonych dzielnic.

·       Gdy tylko są ( a są  z rzadka!) dolary, kupuje się je po oficjalnym kursie – 6,30 boliwarów za jednego dolara i odsprzedaje na tzw. czarnym rynku za… 800 boliwarów (to  kurs z października 2015 czyli z czasu, gdy  powstawała niniejsza książka).

Oddajmy raz jeszcze głos samemu Autorowi: „Wenezuela opływająca w ropę nie dorobiła się solidnych podstaw dla krajowej gospodarki. Nad łatwym zyskiem nie ma kontroli, a zyski z eksportu surowca skupione w rekach rządu stają się żyzną glebą pod bujny wzrost korupcji, malwersacji finansowych czy zwykłej nowobogackiej beztroski”. I nieco dalej: „Szacuje się, że  84% wielomiliardowych zysków z ropy w latach 2003-2012 zostało zwyczajnie przejedzonych”.

Zostawmy jednak skomplikowane  stosunki polityczno – ekonomiczne Wenezueli.  Tym, co stanowi największą wartość każdej podróżniczej książki, a taką jest – mimo wszystko – książka Wojciecha Ganczarka, są ludzie i spotkania z nimi.  W tej akurat materii „Upały, mango i ropa naftowa” wpisują się  w żelazny schemat gościnności i uczynności  względem przybysza z daleka. Wprawdzie mało kto widząc Autora na rowerze pedałującego w morderczym upale lub w niemal arktycznym zimnie jest w stanie uwierzyć, że widzi to, co widzi J; wszak Wenezuela to kraj, gdzie niezależnie od pustych sklepowych półek na drogach królują najnowsze modele Toyoty, Land cruiserów, Nissanów, Humerów, Jeep`ów ( Autor ironizuje: Samochody godne kraju pogrążonego w kryzysie”!). „Ja na rowerze to najdalej może do piekarni” – słyszy Ganczarek, ale gdy następuje pierwsza, a za nią kolejne awarie roweru, łańcuszek ludzi dobrej woli  wydobędzie niemal spod ziemi brakujące części. Autor  tłumaczy ów fenomen następująco: „W kraju, w którym codzienność zaskakuje nadzwyczajnymi uniedogodnieniami ludzie  tym bardziej dbają o przyjezdnego. Przecież skoro im żyje się ciężko,  a są  już przyzwyczajeni, to jak ciężko musi być komuś z zewnątrz”.

W przydrożnych barach i pomniejszych sklepikach ( nigdy, co podkreśla Autor, w państwowych  supermarketach!) sprzedawczynie  pilnują pustych półek, ale klienta witają obowiązkowym promiennym uśmiechem i słowami: „Kochanie”, „Królu mój”,  „Książę młody”…J

W swej podróży Ganczarek  wielokrotnie zachwyca się  niepospolitą ( i wciąż…poprawianą!) urodą kobiet, co nie przesłania mu prawdy o rzeczywistej ich pozycji w zdominowanym przez kulturę macho społeczeństwie. SAMICA  ( spieszę  wyjaśnić, że słowo to w  tamtejszej kulturze absolutnie pozbawione jest pejoratywnego, polskiego wydźwięku) i MATKA – to dwie skrajne role przypisane wenezuelskim kobietom, ale do szczegółowych i precyzyjnych,  wyczerpujących wyjaśnień w tej materii odsyłam do lektury książki.

Zresztą i Wenezuelczyk to  mężczyzna  obowiązkowo urodziwy, uśmiechnięty i mega-zadbany i tego kultu zewnętrznego piękna  nie jest w stanie podważyć drugie dno wyłaniające się  w tamtejszej  rzeczywistości. Każdy Wenezuelczyk ma  7 miłości: Bóg, mama, równina, kobieta, dzieci, koń i pies.  Zdumionych tą hierarchią odsyłam do książki, która wyczerpująco odpowie na wszelkie wątpliwości!

O systemie wartości w tym – co by nie rzec- zdemoralizowanym społeczeństwie dużo mówi  pewien „eksperyment”; poproszono Szwajcarów, by dopisali antonim do słowa: cwaniak. To „człowiek honoru, uczciwy, itd.” Dla Wenezuelczyka jednak to: frajer i głupiec”!!! Ganczarek tłumaczy, iż takie postrzeganie to nie kaprys czy zachcianka, lecz konieczność i dodaje: „ Tu [w Wenezueli] przebiegłość przyjmuje się za cnotę, a chytrość darzy się rozumem”.

Dalej, cytując za Autorem, Wenezuela to kraj samych NAJ: najwięcej ropy,  najdłuższy most, najwyższy wodospad, najpiękniejsze kobiety, ale i… największe zadłużenie i najmniej odpowiedzialny rząd!

Na zakończenie wzruszający akcent polski; W trakcie swej wielomiesięcznej podróży Autor  spędził Boże Narodzenie u jednej z miejscowych rodzin. Jedną z krewnych była wiekowa Polka, która opuściła ojczyznę 70 lat temu. Poza słowem „dobrze” nie pamiętała już nic.  Jakież więc było zdumienie i wzruszenie Autora, gdy podczas śpiewania kolęd staruszka w całości i bez pomyłek odśpiewała „Wśród nocnej ciszy”, „Bóg się rodzi” i „W żłobie leży” J.

I jeszcze jedno…zakończenie ( na pewno już ostatnieJ).  Pora wyjaśnić, dlaczego tytułowe upały, mango i ropa według Autora są trzema  największymi przekleństwami  Wenezueli. Nie, nie, tego jednak nie zdradzę, w zamian zachęcając gorąco do lektury książki, dzięki której  nie tylko POZNAMY piękny kraj pięknych ( i szczęśliwych?) ludzi, ale i go ZROZUZMIEMY.

recenzja: Majka Em


niedziela, 8 stycznia 2017

Utracony świat. Leona Barszczewskiego podróże po XIX wiecznej Azji Środkowej

Mam przed sobą  książkę niezwykłą, która bez wątpienia ma dwóch bohaterów. Pierwszy – to jej Autor: Igor Strojecki, drugi – to jego pradziad, Leon Barszczewski.

Igor Strojecki  dokonał rzeczy mozolnej, drobiazgowej i trudnej – odnalazł i zebrał spuściznę  swego sławnego ( a dziś -  niestety – zapomnianego) przodka, z niezwykłą starannością  ją uporządkował, opracował i opublikował w postaci książki pod znamiennym tytułem „Utracony świat”!

Życiem i tym, co osiągnął oraz pozostawił po sobie Leon Barszczewski można by obdzielić  kilka osób! Jako oficer armii carskiej ( pamiętajmy, że mowa o czasach, gdy Polska jest pod zaborami) przeniesiony zostaje  do Turkiestanu, gdzie pozostaje    21 lat (1876-97)z pasją oddając się poznawaniu i eksploracji  rozległych i w większości jeszcze niezbadanych terenów Azji Środkowej; Pamir, Ałtaj, Buchara, Samarkanda,  Turkiestan , ale i Afganistan, Chiny i Mongolia – przemierzył je w trakcie  kilkudziesięciu ekspedycji wzdłuż i wszerz. W wielu z tych miejsc był pierwszym Europejczykiem, który pojawił się w zagubionych pośród  dzikich, majestatycznych gór kiszłakach ( wioskach). [W jednej  z nich napotka  chatkę buddyjskiego kapłana, który widzi człowieka pierwszy raz  od… pięćdziesięciu lat!] Wykonując polecenia wojskowe bada możliwość górskiego przejścia  między Afganistanem i Indiami. Penetrując  azjatyckie góry wielokrotnie  korygował dotychczasowe mapy, nanosił nowe drogi, badał górskie jeziora i źródła, przede wszystkim jednak oddając się największej pasji swego życia – odkrywaniu i badaniu środkowoazjatyckich lodowców. Leon Barszczewski jest  ich pierwszym  pozaeuropejskim badaczem i najwybitniejszym dziewiętnastowiecznym  znawcą.

Z kolejnych wypraw  przywozi okazy flory i fauny (czosnek Barszczewskiego, który rozkwita na wiosnę białym kobiercem pośród leśnego runa nosi nazwę na cześć jego odkrywcy), równolegle z geograficznymi prowadzi też  badania geologiczne i   archeologiczne.  Zbiór jego  wykopalisk z okolic Samarkandy w XIX wieku uznawany był  za największą prywatną kolekcję starożytności regionu Azji Środkowej, którą jeszcze za życia przekazał  nieodpłatnie do Muzeum Historii Samarkandy.

 Łatwiej byłoby napisać, czym się  Barszczewski nie zajmował, bo interesowało go absolutnie wszystko! Na jednej ze stron książki aż jedenaście(!)  linijek zajmuje wyliczenie tego, co Barszczewski odkrył w samym tylko okręgu Samarkandy; złoża  rudy żelaza i ołowiu, srebro i węgiel kamienny, turkusy i kryształy górskie, złoto i wiele, wiele, wiele innych.

Barszczewski biegle władał  rosyjskim, turkmeńskim, tadżyckim, arabskim i uzbeckim, poznał też lokalne języki i ich narzecza, co pozwoliło mu  nawiązywać bliższe  relacje z półdzikimi ludami azjatyckiego świata na końcu ówczesnej cywilizacji.

Leon Barszczewski to nie tylko podróżnik i badacz,  ale przede wszystkim piękny człowiek. Jako pierwszy bodaj Europejczyk  zwraca uwagę i jest pełen współczucia dla trudnego położenia muzułmańskich kobiet, ze swych oszczędności pomaga  polskiej diasporze ( byli zesłańcy, po zsyłce osiedleni w Turkiestanie) doposażyć kościół katolicki.  W swych wędrówkach nigdy nie pozostaje obojętny na los potrzebującego człowieka i gdy zachodzi taka potrzeba, przerywa pracę badawczą i leczy mieszkańców wysokogórskich wiosek dzieląc się z nimi chininą i tym, co akurat posiada.  Sam zresztą w swych Dziennikach (nielicznych, które ocalały) tak o sobie pisał bez cienia kokieterii: „Wiele razy wychodziłem cało z opresji, ale mój stosunek do mieszkańców był zawsze serdeczny, starałem się wniknąć w ich życie, zwyczaje i obrzędy, wierzenia i przesądy. Zjednałem sobie wśród nich wielu prawdziwych przyjaciół”.  Chyba największym z nich był Tadżyk Jakub, który oddał Barszczewskiemu 19 lat swego życia  jako jego niestrudzony przewodnik i wierny towarzysz wszystkich ekspedycji. Tak po latach wspominał swego pana: „Nigdy nie dał mi odczuć swej wyższości,  (jego) skromność wprawiała mnie w zdumienie. Tylko człowiek prawdziwie  wielki mógł być tak prostym, skromnym, uprzejmym, a jednocześnie ujmującym”.

Na okładce książki  czytam, że Leon Barszczewski to  bohater londonowski, to polski Indiana Jones. Trafne porównania! Ja dodałabym  jeszcze: człowiek renesansu – niepospolity umysł o niewiarygodnie szerokich horyzontach, a przy tym  pracowity i  niezłomny.

Na koniec należy jeszcze wspomnieć , że poza  rozlicznymi  zainteresowaniami i poza miłością  do lodowców, wielką pasją Leona Barszczewskiego była fotografia. Książkę ubogacają jego liczne  zdjęcia, które  dają wyobrażenie i przedsmak tego, jak przepotężną i groźną, ale i bajecznie piękną  częścią  naszego globu jest Azja Środkowa.  Jego spuścizna  fotograficzna, mimo że w większości zaginęła  w zawierusze dwóch wojen światowych, stanowi dziś unikalny dokument  życia codziennego i społecznego mieszkańców Azji  Centralnej w XIX wieku. Dwadzieścia jeden lat spędzonych  na środkowoazjatyckich ziemiach zaowocowało tysiącami  klisz ilustrujących piękno  gór, dolin, rzek, lodowców. Do dziś dotrwało ich zaledwie kilkaset. Podobnie z jego szkicami, notatkami i dziennikami – świata, który Barszczewskiego fascynował i który dokumentował,  już nie ma, stąd tytuł – „Utracony świat” – zatrzymany jedynie na kliszach w kolorze sepii.

Utracony świat. Leona Barszczewskiego podróże po XIX wiecznej Azji Środkowej nie jest lekturą łatwą, polecam ją jednak miłośnikom biografii ludzi niezwykłych i przez szacunek dla  benedyktyńskiej pracy jej Autora – Igora Strojeckiego.

Na koniec raz jeszcze oddam głos Leonowi Barszczewskiemu. Niech jego słowa  staną się dla nas u progu nowego 2017 roku przyczynkiem do refleksji: Wszystko można pokonać na świecie dobrym słowem i serdeczną prostotą, nie zaś dumą i pychą”.

recenzja: Majka Em



Utracony świat. Podróże Leona Barszczewskiego po XIX-wiecznej Azji Środkowej, autor: Igor Strojecki, wydawnictwo: Bezdroża, 2016

środa, 28 grudnia 2016

TukTukCinema

Z czym kojarzy się czytelnikom  lubiącym literaturę podróżniczą  Robert Maciąg? Odpowiedź może być  szybka i tylko jedna. A właściwie dwie:
1. Z podróżami.
2. Z Indiami.
W niespełna rok po narodzinach córki zew podróży i przygody   znów się odezwał, ale czy mogło być inaczej, skoro Maciąg  wcale nie ukrywa, że  nad stabilizację  przedkłada bycie w ruchu.  Podobnie „jak  krew w moich żyłach”- dodaje.
Swój  miesięczny urlop tym razem postanawia spędzić w Indiach, o których pisze, że go niezmiennie fascynują.  Z pewnością tak jest, skoro ten ogromny kraj Autor odwiedza już po raz szósty. Tym razem jednak nie chodzi wyłącznie o to, by „patrzeć sobie na życie” [ Hindusów]. Pisze: „Chciałem znów jechać  do Indii i przy okazji zrobić coś więcej  niż tylko  przeżywać własną radość z podróżowania.” I tak rodzi się projekt  Tuk, tuk cinema który ma polegać na tym, że  Maciąg  wiezie do Indii walizkę, w której znajduje się…laptop, projektor, głośniki i filmy z Bolkiem i Lolkiem oraz Reksiem.
Plan- zdawałoby się prosty – przejechać od Delhi do Kalkuty i wyświetlać w spotykanych po drodze szkołach filmy z bohaterami  znanymi każdemu polskiemu dziecku.
Pierwszy seans odbywa się na ulicy, w ramach jakiegoś  festiwalu. Murek  oddzielający ulicę od pola pszenicy zamienia się w  ekran, a widownię stanowią dzieci i…nieco starsze „dzieci”, gdy okazuje się, że przed murkiem zasiadają i starsi; cóż- „czasem każdy dorosły jest małym dzieckiem”. Nie inaczej było i w dalszej podróży, gdy na ulicznym seansie zgromadziły się dzieci, do których  dołączyli robotnicy wracający po całym dniu pracy na budowie. „Nie ma drugiego tak wspaniałego widoku na świecie jak ten,  gdy z dorosłego wychodzi dziecko. Uśmiechnięte, beztroskie i naiwne”(…)I dalej: „oni dawali mi coś przepięknego, nawet o tym nie wiedząc”.
Następna  projekcja wypada w żeńskiej szkole i na długi czas jest to pierwsza o zarazem ostatnia szkoła, gdzie tablica oklejona białym papierem „robi” za ekran, a dziesięcioletnie uczennice – jak  wszystkie dzieci – reagują spontanicznie  i żywiołowo na przygody dwóch urwisów i sympatycznego pieska.
Ja miałem plan  co do Indii, a Indie miały plan co do mnie. I jakoś się te dwa plany co pewien czas rozmijały” – wspomina  Autor. Szybko okazało się, że nie każda szkoła, a raczej prawie żadna nie jest zainteresowana ofertą darmowego seansu.  Nie będę pisała o powodach licznych odmów, bo o tym przeczytacie Państwo sami, gdy sięgniecie po książkę, dość rzec, że kto zjadł zęby na podróżach po Indiach  i nazywa się Robert Maciąg, ten się łatwo nie poddaje. Skoro nie szkoły, to może sierocińce?! Tu też nie zawsze było łatwo, ale kilka razy udało się przekonać zarządzających tymi placówkami, że godzina radości dla osieroconych, a często upośledzonych dzieci jest bezcenna!
Na taborecie projektor, na tablicy –prześcieradło, na wprost widownia, a „w powietrzu unosił się beztroski śmiech i  ciekawość”, choć i z nią bywało różnie;  np. film o Reksiu na nartach nie wywołał żadnej reakcji! Okazało się, że  dla dzieci nigdy nie widzących śniegu, zimy i nart poziom abstrakcji  był tak wysoki, że  uniemożliwił zrozumienie całości.
Ostatni seans, podobnie jak pierwszy, odbył się na miejskim murze, a widownię stanowiły  dzieci bawiące się na ulicy – dzieci sprzątaczek, kucharek i praczek i….robotnicy oraz.. suka  karmiąca swoje młode! Po godzinie – pisze Autor -  dzieci zaczęły się rozchodzić wołane przez matki na kolację, a pozostali… dorośli, którym Robert Maciąg znów podarował chwilę dziecięcej radości.
 
W „Tuk, tuk cinema”  odnoszę wrażenie, że funkcjonują równolegle ( choć nie symetrycznie i proporcjonalnie) dwa światy; jeden to świat przygód Bolka i Lolka oraz Reksia, których Robert Maciąg chce pokazać  hinduskim dzieciom, z czym – co rusz – ma niezrozumiałe dla nas, wychowanych na kreskówkach z Bielska Białej,  trudności.  Świat drugi, a według mnie –pierwszy i ważniejszy- to oglądanie hinduskiej codzienności „ z szeroko otwartymi oczami” ( T.Michniewicz z obwoluty książki). Choć  tytuł „Tuk, tuk cinema” raczej sugerowałby, że książka będzie zapisem kolejnych wizyt w kolejnych szkołach i seansów w nich, to wydaje mi się, że  objazdowe,  wymyślone przez  Maciąga kino jest dodatkiem, pretekstem do tego, by znów wyruszyć w świat, by robić to, co  Maciąg kocha miłością  wielką i wierną – podróżować i „patrzeć sobie na życie”, bo czyż może być inaczej, skoro – jak sam pisze -  „Indie wypełniają człowieka nagle i bez pytania”. Dziś tu, jutro tam, bez pośpiechu, bez określonej z góry  marszruty. Z punktu A do punktu B. Na trasie Delhi - Kalkuta. 
Maciąg jest świetnym  i wnikliwym obserwatorem teatru świata, w którym główną rolę gra człowiek zajęty swym codziennym życiem, który „nie ma  czasu na nic więcej niż to, co potrzebne i ważne’.
Warto sięgnąć po książkę, by dowiedzieć się  nieco o hinduskim szkolnictwie i sposobach walki rządu z wciąż powszechnym analfabetyzmem. Warto sprawdzić, jak Indie otwierają się na nowoczesność, choćby w podejściu do edukacji ( i emancypacji) kobiet. Zasady dobierania małżonków i sytuacja wdów, niewyobrażalne dla Europejczyka  zanieczyszczenie świętej rzeki Ganges ( 118 miast wylewa do niej ponad 3,6 mln litrów ścieków dziennie!!!). Robert Maciąg pisze wprost: ‘bieda, syf, żebranina”, a przecież mimo to kraj ów fascynuje i sprawia, że mimo tylu przeczytanych już o nim książek, wciąż sięga się po kolejne.
Zachwycam się językiem Maciąga; jest wnikliwy, dosadny, często ironiczny. Nawet jeśli  kogoś niezbyt interesują  Indie, powinien sięgnąć  po „Tuk, tuk cinema”, by zobaczyć hinduskie ulice wielkich miast i bezkresne bezdroża prowincji, którą gęsto porastają pola…marihuany!
Klasą samą w sobie jest to, jak Maciąg opisuje poruszanie się po hinduskich ulicach; „To doświadczenie, które cię zmienia na zawsze” i trudno w to wątpić, gdy się czyta takie zdanie:  ( Na ulicy) „jest niezły hałas, bo najpierw  autobus trąbi, że zjeżdża, potem ciężarówki trąbią, że hamują,  ja i inni motocykliści trąbimy na pasażerów, żeby uważali, jak łażą, autobus trąbi, że odjeżdża, a ciężarówki znów trąbią, tym razem po to, żeby autobus pospieszył”.
 
Jeśli chcecie Państwo dowiedzieć się
·       jak hinduskie kobiety „młócą” snopki zboża,
·        dlaczego w Indiach absolutnie konieczne jest szorowanie (!) rąk  PRZED pójściem do toalety,
·       oraz jak policja karze mężczyzn przyłapanych na oglądaniu pornografii ( a powiem, że ubawiłam się tym setnie!!! J),
to zachęcam do sięgnięcia  po ostatnią książkę Roberta Maciąga, która jest nie tylko ciekawa, ale i – jak niemal zawsze bywa w przypadku wydawnictwa Bezdroża- niezwykle starannie i pięknie opracowana  i wydana.

recenzja: Majka Em

TukTukCinema. Czyli historia o Indiach, Gangesie, radości życia, wiecznie psującym się skuterze i Bolku i Lolku, Robert Robb Macią, wydawnictwo Bezdroża, 2016




środa, 16 listopada 2016

Anita Demianowicz - Końca świata nie było

Jakiś czas temu przeczytałam książkę Sergiusza Prokurata o jego podróży do Peru, Kolumbii i Ekwadoru ( „To nie jest miejsce dla gringo”), a że książka obudziła we mnie  ciekawość innych krajów Ameryki Łacińskiej, z zainteresowaniem   sięgnęłam po  książkę Anity Demianowicz , która w pięciomiesięcznej podróży zwiedziła ( czy to właściwe słowo?) i poznała Gwatemalę, Honduras, Salwador i Meksyk. Jej  książka uwiodła mnie szatą  graficzną; uwielbiam te wydane na eleganckim kredowym papierze z pięknymi zdjęciami i starannie zaprojektowaną  szatą graficzną. Książka Anity Demianowicz spełnia wszystkie  te kryteria, do czego zresztą śląskie wydawnictwo Bezdroża  zdążyło mnie już przyzwyczaić.

Drugi z powodów to… sama Autorka.  Zawsze gdy biorę do ręki nową książkę, czytam to, co na obwolucie i  pierwszy akapit  tekstu.  I najczęściej  to decyduje, czy powstaje między mną a książka chemia, czy nie.  Książka Anity Demianowicz uwiodła mnie już samym początkiem. Autorka z rozbrajającą szczerością pisze, że… „nie chciała być podróżniczką” (!?), że ma w sobie mnóstwo lęków, kompletnie nie ma orientacji w terenie, gubi się we własnym mieście i nie umie  określić, gdzie jest północ! Tym wyznaniem kupiła mnie, bo  wynikało z niego, że.. . Ona – to ja! Z tą różnicą, że ja nawet w najodważniejszych marzeniach nie ośmieliłabym  się na samotną podróż do innego państwa, a Ona – porzuciwszy dobrze płatną pracę w korporacji, bezpieczny dom  i kochającego męża – wyjechała w SAMOTNĄ pięciomiesięczną podróż do Ameryki Środkowej ( Gwatemala, Honduras, Salwador i w drodze powrotnej  kawałek Meksyku). Ona – młoda , zaledwie trzydziestokilkuletnia, pełna lęków, strachów i wewnętrznych ograniczeń wyrusza na drugi koniec świata, w rejon zdominowany brutalną i surową kulturą macho,  gdzie biała kobieta jest nie tylko  gringo(obca), ale i cieszy się (często zasłużoną!)  złą reputacją oraz stanowi obiekt pożądania niezależnie od …wieku i wyglądu(!).  

Demianowicz wyrusza w  tę część amerykańskiego kontynentu, gdzie panuje przeogromna bieda i postępująca za nią przestępczość, gdzie króluje przemoc, gangi, narkotyki, przemyt i  porachunki. W Gwatemali tym, co rzuca się w oczy na każdym kroku są pracujące dzieci i alkoholizm mężczyzn,  a ulubionym tematem rozmów Gwatemalczyków  jest bezpieczeństwo, a raczej jego brak! ( Od jednego z miejscowych usłyszy: [U nas] „śmierć jest na porządku dziennym”). W Gwatemali ostrzegano ją przed Hondurasem, w Hondurasie przed Salwadorem, do krateru wulkanu – jako podróżniczka – mogła zejść wyłącznie w towarzystwie policji turystycznej i wciąż, na każdym kroku przestrzegano ją, by nawet w stolicach (!) nie poruszała się pieszo i samotnie! Zakrawa na fenomen szczęścia, że wobec tylu lęków, w tak niebezpiecznym rejonie świata, poza jednym niemiłym incydentem młodej, atrakcyjnej turystce nie przydarzyło się NIC! Wróciła cała i zdrowa z apetytem na kolejne wyprawy! J

Jakie cele Jej  przyświecały?  Przede wszystkim – jak pisze – jechała po to, „by sprawdzić, jaka naprawdę jestem”, by porzucić codzienną rutynę i zacząć  spełnianie marzeń, podążanie własną drogą, poszukiwanie siebie. „Nie chciałam żyć  tak jak wszyscy, tylko trochę inaczej, po swojemu i być szczęśliwą”. I nieco dalej: „Nigdy nie jest za późno, by zmienić coś w życiu”.

Drugim celem  Demianowicz było nauczenie się języka hiszpańskiego, bez znajomości którego nie tylko podróżowanie, ale i poznawanie życia w tamtej części świata byłoby niemożliwe.  Niewielu lokalsów zna angielski i trudno się temu dziwić, skoro – jak pisze Autorka – Honduras to kraj, gdzie ponad połowa z ośmiomilionowego kraju żyje na granicy ubóstwa, gdzie powszechny jest analfabetyzm, bowiem „wielu ludzi  musi walczyć o przetrwanie, a nie o to, by nauczyć się czytać”.

Pobyt w pierwszym z odwiedzanych krajów – w Gwatemali zakładał naukę hiszpańskiego w szkole językowej i mieszkanie u gwatemalskiej rodziny. Na efekt nie trzeba było długo czekać, Demianowicz  w ciągu półtora miesiąca przyswoiła półroczny kurs hiszpańskiego w Polsce! I coś równie  cennego jak znajomość języka; Pisze: „ Szkoła w podróży dawała mi coś więcej niż tylko umiejętności językowe – szansę na poznanie kultury kraju, zwyczajów, tradycji i ludzi. Dość szybko to dostrzegłam i nauczyłam się doceniać”.

Wyposażona w znajomość języka i większe poczucie pewności siebie Autorka  zaczyna eksplorować miejscowe targi (mercado),  bo tam bije serce miast, toczy się nieśpieszne a prawdziwe  życie.  Smakuje lokalne kuchnie. Schodzi do krateru wulkanu, zalicza dwudniowy trekking w górach, eksploruje parki narodowe zupełnie odmienne od naszych europejskich, wreszcie ogląda  ( a my wraz z nią- za sprawą przecudnej urody zdjęć ) zachody słońca na jednym z najpiękniejszych jezior świata – jak twierdzi – nad jez. Atitlan. W Gwatemali i Hondurasie  zwiedza ruiny dawnych miast Majów, zaś w Tikal , w cieniu największej piramidy Majów uczestniczy w tytułowych obchodach końca świata.  Świat nadal  - na szczęście – trwa, podpowiem więc, że data 21.12.2012 to koniec...kalendarza Majów, który z tą data automatycznie się zeruje!!! Następne takie wydarzenie będzie miało miejsce dopiero za 5200 lat!( pięć tysięcy dwieście!)

Anita Demianowicz pisze: „Chciałam podróżować powoli.  (…) Chciałam nie tylko oglądać, ale i widzieć. Nie tylko słuchać, ale i wsłuchiwać się” i może dlatego dzięki Jej opisom możemy poznać, jak dwa największe święta  chrześcijańskiego świata – Wielkanoc i Boże Narodzenie – są obchodzone na drugiej półkuli. Jak zawsze w takich podróżach Autorka poznaje  nie tylko nowe miejsca, inne kultury i  odmienne style życia, ale i nowych, pięknych  ludzi. Jak chociażby szwajcarskie małżeństwo, które opiekuje się honduraskimi dziećmi ulicy, czy starszego  Amerykanina, który dwa razy w roku organizuje akcje medyczne leczące operacyjnie jaskrę. W reszcie świata to drobny zabieg korygujący defekt oka, w Ameryce Łacińskiej – poważny problem społeczny.  Poznaje wreszcie cała masę lokalsów którzy, gdy tylko słyszeli swój język w ustach  kobiety gringo, zawsze okazywali bezinteresowną życzliwość i serdeczność  postawą swą  potwierdzając, że ludzkie dobro nie zna granic krajów ani kontynentów.

Bilans podróży? Oddajmy głos Autorce: „Oczywiście nie przestałam się bać”,  choć w innym miejscu przyznaje, że  samotna, długa  podróż wiele  z tych lęków pozwoliła oswoić.  Wydaje się , że skutecznie, skoro rok później  - bogatsza o znajomość języka, ludzi i bezcenne doświadczenia wyruszyła w kolejną podróż. Gdzie?  Oczywiście do Gwatemali, która najszybciej i najtrwalej skradła  jej serce:  „Od pierwszych chwil pokochałam ten kraj – za piękne tradycyjne stroje noszone z dumą przez kobiety gardzące ubraniami z Zachodu”.

Wobec takiej determinacji mnie wypada jedynie dodać: Pani  Anito, que la vaya bien! ( niech ci się dobrze wiedzie! J )
recenzja: Majka Em




czwartek, 3 listopada 2016

Rafał Tomański – Piekło-niebo. Zrozumieć Koreę.

       Na początek zagadka: w którym kraju dla upamiętnienia urodzin przywódcy (rocznik 1912) jeden z operatorów  telefonii komórkowej wszystkie swe numery zaczyna  od cyfr: 1-9-1-2?

I następna zagadka: Podczas czyich narodzin – dodajmy- w samym środku zimy (!) zakwitły kwiaty, a ptaki przemówiły ludzkim głosem???!!!

I ostatnia zagadka: Jaki to kraj, gdzie zanim wejdzie się  na basenie do wody, trzeba pierwej złożyć głęboki ukłon…pomnikowi przywódcy kraju, zaś za zwinięcie w rulon gazety z jego (przywódcy) podobizną grozi surowa kara?

„Bohaterami” tych trzech zagadek są – kolejno – Kim-Ir-Sen(dziad), Kim-Dzong-Il(syn) i Kim-Dzong-Un(wnuk) reprezentujący trzy pokolenia rodziny, która twardą ręką rządzi jednym z najmniej znanych państw świata  - Koreą Północną.

Reżim północnokoreański od dziesięcioleci konsekwentnie prowadzi politykę izolacji od reszty świata, kiedy więc ujrzałam książkę Piekło-niebo. Zrozumieć Koreę miałam nadzieję, że jej treść znacząco poszerzy moją wiedzę. Jej autor – Rafał Tomański, znawca Japonii, jak głosi tekst na okładce, opisuje 12 miesięcy z życia mieszkańców  Półwyspu Koreańskiego  z okresu pomiędzy czerwcem 2015 a 2016.

Niestety, książka Tomańskiego nie przyniosła znaczącej poprawy stanu mej wiedzy, ale chyba trudno oczekiwać, że szczelna kurtyna odgradzająca Koreę Północną od reszty świata opadnie na tyle, że zobaczymy prawdziwy obraz codzienności tego dwudziestoczteromilionowego kraju.

        A teraz trzy kolejne zagadki:1) Jaki to kraj, gdzie jednym z oficjalnych świąt państwowych jest… Dzień Alfabetu?(Hangul). 2)Gdzie  szefowie korporacji organizują dla swych pracowników…pozorowane pogrzeby, by w tak cokolwiek drastyczny sposób  przypomnieć o sensie życia i o tym, że praca NIE JEST w nim najważniejsza!!! 3)I wreszcie trzecia zagadka: w stolicy którego kraju odbywają się zawody….w lenistwie?! Dodam, że pod hasłem: „Cieszmy się myśleniem o niczym”!!!

Spieszę z odpowiedzią! To też Korea,  tyle że oddzielona  od Północnej czterokilometrowym pasem ziemi – ponoć  zdemilitaryzowanej, o której jednak mówi się, że jest największym polem minowym świata – Korea Południowa.

Oto tragiczny paradoks współczesności: jeden półwysep, jeden naród i dwa sztucznie utworzone kraje, które – jak pisze Autor – „pomimo wspólnej historii dzieli prawie wszystko”.

Gdy czytam  wyrażenie: „krewetka  między wielorybami” na myśl przychodzi mi trudne geopolityczne położenie  Polski. Okazuje się jednak, że to samo dotyczy Korei. I tu, nad Wisłą, i tam, na Półwyspie  Koreańskim  zakończenie II wojny światowej nie tylko przyniosło  pokój, ale przede wszystkim budowanie strefy wpływów przez Europę, Stany Zjednoczone, Chiny i Rosję. Dla Półwyspu koreańskiego odznaczało to rozpoczęcie siedemdziesięcioletniego okresu podziału obu państw – na zacofaną, rządzoną przez trzecie już pokolenie neurotycznych satrapów z rodu Kimów i nowoczesne południe, będące jednym z najszybciej rozwijających się państw świata. Ów podział w kontekście tragicznej spuścizny lat powojennych i skomplikowanej teraźniejszości wcale już nie wydaje się taki prosty, jednoznaczny i czytelny.  Jak pisze Rafał Tomański – „Piekło może mieć rozmaite twarze”.

Zachęcam do lektury książki, bo stanowi ona swoiste memento dla nas, Polaków tak drapieżnie i pospiesznie usiłujących nadrobić lata cywilizacyjnego zapóźnienia. 

Korea Południowa  imponuje wyrastając  na kolejną azjatycką potęgę. „To jeden z najbardziej innowacyjnych krajów w każdej branży świata” – czytamy.  Jednak cena postępu  jest ogromna, a straty – wielkie! Zdawać by się mogło, że nie ma nic złego w tym, że „od najmłodszych lat życie Koreańczyków z Południa kształtuje duch rywalizacji”. Jak to jednak wygląda w praktyce? Oddajmy znów głos Autorowi: „Od najmłodszych lat  uczniowie przechodzą cykliczne piekło egzaminów, po lekcjach posyła się ich na korepetycje i rozmaite zajęcia dodatkowe. Późniejsza praca rządzi się podobnymi prawami, dlatego coraz częściej młoda generacja nazywa swój kraj „piekielną Koreą” (!)

Z drugiej jednak strony nikt nie oponuje co więcej – robi się wszystko, by ten pęd ku lepszemu życiu wesprzeć.  Trudno w to uwierzyć, ale  kiedy ponad pół miliona uczniów zdawało testy na wyższe uczelnie, cała Korea rozpoczęła pracę o godzinę wcześniej, by dzieci nie utknęły w korkach! By nie zakłócać części egzaminu z języka angielskiego polegającej na rozumieniu ze słuchu, na 35 minut wstrzymano starty i lądowania samolotów!!!

Po latach morderczej nauki przychodzi czas na…morderczą pracę, a wraz z nią – na totalny brak czasu na relaks i odpoczynek. Dane są naprawdę alarmujące. Co siódmy  Koreańczyk jest uzależniony od gier, lawinowo też rośnie liczba samobójstw. Władze  dostrzegają problem,  dlatego przepracowani i uzależnieni od elektroniki Koreańczycy  zachęcani są do udziału w  konkursie na….najdłuższe bezczynne siedzenie w parku! Słowem – zawody w lenistwie!!! „Dla narodu pracoholików to czynność równie trudna jak ping-pong czy pływanie synchroniczne” – dostrzega Autor.

Współczesne pokolenie  młodych Koreańczyków z Południa  charakteryzują 3 NIE: NIE angażują się w związki, NIE  wiążą w małżeństwie, NIE decydują się na dzieci!

Malejący przyrost naturalny implikuje coraz widoczniejszą biedę emerytów, a brak czasu na rodzinę, znajomości, przyjaźnie i więzi –samotność. To ona każe  ludziom szukać w internecie namiastki  kontaktu z drugim człowiekiem. Rekordy popularności bije program czternastoletniego  Kim Sung-jin`a, który siedzi przed ekranem monitora i…je!!! Oraz rozmawia w trakcie ze swymi widzami!!! Równie popularne są portale dla chcących WSPÓLNIE coś zjeść, wypić, odrobić lekcje (!), a nawet nakarmić kota! I jakby tego było mało, ostatnia sonda społeczna wykazała, że ludzie nie widzą nic złego w tym, że w niedalekiej przyszłości roboty mogą zastąpić ludzkich partnerów!!!

Brzmi niewiarygodnie i strasznie? A może dziwnie znajomo?! Zaiste, niebo i piekło wcale nie mają do siebie zbyt daleko!!! Wcale też nie liczą się z ustalonymi przez ludźmi granicami państw czy kontynentów.

        Północny reżim Kimów –neurotyczny i nieprzewidywalny, jak pisze Autor, i uzbrojony po zęby straszy świat konfliktem jądrowym ( w styczniu 2016 roku Korea Północna  przeprowadziła czwartą nielegalną prób jądrową) i choć ich rakiety  kojarzą się bardziej z horrorem niż terrorem (!), bo przestarzały sprzęt co rusz zawodzi, „spada nie tam, gdzie trzeba, wybucha chwilę po starcie i przynosi wstyd ojczyźnie”, to przecież wciąż trzeba pamiętać, że północnokoreańska armia jest piątą militarną potęgą świata. ( dla porównania- za Autorem: Indie mają podobną armię, tyle że jest ich 50 razy więcej niż Koreańczyków!).

Z kolei Korea Południowa – raj  dosytu i postępu – w kontekście zmian społeczno – demograficznych  wcale już tak jednoznacznie wspaniała nie jest.  Jeden z 87 rozdziałów ( tak, tak, liczba ta może przerazić, ale spieszę donieść, że to rozdziały króciutkie i dzięki temu czyta się je szybko i sprawnie) opisuje ultranowoczesne miasto Songdo, w którym widać jedynie futurystyczne budowle. Ludzi brak. Autor naliczył zaledwie…. dwie babcie z wnukami na porannym spacerze…Gdzie reszta? Oczywiście w   szkole i pracy! To wciąż jeszcze niebo czy już piekło?!

I jeszcze jeden wątek poruszony w książce, obok którego nie mogę przejść  obojętnie. Wątek tyleż bolesny co wstydliwy, bo związany  z Polską.  Czy wiecie Państwo, że Polska obok Malty jest jedynym(!) europejskim krajem, w którym legalnie pracuje ok. 800 Koreańczyków z Północy.  I co z tego? – zapyta ktoś.  Ano – przytoczę za Autorem dane,  bo one nie kłamią. Nasz „Kodeks pracy” przewiduje ( i gwarantuje) czterdziestogodzinny tydzień pracy. Tydzień pracy Koreańczyka to…72 godziny!!! Przeciętny zarobek Polaka waha się między 1080 a 1350 dolarów. Koreańczyk dostaje 280-350 dolarów. I żeby nie było cienia wątpliwości! – mowa cały czas o Polsce, która ma podpisaną  z północnokoreańskim reżimem umowę na pracę jej obywateli.  Polskie sady, stocznie, a przede wszystkim  budowy wchłaniają cichych, pracowitych i nigdy nie buntujących się  Koreańczyków, którzy dostają na rękę za miesiąc – trudno nie napisać: niewolniczej – pracy ok. 310 zł. na rękę!  Reszta wędruje do kieszeni Kim Dzong Una i choć Autor podaje w dwóch miejscach dwie wysokości, to każda jest przerażająca! Na wyzysku przedstawicieli swego zniewolonego narodu reżim zarabia rocznie 100 mln dolarów ( w innym miejscu Autor przytacza 200-300 mln dolarów). Mam głęboką nadzieję, że władze Rzeczpospolitej za przykładem Czech i Słowacji wycofają się z tego hańbiącego układu.

Pomimo że obraz obu Korei nie jest ani-ani, tylko-tylko, pomimo że trudno je zrozumieć ( patrz: tytuł), oba narody zasługują na to, by dziedzictwo skomplikowanej i trudnej przeszłości zastąpiła nadzieja na lepszą i – wreszcie – wspólną przyszłość. Po stronie północnego reżimu nieśmiałe jaskółki już widać; Od 1981 roku w stolicy kraju-Pjongjangu odbywają się doroczne maratony dla upamiętnienia urodzin Kim-Ir-Sena, założyciela dynastii, państwa i dziadka obecnego przywódcy. Od 2000 roku w biegu mogą brać udział także cudzoziemcy. W obecnym – 2016 roku w maratonie pobiegło 1100 osób z 49 krajów, w tym pięciu z Polski.

W 2008 roku nowojorscy filharmonicy wystąpili z Narodową Orkiestrą Pjongjangu, a obecny szef FIFA nie ustaje w próbach zorganizowania meczu piłki nożnej z  zawodnikami drużyn obu Korei. Trzymam kciuki za powodzenie tego  i kolejnych przedsięwzięć.

Choć – cytuję za Autorem – hakerzy z Północy uchodzą za najlepszych na świecie, co przyznaje nawet amerykańska armia (!), to przecież korporacje takie jak Hyundai czy Samsung, znane z jakości na całym świecie, są dziełem ludzkiego geniuszu made in Korea Południowa. Telenowela „Cesarzowa Ki” na dobre zagościła w polskich domach za sprawą TVP, a koreańska kuchnia zaczyna górować nad japońską, uchodzącą przez lata za wzór doskonałości. Jak pisze Rafał Tomański „Korea  z dumą pokazuje to, co może  wnieść dobrego do międzynarodowej  kultury”.

        Jeśli chcecie Państwo sprawdzić, co łączy Kim Dzong Una, przywódcę północnokoreańskiego reżimu  z celebrytką Kim Kardashian ( podpowiem: nie chodzi o imię! J ) i czy więcej  w tym, o czym pisze Rafał Tomański jest nieba czy piekła – zachęcam do lektury.

majka em

Rafał Tomański – Piekło-niebo. Zrozumieć Koreę.Wydawnictwo Bezdroża 2016.


niedziela, 13 marca 2016

Sen powrotu

Jeśli ktoś kocha podróże i literaturę podróżniczą, Piotra Strzeżysza nie trzeba mu polecać; Tramp, obieżyświat, który od ponad dwudziestu lat jeździ rowerem po świecie. Traktuję niczym klasykę gatunku jego „Campę w sakwach”, z zainteresowaniem przeczytałam „Powidoki”, a jednak jego ostatnia książka zdziwiła mnie. Co to jest? Literatura podróżnicza? - chyba nie do końca?! Bardziej skłonna byłabym ulokować „Sen powrotu” jako prozę poetycką. Ale przecież te Ameryki i dziesięciomiesięczna podróż (rowerowa, ma się rozumieć!) przez nie! Alaska, Stany Zjednoczone Ameryki, Meksyk, Gwatemala, Salwador, Honduras, Nikaragua, Kostaryka, Panama, Ekwador, Peru, wreszcie Kolumbia i Argentyna – wiele tysięcy kilometrów rowerem przez wysokie na kilka tysięcy przełęcze Andów, przez trawiastą pampę Argentyny i rozległą Patagonię aż po wybrzeże Pacyfiku. Słowem – dziesięć miesięcy podróży od jednego krańca kontynentu do drugiego.

Zapalony wędrowiec (i równie zapalony czytelnik literatury podróżniczej) powie: „Ale gratka!” i z ciekawością sięgnie po „Sen powrotu” i…chyba się rozczaruje, bowiem z literaturą gatunku sensu stricte książka Strzeżysza niewiele ma wspólnego! Nie znajdziemy w niej ani jednego opisu kilkunastu krajów, przez jakie wiódł jego szlak. Nie ujrzymy fotografii, które – dopełniając tekst – ukażą urodę tej odległej a pięknej części naszego globu.

Zamiast opisów przyrody, miejsc czy krajobrazów mamy spotkania z ludźmi; Mario, który zaprasza Autora na obiad, prowadzi do szpitala (Strzeżysz przez 4 miesiące choruje na zapalenie zatok i gorączkuje), a następnie opłaca trzydniowy pobyt w hotelu i…znika! Właścicielka restauracji, która odda swój pusty dom, gdzie przez długich 27 dni Strzeżysz będzie się kurował i dochodził do sił. Anonimowy Salwadorczyk, który na widok trawionego gorączką rowerzysty po prostu zamyka swój lokal i wiezie Strzeżysza do pobliskiej lecznicy, po czym lokuje go … na dachu centrum handlowego, bo na hotel żadnego z nich nie stać.

Rob, Jose, Emilia, Ernesto – to „przystanki” na dziesięciomiesięcznym wędrownym szlaku przez obie Ameryki. Ludzie bezinteresownie życzliwi , którzy zostawiają ślad swej obecności nie tyle na geograficznej mapie kontynentu, ale w sercu i wdzięcznej pamięci. „Jak mam się odwdzięczyć?” – pyta Strzeżysz. „Nijak. Dla mnie nagrodą jest to, że mogę ci pomóc(…). Pewnego dnia pomóż drugiemu człowiekowi” – słyszy.

Poza ludźmi na swym rowerowym szlaku Autor spotyka też rozliczne zwierzęta – rude koty, bezpańskie, czekające na okruch zainteresowania psy, a także.. mrówki, strusie nandu i pancernika i wszystkie te spotkania bez wyjątku są urocze! Wszystkie też wyzwalają refleksje, którymi Autor szczodrze dzieli się z czytelnikami – o dziadku Mańku, którego „nosi w sobie”, o tym, jak łatwo obchodzić się bez zdobyczy współczesnej techniki oraz „bez firanek w oknach i kafelek w łazience”, o tym wreszcie, jak w pogoni za materią my, ludzie zapodzialiśmy gdzieś uważność i umiejętność cieszenia się chwilą. Zamiast opisów bujnej przyrody czy surowego krajobrazu Strzeżysz pyta każdego z nas: „A TY, JESTEŚ SZCZĘŚLIWY?”

Gdy zbliża się kres dziesięciomiesięcznej wędrówki, zaledwie 3 dni drogi od mety, którą ma być Ziemia Ognista i maleńkie miasteczko gdzieś na końcu świata, Strzeżysz zatrzymuje się, odwraca rower i …jedzie w drugą stronę! Niech cię to, drogi Czytelniku, nie zmyli: Autor nie jedzie tą samą drogą ku początkowi swej podróży na Alasce, lecz… wraca do Polski!!! Tak po prostu! Na którejś ze stron tej nietuzinkowej książki napisze, że „Wystarczy, żeby jutro był dzień, żeby świeciło słońce, żebym coś zjadł i znalazł spokojne miejsce do spania. By przez moje ciepłe myśli świat przez chwilę stał się lepszy. Albo chociaż nie był gorszy. Tyle wystarczy z tego jechania”. ( wytłuszczenie tekstu autorki recenzji).Przyznasz, czytelniku, że niecodzienna to filozofia podróżowania przez świat, jeśli jednak – jak pisze Strzeżysz – jego „ciepłe myśli” i romantyczno – poetycki ogląd świata sprawią, że świat rzeczywiście stanie się lepszy, to ja „kupuję” ten rodzaj podróżniczej literatury. J A że Strzeżysz pisze też: „Wróciłem, ale nie jestem pewien, na ile jestem tu, a na ile jeszcze tam” –możemy się spodziewać jego następnej wyprawy i podróżniczo- niepodróżniczej książki.

recenzja: Majka Em


Piotr Strzeżysz, Sen powrotu, Wyd. Bezdroża, marzec 2016.