wtorek, 18 kwietnia 2017

Zabrałam brata na koniec świata

Tyle co skończyłam  lekturę  niezwykle pięknej książki niezwykle pięknie wydanej przez śląskie  Bezdroża. Zabrałam brata na koniec świata to owoc prawie rocznej  podróży  czteroosobowej rodziny  przez 10 krajów Ameryki Łacińskiej.  Eliza,  Łucja i dwóch Wojciechów  czyli mama i córka, tata i syn Łopacińscy  z Torunia i Gwatemala, Belize,  Meksyk, Salwador,  Honduras, Nikaragua, Kostaryka,  Panama, Kuba, Kolumbia oraz Ekwador – 114 dni i  ponad 30 tys. kilometrów przebyte i przeżyte pod hasłem: „Jechaliśmy poznawać  świat i podpatrywać  ludzi żyjących inaczej”.

Zamiast wygodnego łóżka – śpiwór i karimata, zawartość  szafy  zredukowana do  plecaka. Noclegi – u życzliwych lokalsów  (o nich  zaraz nieco więcej!), ale i na plażach, a także w starej chacie  na zboczu wulkanu!

Jedzenie – wyłącznie lokalne, czyli spożywane  przez miejscową ludność. I wreszcie przemieszczanie się wyłącznie chicken busami – środkami transportu, które miłośnicy  literatury podróżniczej znają z niemal każdej książki bądź z autopsji;  stare i  wysłużone ponad  normę, („nawet tą bajkową”, tj. mające i 30 lat, i więcej!), z miejscami dla ponad setki kur i kóz i ich właścicieli  i czwórki i gringo ze swym ruchomym dobytkiem.

Po 30 godzinach  podróży, bez łagodnej klimatyzacji wita podróżników Gwatemala, „która ma w każdym oknie kraty, faceci  chodzą z nabitymi giwerami w kieszeni, a  ogrody otoczone są  drutem kolczastym pod napięciem” . Mocny początek, lecz jakby na przekór brutalnej rzeczywistości od pierwszego do ostatniego miejsca  tej podróży, z jednym czy dwoma wyjątkami Łopacińscy  napotykają ludzi  o gościnnych sercach i przeogromnej życzliwości, którzy otwierają swe domostwa i zapraszają gości z dalekiej Polski do swego życia.  „W czasach, gdy nie znamy naszych sąsiadów, gdzie mijają nas tysiące ludzi, pragnęliśmy stworzyć relację   z drugim człowiekiem.(…) Nastawiliśmy się na totalne branie i na korzystanie z dobroci innych”. – pisze Wojciech ( tata).

To i zminimalizowanie  kosztów wielomiesięcznej  podróży było  możliwe dzięki   couchsurfingowi,  który z kolei  jest możliwy dzięki Internetowi.  Spotkania Łopacińskich  z mieszkańcami Ameryki Łacińskiej to temat na osobną książkę!  Moją pasją jest literatura podróżnicza , przeczytałam  już morze książek – wspomnień i mimo zagrożeń, jakie niesie  z sobą współczesny świat i podróże w dalekie  strony ( często – w pojedynkę!), zawsze potwierdza się, że w człowieku jest ocean dobra i życzliwości, że podróżnik z dalekiego świata to nie „materiał” do oskubania, lecz ktoś, kto w naturalny sposób wyzwala  potrzebę pomocy i  opiekuńczości. „W Ameryce Południowej – wspomina Wojciech, tata – gdzie dla telefonu komórkowego potrafią zabić i strach jest chodzić wieczorem po ulicy”,  kierowca chicken busa  zawraca, by odszukać i oddać Łopacińskim zgubiony plecak z laptopem i projektorem multimedialnym, lekarz, obchodząc przepisy i samemu się narażając, bezinteresownie zaopatruje rodzinę w antybiotyk i niezbędne środki opatrunkowe, zaś  gospodarze goszczący rodzinę z Polski  biorą urlop, by obwieźć  gości po swym kraju i pokazać  to, co w nim najpiękniejsze.  Dwadzieścia rodzin, nie zawsze bogatych, lecz zawsze  ciepłych, serdecznych i ciekawych przybyszów  z daleka, o których Eliza, mama napisze: „W tej podróży cały czas spotykamy wspaniałych ludzi”.

 Podróż Łopacińskich obfituje we wzruszające  sytuacje; Lusia i Wojtuś ( córka i syn) są świadkami poruszającej demonstracji  hawańskich Kobiet w bieli (Damas el Blanco) i niezwykłej odwagi ich ojca ( koniecznie przeczytać!!!!), co rusz widzą na ulicach dzieci od najmłodszych lat  zarabiające na chleb i dociera do nich prawda, że poza Internetem i nowoczesnością  wciąż istnieje świat, w którym „czerpie się wodę ze studni, nie używa papieru toaletowego i robi pranie na kamieniu w rzece”, że toaletą może być dziura w betonie, a kuchenkę stanowić taboret  z jednopalnikową kuchenką!  Ojciec Wojciech pisze: „Daliśmy dzieciom  niesamowitą szkołę życia”,  a ja dodam, że częścią tej  „nauki” była  realizacja projektu wymyślonego przez  tatę Wojciecha , a zatytułowanego „Szkoły świata. Z dziećmi do dzieci”.  W swą  wielomiesięczną podróż  Łopacińscy zabrali laptopy, projektor, flagi biało-czerwonej i toruńskie pierniki w ilościach których zupełnie się pogubiłam! J W miejscowościach, w których nocowali, Łopacińscy szli do szkół, a tam Lusia i Wojtuś  - początkowo stremowani i tylko po angielsku, potem – po hiszpańsku i z dziecięcą spontanicznością, opowiadali  swym rówieśnikom  o dalekiej Polsce, wyświetlali filmy z Bolkiem, Lolkiem i Reksiem, tańczyli poloneza, śpiewali nasz  hymn  i częstowali toruńskimi piernikami.  Pomysł – genialny w swej prostocie i nie do przecenienia , gdy idzie  o jego wartość!!!

Książka „Zabrałam brata na koniec świata”  ma niecodzienną narrację. Jej  autorami  jest cała czwórka podróżników; pisze mama i tata, córka i syn. To ciekawy pomysł, zwłaszcza gdy jakiś epizod  możemy ujrzeć z kilku perspektyw. Opisom wrażeń towarzyszą liczne  i piękne  zdjęcia i – nowość -  tzw. QR-y, dzięki którym możemy obejrzeć filmiki z pobytu w każdym z odwiedzonych krajów.

Przygodami i przeżyciami  ze swej podróży  Łopacińscy mogliby obdarować niezłą gromadkę chętnych! Na Belize pływali z rekinami ( czy wiedzieliście Państwo, że  rekin potrafi wyczuć kroplę krwi w 115 litrach słonej  wody?!), w Meksyku obserwowali poród  żółwi i kupowali ser… na metry(!), a w Ekwadorze  odbyli morską podróż  na spotkanie z wielorybem. W Panamie obserwowali obchody 100 lecia Kanału Panamskiego i „wychodzili” audiencję  u  króla Indian Naso. W Hondurasie nie pozwoliły im zasnąć  nocne porachunki narkotykowych gangów, a w Kostaryce –drgania skorupy ziemskiej  ( ok. 30 w ciągu każdego dnia!).  Poznali plantacje kawy i ananasów, kąpali się w gejzerach, zdobyli ( i zatknęli polską flagę!)  na 6,5 wulkanach i poznali cztery główne ośrodki  cywilizacji Majów. To nie wszystko! Po Hawanie  podróżowali  Lincolnem z …1949 roku i z rozdziawionymi buziami ( Wojtuś i Lusia) oglądali  maluchy, duże fiaty i polonezy mknące po ulicach kubańskiej metropolii. Tu tata Wojciech  udziela dzieciom cennej lekcji  z socjalizmu, który z Polsce BYŁ, a na Kubie wciąż  JEST, a którego atrybutem są   puste sklepy, na    półkach których królują wiadra, konserwy i… rum!  A mimo to  Kuba ( i książka!)  potrafi zauroczyć, skoro  czytam: „Zakochaliśmy się  w  Hawanie i raz jeszcze w sobie” J ( mama Eliza).

Bezcenne spotkania z ludźmi,  przygody, których nie da się wymienić  za jednym razem i wreszcie lokalne przysmaki! To też rozdział, który mógłby rozrosnąć się  do osobnej książki.  Pupusa, owoce lulo, guajawy i sapote, babako czyli  owoce szampańskie ( czemu takie – przeczytajcie Państwo sami J). Upieczona świnka morska, frytki z.. juki i juka gotowana, omlet z krabami, prażony banan  z pastą z fasoli i ta ostatnia – fasola czyli frijoles -  w każdej postaci, w każdym niemal posiłku! Łopacińscy  jedzą absolutnie wszystko poza żywymi robakami, na które jednorazowo skusili się – najpierw Wojciech syn, a po nim – Wojciech ojciec! Wszystko – jak zapewniali-( poza robakami!)   było  smaczne, pachnące, niezwykłe. Nam wypada  jedynie wierzyć i czekać  z niecierpliwością na  kolejne książki   tej niezwykłej rodziny z Torunia.  Lusia, najmłodsza   podróżniczka, w ostatnich słowach zapewnia, że tytuł książki jest jak najbardziej uprawniony, skoro  przed nią, jej bratem oraz rodzicami –„kolejna podróż w inne kraje Ameryki Południowej, a także Afryka i Azja”.
recenzja: Majka Em


Zabrałam brata dookoła świata. Ameryka Łacińska, Autorzy: Lusia oraz Wojtuś, Eliza i Wojciech Łopacińscy, wyd. Bezdroża 2017

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz