piątek, 30 grudnia 2011

PODSUMOWANIE... odroczone:)

Spoglądam na mijający rok z zachwytem i wdzięcznością ale postanawiam podsumować go- wbrew tradycji- w innym terminie.

Wszystkim Czytelnikom naszego bloga dziękuję za odwiedziny, dodające otuchy i motywujące do dalszego pisania.
Pozdrawiam Was serdecznie z szerokim uśmiechem, życząc Wam TYLKO jednej jedynej rzeczy na nadchodzący rok:




a (w imieniu swoim i) g.

piątek, 23 grudnia 2011

Świąteczności, nie tylko od święta:)

Dostałam tak nietuzinkowe i piękne życzenia od A., że postanowiłam się nimi podzielić z Wami wszystkimi i każdym z osobna:)



Niech ten Nowy 2012 Rok będzie dla Ciebie czasem radości, zdrowia, spełnienia w każdej dziedzinie życia, czasem realizacji celów, które wciąż w nas drzemią. Otwartości na to, co życie przynosi nam na każdym kroku. Kiedyś przeczytałam takie zdanie: bądzmy wdzięczni za wczoraj, zaspokojeni dzisiaj i ciekawi jutra, myślę, że zwłaszcza na ten magiczny czas Bożego Narodzenia jest to wspaniałe życzenie dla nas wszystkich. Pamiętajmy o innych, dbajmy o siebie, cieszmy się sukcesami innych i róbmy wszystko, by nasz los też był znaczony sukcesami, dużymi i małymi. Zróbmy wszystko, aby 31 grudnia 2012 roku móc powiedzieć: "To był świetny rok - jak dotąd najlepszy w moim życiu!!"

Z ciepłymi myślami
a&g (mumags travellers)

środa, 21 grudnia 2011

Skrzynki pocztowe

Czy w dobie szybkich smsów, maili, facebooka i ogólnym braku czasu, idea wysyłania kartek, papierowych listów wciąż jest aktualna?

Pewnie nie dla Wszystkich.

Ja odczuwam dziecięcy dreszcz emocji, za każdym razem, gdy zaglądam w czeluści skrzynki pocztowej- tego lekko archaicznego urządzenia (do którego mam słabość)- z nadzieją, że ktoś (tak samo jak ja), pisze listy i wysyła pocztówki.

Centralnym punktem każdej wakacyjnej podróży jest staranny wybór kartek pocztowych, które pędzą przez lądy i morza do odbiorców.

Boże Narodzenie? Koniecznie! Wielkanoc? Nie przepuszczam okazji.
Stoję w długich ogonkach do pocztowego okienka, a potem przełykam gorzki smak znaczkowego kleju.

Wysyłane przeze mnie kartki cieszą ogromnie, ale i zawstydzają odbiorców, którym często nie po drodze na pocztę…:)

ALE

Tegoroczna ilość świątecznych kartek mozolnie dostarczanych przez Pana Listonosza, powoduje że podskakuję radośnie- w poczuciu, że mój wieloletni upór i trwanie przy anachronicznym zwyczaju zainspirowały wielu bliskich mi ludzi.

Karki z ciepłymi słowami, często wzruszającymi życzeniami.

Każdy dzień niesie ze sobą oczekiwanie i radość domysłów: czyje życzenia kryje w sobie kolorowa koperta.

Skrzynka pocztowa w tym roku przeżywa renesans- za co bardzo Wam dziękuję:)









ZAPRASZAMY: https://www.facebook.com/mumags

wtorek, 13 grudnia 2011

PREZENTY świąteczne

Jakiś czas temu pojawiły się na profilach FB opisy następującej treści:

Zdecydujmy się na kupno prezentów Bożonarodzeniowych od drobnych przedsiębiorców, ze sklepu z rękodziełem, od sąsiada, który robi wszystko, aby utrzymać swój sklepik, od przyjaciółki, która wytwarza niepowtarzalne rzeczy, od tego, który oparł się globalizacji w naszych okolicach... Zróbmy tak, aby nasze pieniądze dotarły do zwykłych ludzi, którzy ich potrzebują, nie do firm międzynarodowych i wielkich przedsiębiorców, którzy płacą zbyt mało swoim pracownikom i przemieszczają firmy w inny koniec świata... robiąc tak, więcej osób będzie mogło przeżyć szczęśliwe Boże Narodzenie.

Inicjatywa bardzo nam się spodobała. DLACZEGO? Ponieważ 21 marca wydaliśmy sami swoją książkę podróżniczą "Podróże małe i duże" i w tym sensie jesteśmy- chyba- drobnymi przedsiębiorcami i trochę się zajmujemy rękodziełem (koperty na płyty CD robiliśmy sami, oklejaliśmy je niepowtarzalnymi znaczkami, stemplowaliśmy, kleiliśmy naklejki "priorytet", etc.).


Ponadto uważamy, że kupując prezent od drobnych przedsiębiorców, ze sklepu z rękodziełem, od sąsiada, który robi wszystko, aby utrzymać swój sklepik, od przyjaciółki, która wytwarza niepowtarzalne rzeczy, mamy okazję, by nasz prezent był niejako podwójny.

Z jednej strony obdarowujemy wyjątkowym, nietuzinkowym podarunkiem kogoś nam bliskiego, z drugiej robimy prezent wytwórcy danego przedmiotu. Nie tylko prezent materialny- w postaci uiszczonej opłaty za zakup, ale także głębszy- dający wyraz, naszym zakupem, że cenimy jego pracę. Osoba, która decyduje się na szeroko rozumiane rękodzieło (biżuterię, mały sklepik, napisanie książki za własne oszczędności), wierzy w to co robi, choć nieraz proza życia stara się tę wiarę osłabić.

Dla nas każdy sprzedany egzemplarz książki "Podróże małe i duże", którą wydaliśmy sami, to nie tylko odzyskiwanie zainwestowanych oszczędności, ale przede wszystkim spora dawka radości i potwierdzenia, że, choć bywa ciężko, warto było. Poza tym, to krok ku realizacji kolejnego marzenia podróżniczego, do którego niezbędny jest zakup dwóch rowerów, którymi pojedziemy dookoła świata. Dlatego, jeśli chcielibyście kupić naszą książkę podróżniczą- zapraszamy doskładania zamówień pod adresem: podroze.male.i.duze@wp.pl

niedziela, 11 grudnia 2011

Pierwszy krok w świecie ebook'uff :)

Gdy około 7 lat temu byłam na szkoleniu branżowym, w prezentacji na temat przyszłości rynku książkowego pojawił się „druk na życzenie” oraz e-czytnik. Dzisiaj sprawy tak oczywiste wtedy magiczne, lekko niewyobrażalne.

Druk na życzenie wydał się obiecujący a wizja możliwości wydrukowania dowolnej książki, w ilości od jednej sztuki w górę, otwierał przed osobą marzącą o własnej książce, nowe możliwości.

Minęło siedem lat i oto dzięki ofertom druku niskonakładowego, do wielu przymiotników, które nas opisują (wariaci, podróżnicy, małżonkowie, mieszkańcy malutkiego Będzina), doszedł ten wymarzony: AUTORZY.

Dzięki sumienności i determinacji w gromadzeniu środków na podróże, w naszej skarbonce, po dłuższym oszczędzaniu pojawiły się środki na sfinansowanie naszej książki: „Podróże małe i duże”.

Oprócz tego w szufladach czekało wiele stron zeszytów- dzienników, które trzeba było przepisać. Ale o tym pisaliśmy na naszym blogu w październiku w serii tekstów „Jak się pisze książkę…”

O ile druk na życzenie budził mój entuzjazm, o tyle e-czytnik budził moją niechęć- gustowne i lodowate, ergonomiczne, mogące pojechać z Tobą w każdą podróż, bez ryzyka, że zagniesz rogi a folia z okładki zacznie odchodzić, nie zajmujące miejsca na półce, pozbawione szelestu papieru i- wg mnie- duszy- urządzenie. Czy umiałam sobie wyobrazić np. czterotomowych „Nędzników” V.Hugo np. w tablecie? Nie, nie umiałam i nie chciałam.

Moja rezerwa nie miała wpływu na bieg wydarzeń- proroctwa sprzed siedmiu lat się spełniły a sceptycy ustępują miejsca entuzjastom.

Czytanie książek w/na e-czytnikach, tabletach i „takich tam” robi furorę a ja-choć nieśmiało- wyrażam swoje przywiązanie do książek, które pachną, dzielnie znoszą podkreślenia ważnych fragmentów, do których wracam po latach i tworzą literacką przestrzeń domowych regałów.

Jak w tym kontekście wytłumaczyć fakt, że wczoraj wkroczyliśmy, nieśmiało na rynek EBOOK’uff?

Ha! Hipokryzja, czy postęp?

Chyba ani jedno, ani drugie.

Gdy zaczynamy z ludźmi z pozoru niewinną rozmowę o podróżach, ta bardzo szybko nabiera rumieńców. Najczęściej osoba, która stoi przed nami szuka inspiracji do podróży i gdy okazuje się, że my już byliśmy w miejscu, w którym zaczynają się jej marzenia, sprawy nabierają innego tempa. Oferujemy swoją pomoc- radzimy, odpowiadamy na nurtujące pytania lub ślemy przewodniki, mapy, które nam już pomogły odbyć niezapomnianą podróż.

Wiele lat temu w Internecie pojawiły się moje dzienniki z wypraw na Islandię i Wyspy Owcze oraz z samotnej wyprawy do Szwecji. Jeśli ktoś myśli, że w Internecie coś jest „na zawsze” to właśnie okazało się, że nie. Serwer- domena, adres- nie wiem jak to się nazywa- przepadł a wraz z nim teksty. Na szczęście zrobiłam kopię dla potomności.

Naszym marzeniem jest znalezienie wydawnictwa, które pewnego dnia wyda naszą książkę ponownie, wzbogaconą o dzienniki z wyjazdów na Islandię, do Szwecji, na Wschód i na Bałkany.

A w międzyczasie… teksty, które czekają na swoją „papierową” premierę są przecież… ebookami!

Jakież było nasze zdziwienie, gdy wczoraj Marta, najpierw ucieszyła się, że dzienniki z Islandii zostały napisane, następnie zasmuciła, że nie ma ich już w sieci a na końcu rezolutnie zaproponowała zakup e-booka i wsparcie budżetu na zakup rowerów, którymi planujemy objechać świat.

Do ebooka dorzuciliśmy, sporą ilość zdjęć, malutki kawałeczek lawy z Krainy Lodu i Ognia, monetę islandzką i trochę- obiecanej wcześniej- muzyki.

I tak oto, dzięki Marcie wkroczyliśmy nieśmiało na rynek książek nie-papierowych.

Jeśli nie chcecie czekać do czasu premiery książki w wersji tradycyjnej a chcecie poczytać o Islandii, Wyspach Owczych i samotnej wyprawie do Szwecji, dajcie znać J

podroze.male.i.duze@wp.pl



poniedziałek, 5 grudnia 2011

Festival MotoTravel w Świdnicy- 3/12/2011

Ile krajów można odwiedzić w dziesięć godzin?

Nieskończenie wiele.

W minioną sobotę na Festivalu MotoTravel w Świdnicy zorganizowanym przez ekipę Busem Przez Świat (http://www.busemprzezswiat.pl/), różnymi środkami transportu (bus, skuter, autostop, samolot) podróżowaliśmy w najdalsze zakątki ziemi, od godziny osiemnastej do… czwartej nad ranem.



Specyficzna a raczej wyjątkowa atmosfera, jaka towarzyszyła spotkaniu ludzi, których dzieli sposób podróżowania, ulubione kierunki ale łączy jedno: MIŁOŚĆ do podróżowania, pomimo późnej pory, nie pozwoliła nikomu przysnąć!

Do tej pory poprowadziliśmy trzy spotkania podróżnicze, braliśmy udział w katowickich Targach Książki, podczas których spotykaliśmy w większości ludzi, którzy o podróżach marzą ale jeszcze nie postawili pierwszego- decydującego kroku na swojej podróżniczej ścieżce.

W Świdnicy spotkaliśmy ludzi, którzy niejedno już zobaczyli i dokładnie wiedzą, co chcą zobaczyć niebawem.

Dojeżdżając do Świdnicy zadawaliśmy sobie pytanie, czy jesteśmy w pełni władz umysłowych. W pochmurny poranek wyjechaliśmy z domu, z nadzieją podszytą niepokojem, czy nasza opowieść o Nowej Zelandii zaciekawi kogokolwiek, czy ktoś będzie chciał wymienić 25zł na naszą samodzielnie wydaną książkę, dzięki czemu zbliżymy się o kolejny krok ku realizacji naszego marzenia, do którego potrzebujemy kupić rowery. I czy wreszcie prawie 500km podróż będzie miała sens.

Energia, rozmowy i inspiracje jakie unosiły się w powietrzu rozwiały nasze wszystkie wątpliwości!

Każda opowieść dotyczyła ciekawych miejsc, ale tak naprawdę można zaryzykować stwierdzenie, że każda była świadectwem, że nie ma rzeczy niemożliwych, że granice istnieją tylko w naszej głowie i że z realizacji marzeń (na przekór głosom rozsądnych lub wątpiącym) płynie wyjątkowa siła i poczucie spełnienia!

Dziękujemy Wam za wspólnie spędzony czas i pięć książek mniej w drodze ku wyprawie rowerowej w świat!

No i... dziękujemy Mamie Karola, Wojtka i Krzysia za najlepszy żurek świata i pyszny smalec, które dodawały nam siły w podróży:)

Trzymamy kciuki za każdy- nawet najbardziej nierealny i odjechały projekt!


czwartek, 1 grudnia 2011

wyspiarskie odcienie zieleni i niebieskiego

Katar, który przyjechał z nami ze Szkocji nie pozwala nam zapomnieć o czterech wspaniałych dniach jakie spędziliśmy tam tydzień temu.

Tuż po tym jak opuściliśmy terminal lotniczy poczułam w nozdrzach znajomy zapach.

To niesamowite, ale powietrze i niebo na wyspach są szczególne.

Nigdy, nigdzie nie owiewał mnie wiatr, który tak bezwzględnie smaga skórę, porywa myśli, prześwietla ciało niczym rentgen i goni chmury po niebie, jak właśnie na wyspach.

Po raz pierwszy spotkaliśmy się niemal dziesięć lat temu- gdy nie wiedząc, że spędzę w Irlandii rok z górką- pojechałam w wakacje zarobić trochę pieniędzy. Zaczęło się od sprzątania pokoi w małym hoteliku i marzeń o szybkim powrocie do domu. A jak skończyło? Na rocznej opiece trójką wyjątkowych dzieci (czyli pracą jako au pair), dorabianiem po godzinach jako sprzątaczka w okolicznych domach i wieczorną nauką angielskiego w jednej z wielu szkół językowych, które próbowały obcokrajowców zaprzyjaźnić nie tylko ze sobą ale głównie z tajnikami języka Szekspira. Po ponad roku przyszedł czas na podróż stopem, autokarem i rowerami wzdłuż i wszerz zielonej wyspy z Manou- zaprzyjaźnioną Francuzką.

Wcześniej nie podróżowałam i nie mogłam zrozumieć ludzi, którzy z wypiekami na twarzy opowiadali o niesamowitych emocjach, wrażeniach i wzruszeniach, związanych z podróżowaniem. Nie wyobrażałam sobie, że zachwyt, którego doświadczałyśmy w drodze na zawsze odmieni moje życie, rozbudzi głód, który już nigdy nie pozwoli się nasycić a globus i atlas świata uczyni ulubionymi zabawkami- źródłem inspiracji.

Tekst miał być o Szkocji a wymyka się spod kontroli i ucieka do Irlandii. Ale wybaczam mu- tam się urodziłam mentalnie, podróżniczo. Tam zobaczyłam, że niebieski i zielony mogą mieć tyle niesamowitych odcieni. Zakochałam się w tej nieznośnej dla przeciętnego Europejczyka pogodzie- deszcz, słońce, tęcza, wiatr. Wszystko zmieniające się szybciej niż układ szkiełek w kalejdoskopie. Do dzisiaj mało kto potrafi zrozumieć moją radość, gdy w wakacje zakładam jesienną czapkę na głowę i z zachwytem obserwuję złowrogie przemiany nieboskłonu.

Ale takie jest dla mnie piękno.

Piękno wysp: irlandii, anglii, owczych, islandii, nowej zelandii...

O Szkocji w takim razie napiszę innym razem, ponieważ przed okresem świątecznym wszyscy mają mało czasu na czytanie...

ps.W Edynburgu syn naszych przyjaciół "wymusił" na mnie rysownie: psa, nietoperza, Muminka, ptaszka, rybki etc.- rozbudził we mnie wspomnienia- a jakże irlandzkie- i przypomniał, że umiem rysować o wiele więcej kolorowych, łamiących zasady proporcji postaci rysunkowych.
Po powrocie do domu wygrzebałam w archiwum rysunek, jaki dostałam od Meabh, której au pair byłam... Rozczula mnie do dzisiaj- osoba z wstrząsająco sterczącymi włosami, to właśnie ja:)




do zobaczenia w Świdnicy w najbliższą sobotę:)

W najbliższą sobotę w Świdnicy bierzemy udział w festiwalu MOTOTRAVEL- będziemy opowiadać o naszej podróży do Nowej Zelandii:) Do zobaczenia:)! Pozdrawiamy. Mumags Travellers


środa, 23 listopada 2011

czas na wzlot...

Czy jest coś czego nie lubimy w podróżowaniu?

Pytanie może wydawać się kuriozalne, biorąc pod uwagę, że o podróżach mówimy ZAWSZE tylko w superlatywach, nawet jeśli przyjdzie nam spać w krzakach, od dłuższego czasu nie spełniać wymogów higienicznych czy jeść susz nafaszerowany chemią.

A jednak…

Chodzi o latanie!

Gdyby ktoś wymyślił teleportację, bylibyśmy mu wdzięczni. Dopóki to się nie stanie, a czas jest zbyt cenny, by jechać do Edynburga autokarem i promem jakieś dwa dni, pozostaje nam napięte wsłuchiwanie się w warkot samolotowego silnika i zaciskanie powiek w razie najmniejszego drżenia nie mówiąc o wściekłych turbulencjach.

Gdy wstałam czekał na mnie żartobliwy rysunek Grzesia- włosy stają mi na nim dęba, usta układają się w podkówkę, ale… mam nadzieję, że szczęśliwie dotrzemy do celu a potem do domu.



EDYNBURGU- nadchodzimy- od czwartku do poniedziałku będziemy czochrać szkockie owce, szkockie owczarki i unikać jedzenia haggis'aJ

niedziela, 20 listopada 2011

Z okazji: niedawnych urodzin i nadchodzących świąt... część 2- ostatnia

Przeczytaliście nasz ostatni wpis na blogu?

Dla tych, którzy przeczytali, ale dalej nie mają pomysłu na prezent dla - powiedzmy...miłośnika Nowej Zelandii i Francji mamy małą podpowiedź.

Gwarantujemy strzał w dziesiątkę i eksplozję radości- przerobiliśmy to w weekend, gdy z niecierpliwością rozrywaliśmy papier ozdobny, w który nasze prezenty zapakowała Chanja:)!

Każdy, kto kocha Nową Zelandię z przyjemnością pozowli rozpuścić się na języku solidnej porcji miodu z nowozelandzkiej koniczyny. Zapewniamy każdego, kto powątpiewa, czy nasza polska koniczyna rośnie na końcu świata- że rośnie.




Zastrzyk zdrowia w chłodne dni zapewnią witaminy zawarte w miodzie oraz wzrost serotoniny, na myśl o krainie długiej białej chmury!

*********************************************************************************

Czy osobie, która ciągle tęskni za Paryżem, która obejrzała już najnowszy film W. Allen'a a na śniadania zajada paczkowane croissanty z niedalekiego hipermarketu, można sprawić małą radość, zanim w systemie tanich linii lotniczych pojawią się bilety za grosze do Paryża właśnie? MOŻNA! Składanka wrocławskiego radia RAM, oferuje magiczną, czasami zaskakującą podróż muzyczną. Łagodzi skutecznie cierpienia, które towarzyszą tęsknoscie za jednym z bardziej magicznych miast na ziemi.




Mamy nadzieję, że ta porcja prezentowych podpowiedzi Wam pomoże dokonać wyboru przed nadchodzącym okresem świątecznym i nie tylko:)

Pozdrawiamy
Mumags Travellers



środa, 16 listopada 2011

Z okazji: niedawnych urodzin i nadchodzących świąt...

Zawsze miałam słabość do słowa pisanego i do książek!

Przez sześć lat życia zawodowego miałam przyjemność (mogę użyć słowa przyjemność, bo tylko upływający czas daje nam właściwą perspektywę i zaciera przykre wspomnienia, na rzecz tych dobrych) spędzać każdy dzień wśród dowodów- na różnych nośnikach- od płyt CD/DVD zaczynając na książkach właśnie kończąc- że człowiek-a na pewno znaczna część populacji- to istoty z potrzebami kulturalnymi!

Bezpośrednia, długotrwała bliskość przedmiotów- a uogólniając- bytów wszelkich- ma to do siebie, że z czasem osłabia naszą wrażliwość na nie. Traktujemy je- błędnie- jako oczywistość- nie darząc należytą estymą.
Odseparowana- w życiu codziennym- zawodowym- od książek, zaczęłam za nimi tęsknić! Ceny okładkowe zaczęły straszyć i zniechęcać a parokrotny błąd w ocenie (za)wartości po streszczeniu na obwolucie, boleśnie rozczarował oraz nadwyrężył budżet domowy.

Nikt mnie nie pytał co chciałabym na urodziny w tym roku.

Może to i lepiej, bo gdy za jedną z ważniejszych książek w życiu człowiek uważa „Sztukę prostoty” Dominique Loreau, odpowiedź na to pytanie byłaby nie lada wyzwaniem.

Jakież było moje zaskoczenie, eksplozja kulturalnego szczęścia, gdy większość prezentów była KSIĄŻKAMI!

W związku z tematyką bloga nie wymienię nic co nie miało związku z podróżami, choć były to rozczulające i pełne ciepłej myśli podarunki!!!

A co takiego pojawiło się w domowej biblioteczce (i nie tylko) i wiąże się z tym, co kocham-y robić, i będzie wspaniałą inspiracją w planowaniu kolejnych podróży?

„Z Hajerem na kraj Indii” Mieczysława Bieńka

„Busem przez świat” Karola Lewandowskiego


„Kropka pe el. Przewodnik po Polsce dla dzieci” Andrzeja Pawlukiewicza

Do jednego z prezentów dołączona był kartka, która trafiła w czuły punkt- związany z zamiłowaniem do znaczków pocztowych (Ci, którzy kupili naszą książkę- „Podróże małe i duże”, wiedzą na ten temat więcej)! Robota niemal koronkowa! Zobaczcie sami:


Do książek i nietuzinkowej kartki urodzinowej dołączył jeszcze zeszyt- nie byle jaki! Zeszyt w którym notowanie faktów innych, niż związanych podróżami było by faux pas nie z tej ziemi!


Więc, jeśli jeszcze wahacie się czym warto obdarować swoich bliższych i dalszych przyjaciół (którzy kochają podróże) na urodziny, nadchodzącego mikołaja i święta… mamy nadzieję, że rozwialiśmy Wasze wątpliwości!

Na specjalną adnotację zasługuje jeszcze jeden- szczególny- prezent!

Kiedy mówiliśmy, że pojedziemy do Nowej Zelandii, ilość osób, która pukała się palcem w czoło w geście dezaprobaty była- delikatnie mówiąc- spora. Nie było wcale lepiej, gdy mówiliśmy, że wydamy naszą książkę! Nie raz było nam trochę przykro, ale częściej czuliśmy wzrost mobilizacji, by jednak dotrzymać słowa.
Sytuacja się nie poprawiła, gdy zaczęliśmy mówić o wyprawie rowerowej dookoła świata!

Spędziliśmy w Nowej Zelandii miesiąc na samodzielnie zorganizowanej wyprawie, wydaliśmy książkę „Podróże małe i duże” i… na przekór sceptycyzmowi, który wzbudza nasz projekt… pojedziemy w naszą podróż!

Do tej pory tylko jeden kolega powiedział, że WIE (nawet nie wierzy, tylko właśnie wie!), że pojedziemy! Równie serdecznym gestem pewności co do powagi sytuacji, był prezent w postaci-pewnie raczej zabawkowego- ale za to symbolicznego- BIDONU rowerowego w papierowej torbie z rysunkiem roweru!


I na koniec frazes o sporej wartości… nawet najdroższy prezent nie ma żadnej wartości, gdy nie ma w nim chwili na refleksję o człowieku, który ma go otrzymać!

Udanego buszowania za prezentami z okazji i bez!

...a w przerwie... zapraszamy na nasz profil na FB:

https://www.facebook.com/pages/Podr%C3%B3%C5%BCe-ma%C5%82e-i-du%C5%BCe/152620704800351?ref=tn_tnmn



wtorek, 15 listopada 2011

o co w tym wszystkim chodzi:)

W związku z tym, że każdego dnia odwiedzają nas nowi goście (co nas ogromnie cieszy), postanowiliśmy przypomnieć o idei jaka przyświecała nam, gdy zakładaliśmy blog Mumags Travellers i przekazać Wam wszystkim parę informacji o książce "Podróże małe i duże", którą napisaliśmy oraz o nas:)

PO CO NAM TEN BLOG?

...Od dawna myśleliśmy o miejscu, gdzie będziemy pisać, o tym co nam się kojarzy z podróżowaniem... daleko i blisko, na koniec świata i w głąb siebie...

ILE STRON POWINNA MIEĆ DOBRZE NAPISANA KSIĄŻKA PODRÓŻNICZA?

Nasz ma: 156 stron, na których opisujemy nasze zwariowane- samodzielnie organizowane podróże do Norwegii, Szwecji, Szkocji, Hiszpanii, Holandii, Danii, Nowej Zelandii oraz na Maderę- 16 stron z kolorowymi fotografiami. W razie niedosytu do każdej książki dołączyliśmy CD ze zdjęciami.

WAŻNE: każda płyta CD jest niepowtarzalna! Dlaczego? Bo na kopercie są znaczki z krajów w których byliśmy. Nie ma dwóch identycznych- kolekcja limitowana!


GDZIE MOŻNA KUPIĆ NASZĄ KSIĄŻKĘ "Podróże małe i duże"?

Tylko u nas- dlatego piszcie na adres: podroze.male.i.duze@wp.pl

Cena książki to 25zł plus 5zł koszt wysyłki. Każdy zakupiony egzemplarz przybliża nas do realizacji kolejnego marzenia, jakim jest... podróż na rowerach dookoła świata:) Nie możesz podarować książki osobiście? Wyślemy ją od Ciebie z dedykacją!

DLACZEGO NAPISALIŚMY KSIĄŻKĘ PODRÓŻNICZĄ?

Pisaliśmy dzienniki podróży podczas wędrówek po dalekich krainach od zawsze, choć tylko dla siebie. Po każdym powrocie znajomi prosili aby dokładnie powiedzieć im o wyjeździe. Za pierwszym, drugim razem, entuzjazm nas nie opuszczał, przy następnych było gorzej. Wtedy stwierdziliśmy, że może warto byłoby nasze wrażenia wydać w formie książki! To stało się poniekąd drugim- po podróży do Nowej Zelandii- naszym największym marzeniem, które udało się zrealizować (we wcześniejszych wpisach w pięciu częściach opisaliśmy dla Was proces powstawania książki.

KIM my w ogóle JESTEŚMY?

Pasjonatami podróży, którzy:

-zamiast tradycyjnego tortu weselnego mieli tort w kształcie kuli ziemskiej

-na druga rocznicę ślubu zamiast romantycznej kolacji i prezentów podarowali sobire pachnące farbą drukarską świeże egzemplarze swojej samodzielnie wydanej książki "Podróże małe i duże"- która zawiera relację z odbytych wypraw.

-zamiast lampki nocnej przy łóżku trzymają podświetlany globus

Czy można o nas pomyśleć, nie myśląc o podróżach? Chyba nie. Od siedmiu lat w każde wakacje realizujemy swoje marzenia podróżnicze. Zaczęliśmy od Szkocji, potem pojechaliśmy do Skandynawii, na Maderę i w wiele miejsc w Europie (Holandia, Hiszpania, Dania, Czechy, Anglia, Chorwacja). W 2010 roku zrealizowaliśmy marzenie swojego- dotychczasowego życia- jakim była wyprawa do Nowej Zelandii. W tym roku przemierzaliśmy Albanię i Czarnogórę a zanim połknęliśmy bakcyla wspólnego podróżowania, dotarliśmy na Islandię, Wyspy Owcze, Skandynawię i Irlandię!

Obecnie prowadzimy spotkania podróżnicze na temat Nowej Zelandii i poszukujemy inspiracji do dalszych wypraw.


niedziela, 6 listopada 2011

Targi Książki w Krakowie- czego człowiek tam się dowie?!

Sobota- ten wspaniały dzień, gdy tydzień pracy się już zakończył, a od myśli o nadchodzącym dzieli nas jeszcze niedziela. Czas na wydarzenia niezwykłe, dodające energii na resztę dni.
To była szczególna sobota… Po pierwsze dlatego, że urodzinowa. A po drugie? Po śniadaniu, życzeniach i prezentach, ruszyliśmy w kierunku Krakowa i to wcale nie na spacer krakowskimi Plantami.
Pojechaliśmy na Targi Książki.

Zabraliśmy ze sobą książki, szykowane w minionych dniach ulotki reklamowe, globus i nadzieję, że pójdzie nam tak samo dobrze jak w Katowicach. Nie mieliśmy tym razem stoiska, na którym moglibyśmy sprzedawać nasze książki, ale czy to miałoby być dla nas przeszkodą?
Pogoda cudowna, wokół tłumy ludzi- czego chcieć więcej?

Na początek zdecydowaliśmy się spróbować swoich sił przed Targami. Rozłożyliśmy swój przenośny straganik- w postaci odwróconego do góry nogami słynnego pudełka po jabłkach nowozelandzkich (kto czytał, ten pamięta nasze perypetie w osiedlowej Biedronce), na którym rozłożyliśmy nasze książki i globus. Jakież było nasze zdziwienie, gdy w ciągu godziny nikt z zatrzymujących się przy naszym „stoisku” nie decydował się na zakup. Niebawem mieliśmy się przekonać dlaczego.


Nasze morale zaczęło się chwiać w posadach, a straż miejska na horyzoncie trochę zaniepokoiła. Gdy dwa razy tuż obok nas przeszła strażniczka miejska, wstrzymaliśmy oddech. Każdy z nas był nie raz świadkiem, gdy w/w służby szczodrze dzieliły mandatami ulicznych handlarzy, którymi w tym momencie my także byliśmy. Z drugiej strony, staliśmy w sąsiedztwie namiotu z książkami oraz sprzedawaliśmy książki, a nie akrylowe skarpety czy baterie w dniu Targów Książki.

Po godzinie, lekko zasmuceni, ale wciąż pełni nadziei, wykupiliśmy dwa bilety i przekroczyliśmy próg hali targowej.

Mając w pamięci Targi Książki w Katowicach byliśmy wstrząśnięci. Przede wszystkim tłumami, które przemieszczały się wokół stoisk, hamując każdego, kto miałby ochotę na zdecydowane maszerowanie alejkami. Bardzo szybko zorientowaliśmy się, że możemy zapomnieć o chłodnym i przewiewnym wietrzyku, który chłodził nasze emocje w Spodku. Temperatura była wysoka, a klimatyzacji nie było. Kurtki oraz ciężkie torby po chwili zaczęły nabierać sporej wagi. Od zupełnego zwątpienia uratowały nas granice.pl, które przygarnęły nasze kurtki oraz zbędny bagaż.
Z nową energią ruszyliśmy przeprowadzić nieoficjalną akcje marketingową- mówiąc prościej- ruszyliśmy, by rozdać ulotki, naszym potencjalnym czytelnikom i fejsbukowym fanom.
Pomyśleliśmy, że jeśli ktoś stoi w kolejce po autograf do słynnej podróżniczki, czy podróżnika, to być może jest naszym potencjalnym fanem. Udało nam się rozdać sporo ulotek, ale nie wszędzie- gdzieniegdzie- sława jakoś osłabła, skupiając tłumek na tyle rzadki, że dyskrecja naszej akcji stała pod znakiem zapytania. Gdzieniegdzie, czujne oko wystawców śledziło bacznie każdy nasz ruch, psując nam radość z działania.
Dodało nam otuchy zainteresowanie, jakie wzbudzały nasze skromne ulotki u ludzi. Byli zaskoczeni brakiem natarczywego przekazu, nadmiaru kolorów i prawdziwym znaczkiem. Dobra nasza.
Z nadmiaru emocji zapomnieliśmy, że już dawno minęła pora obiadu, a my jesteśmy po małym śniadaniu, w związku z czym zaczęło nam brakować sił. Ale i czas zaczął się kurczyć, więc nie było mowy o przerwie.

Na targach podpisywali swoją książkę, o tytule podobnie brzmiącym, do naszej dwaj autorzy. Pomyśleliśmy, żeby ich zaskoczyć… Stanęliśmy w kolejce po autograf, ale… na naszej książce. Przez chwilę Panowie byli naprawdę zaskoczeni, a my zdobyliśmy się na odwagę zażartowania, że my pierwsi wymyśliliśmy tytuł naszej książki. Hmmm. Pan Wojtek zapytał, kiedy wydaliśmy naszą. Nie myśląc nawet, co na nas czeka, z pewnością powiedzieliśmy: „w marcu”. Okazało się, że Ich książka to wznowienie książki, która ukazała się w 95 roku. Aaaaaaaaaaa. Dopiero w domu mieliśmy odkryć, ostateczną prawdę na temat rozważań, czy jajko, czy jednak kura były pierwsze.
Trochę speszeni, poprosiliśmy jeszcze osobę kierującą ruchem wokół stolika, o zrobienie nam zdjęcia pamiątkowego i oddaliliśmy się w nieznane. Cóż… Zdjęcia będą szczególną pamiątką- w związku z ogromnym tłumem fanów wokół stolika autorów, trudno było o dobrej ujęcie...

Przemierzając zatłoczone alejki targowe zorientowaliśmy się, że nasza książka, oferowana na targach w niższej, niż zazwyczaj cenie, nie mogła znaleźć nabywcy, ponieważ książki znamienitych autorów najczęściej można było kupić w promocji. Odwiedzający targi woleli zainwestować pieniądze w kolejną książkę znanego im dobrze autora, niż wspierać nikomu nieznanych.

Przechadzając się między alejkami dostrzegliśmy kolejną różnicę między targami w Katowicach i Krakowie, która tłumaczyła- niemal zupełną- klapę naszego przedsięwzięcia. Gdybyśmy mieli określić jednym słowem postawę towarzyszącą odwiedzającym hale wystawowe w obu miastach- to w Katowicach byłaby to CIEKAWOŚĆ a w Krakowie- ŚWIADOMOŚĆ. W związku z tym, że na Śląsku Targi debiutowały, ludzie byli ogólnie zaciekawieni inicjatywą, dla wielu z nich była to również pierwsza okazja do uczestnictwa w Targach w ogóle. Przez to ludzie byli otwarci na nowe, entuzjastycznie wręcz do nowego nastawieni. W mieście Smoka Wawelskiego odwiedzający wyrabiają swoje gusta oraz oczekiwania już od piętnastu lat- są bardzo dobrze zorientowani w przebiegu targów, w ofercie wydawniczej, mają bardzo jasno sprecyzowane oczekiwania. Wiele osób, które nas mijały, gdy my staliśmy ze swoim straganem na trawniku, ciągnęło za sobą walizki, czy plecaki ze stelażem, wypakowane książkami.

Nie mogliśmy być konkurencją dla tuzów szeroko rozumianej literatury i kultury.

Ale jak zwykle w takich sytuacjach najważniejsze są spotkania z ludźmi- z podróżnikami, którzy kochają miejsca, których my jeszcze nie znamy. Mieliśmy przyjemność poznać autorów książki: "Namibia. 9000km afrykańskiej przygody" (http://www.malypodroznik.pl/)- Annę Olej Kobus oraz Krzysztofa Kobus oraz Stefana Czernieckiego- autora książki: "Dalej od Buenos"(http://www.ksiegarnia.bernardinum.com.pl/Dalej_od_Buenos-502.html).

Prawdziwą wisienką na torcie było spotkanie na stoisku wydawnictwa sine qua non (http://wydawnictwosqn.pl/)... Nie mogliśmy sobie odmówić przyjemności spotkania z autorami książki "Busem przez świat" (http://www.busemprzezswiat.pl/), której zapowiedź zaczyna się od słów: "Mówili nam, że to niemożliwe(...) Mieliśmy zapał zamiast pieniędzy, łąkę zamiast łóżka i wiecznie psującą się skrzynię biegów. A jednak nam się udało".

Spotkanie z Karolem, pomysłodawcą całego projektu tylko nas upewniło w przekonaniu, że mamy wspólny trzon filozofii globtroterskiej a zdjęcia zrobione przy tytułowym busie nabrały dla nas szczególnej wartości.


Ciekawe rozmowy na stoisku oraz mała perspektywa, która pojawiła się na horyzoncie na koniec dnia dodała nam skrzydeł, a egzemplarz "Busem przez świat" czeka na naszej podróżniczej półce, by... rozpalić nasze umysły globtroterskie:)

Wróciliśmy do domu wieczorem- bardzo zmęczeni i może trochę rozczarowani, ale pełni nadziei i świeżych pomysłów. Bo przecież "Podróże małe i duże", które wydaliśmy sami, to tylko część tego co zdarzyło się w naszym dotychczasowym życiu podróżniczym. Cały czas w szufladzie czekają teksty z czasów, gdy jeszcze nie podróżowaliśmy razem (Irlandia, Szwecja, Wyspy Owcze, Islandia, Skandynawia) i z wyjazdów, z których wróciliśmy w tym roku (Czarnogóra, Albania, stolice nadbałtyckie)...

Wniosek? BYŁO WARTO:)!

czwartek, 3 listopada 2011

3 za 1, 2 za 2- w marketingu taka gra- czyli jak się pisze książkę- part V

Co zrobić z 200 egzemplarzami „Podróży małych i dużych”, pachnącymi farbą drukarską, które dotarły do nas około pierwszego dnia wiosny?

Niektórzy powiedzą: „powąchać”. Fakt- zapach świeżo wydrukowanej książki jest boski.

Co potem?
Nieuniknione jest poczucie, że pewne rzeczy (oby nie wszystkie) można było zrobić lepiej. Ironia polega na tym, że TO się wie zawsze po fakcie.
Czasem jest to wiedza, która jest kapitałem „na następny raz”, a czasem jest to zadra, która umniejsza radość.
Tak ważny dzień można uratować tylko pod warunkiem, że jedna osoba wyszukuje małe- prawdopodobnie widoczne tylko dla niej- niuanse, wymagające poprawy, a druga widzi całość zdarzenia jako budujące, napawające radością- bo przecież niecodziennie ludzie wydają swoją książkę, nie mając pojęcia ani doświadczenia w tej materii.

Gdy pierwszy tajfun emocjonalny nas opuszcza, trzeba ruszać do pracy.
Ten moment, gdy mamy ochotę delektować się naszą własną książką jest bardzo krótki- jak zawsze za krótki.

Na początek znaczną część książek kupują nasze rodziny, przyjaciele, znajomi i ich znajomi. Nie nadążamy pakować małych paczuszek, euforia na chwilę znów szybuje w górę- odzyskujemy jakąś mikro-część zainwestowanych w całe przedsięwzięcie oszczędności z naszej skarbonki.

Optymizm nas nie opuszcza, tak samo jak połowa nakładu książek, czekających na swoich właścicieli.

Mimo sporej niechęci do FB wydaje nam się, że to jedyna droga (czy słuszna?), by dotrzeć do większej ilości osób, z nadzieją na sprzedaż kolejnych egzemplarzy.
Zakładamy profil „Podróże małe i duże”.
Na początku spisujemy w małym notesiku pomysły na tematy, wpisy na nasz profil. Z ekscytacją odnotowujemy kolejnych fanów- w większości posiadaczy „Podróży…”. Bez Was nie mielibyśmy zapału robić tego dalej, ale szukamy nieznajomych i nieposiadających książek. Każdego dnia ilość kliknięć pod wpisami nas uskrzydla, daje poczucie, że kogoś zainteresowaliśmy naszą historią lub dołuje, gdy zainteresowanie jest maleńkie.
Nie leży w naszej naturze atakowanie wszechświata naszą książką, wierzymy, że jest jakaś inna droga (chyba dłuższa), by każda ksiązka odnalazła swojego właściciela.

Przed wyjazdem do Nowej Zelandii sporo praktycznych informacji znaleźliśmy na forum dotyczącym Nowej Zelandii (www.naszanowazelandia.pl)- przychodzi myśl, by napisać do Rafała- pomysłodawcy forum, z propozycją nawiązania współpracy. Po wielu mailach, ruszamy z projektem. NNZ obejmuje patronatem naszą książkę, w zamian my co tydzień udostępniamy w zakładce relacje, fragment naszej książki.
Ilość fanów na stronie rośnie.

Zastanawiamy się co dalej. Zadajemy sobie pytanie: „jak najlepiej dotrzeć do ludzi?” Bezpośrednio. Przy nieocenionym wsparciu Justyny i Pawła organizujemy nasze pierwsze spotkanie podróżnicze w sosnowieckim „Pod Spodem”. Prawie 30 osób, które cierpliwie i z życzliwością słucha naszych opowieści, daje nam taki zastrzyk adrenaliny i energii, że czujemy, że było warto.
Parę osób wraca ze swoją książką do domu.

Organizujemy spotkanie we Wrocławiu- frekwencja spora, jednak pewne nieścisłości organizacyjne zabierają nam sporą radość z prowadzonego spotkania. Nie ma to jak życzliwy gospodarz, który współuczestniczy w organizowaniu spotkania. „Pod Spodem” spisało się na medal!

Na spotkaniu w Sosnowcu zdjęcia robi nam Basia, która ma koleżankę Justynę pracującą w wortalu literackim granice.pl Justyna recenzuje naszą książkę i wraca do nas z propozycją, by w wakacyjnym wydaniu e-magazynu o książkach pojawił się nasz tekst o podróżach. Bardzo się cieszymy!
Mamy wciąż przekonanie że ambitna promocja, może nie zawsze tak efektywna jak inne jej odmiany, musi dać efekt.

Z lekkim ukłuciem zazdrości spoglądamy na profile, które mają setki, tysiące fanów. Nie wiemy jak to się robi. Nadal szukamy naszej drogi.

Portal Imprezy Podróżnicze- to niesamowite miejsce, z liczną rzeszą fanów. Zwracamy się do IP z propozycją współpracy- portal dostaje od nas ksiązki, które można wygrać w konkursie, udzielając odpowiedzi na pytania o tematyce, oczywiście podróżniczej. W zamian się o nas mówi.

Nie mając pojęcia o promocji, mamy poczucie, że udaje nam się wiele, choć wcale nie przekłada się to na ilość sprzedanych książek. Oczywiście czasem tracimy entuzjazm, praca wydaje się tylko pracą, żmudną i mało owocną, ale nie ustajemy w trudach.
Cały projekt ma wiele wspólnych elementów z typową podróżą. Marzysz o niej, myślisz cały rok, wydaje Ci się, że sama z siebie będzie wspaniała, bez nieoczekiwanych zwrotów akcji, tymczasem rzeczywistość zaskakuje. Czy należy się wycofać? NIE! Czasem trzeba zjeść energetycznego, czekoladowego batonika, odpocząć, by potem zebrać świeże myśli i ruszyć w dalszą podróż!

Po drodze dostajemy mnóstwo życzliwych opinii na temat naszej książki. Nie prosimy o nie, nie chcemy żeby ktokolwiek czuł się zobligowany, jednak wracają do nas ciepłe słowa.
Działamy dalej.

Prawdziwy wystrzał adrenaliny i podróż w kosmos entuzjazmu przeżywamy, gdy dostajemy propozycję od wortalu literackiego granice.pl
Bierzemy udział w pierwszych Targach Książki w Katowicach. Niesamowity weekend- długie rozmowy z ludźmi, którzy niemal każdorazowo wracają do domu z naszą książką!

Nie zdążyliśmy ochłonąć po targach a tymczasem kolejna sobota zapowiada się równie ekscytująco.

Wbrew logice zrywamy się po siódmej rano i pędzimy do kiosku… HURAAA! Spełniło się nasze kolejne marzenie- w sobotnim dodatku turystycznym Gazety Wyborczej w cyklu „Serce zostało w…” My! Co czujemy? Radość, niedowierzanie, ekscytację, euforię i nadzieję, że dzięki temu więcej osób się o nas dowie- czyli- być może- kupi naszą książkę.

Wyobrażamy sobie, że GW to na tyle mocny tytuł na rynku dzienników, że nasza skrzynka mailowa się zagotuje od maili, które po publikacji napłyną.
Czekamy, czekamy… i przychodzi jeden mail.
Jesteśmy zaskoczeni, rozczarowani. Mamy różne pomysły, dlaczego tak się stało- ale dopiero rozmowa z osobą, która korzysta z nowinek technologicznych i zna się na tendencjach na rynku gazetowym, uświadamia nam, że czytelnictwo prasy tradycyjnej i prasy w ogóle spada od dłuższego czasu.
Na przekór rozczarowaniu jesteśmy dumni z kolejnego, małego kroku naprzód.

Czasem podejmujemy działania z nadzieją, licząc na niesamowite efekty, a czasem pozostaje nam cieszyć się tym, że spróbowaliśmy i tym samym nigdy nie będziemy żałować, że za zamkniętymi drzwiami czekała na nas wielka szansa.

Przed nami kolejna sobota, która będzie inna niż wszystkie. Tym razem Targi Książki w Krakowie. Nie bierzemy w nich udziału, ale to nie znaczy, że na nie nie jedziemy.
Minione dni spędziliśmy na przygotowywaniu ulotek informacyjnych- nietuzinkowych reklam naszej książki, które będziemy rozdawać w okolicy targów. To nasz kolejny pomysł marketingowy.

A co dalej? Jeszcze nie wiemy… Zapewne spotkania podróżnicze.

Co w całym procesie związanym z powstawaniem książki jest kluczowe, najłatwiejsze, najtrudniejsze?
Wszystko i nic. Każdy etap, to tylko malutki element układanki, która niemal nigdy się nie kończy. Jeśli człowiek zdecyduje się na realizację marzenia niezwyczajnego, powinien przestać liczyć na to, że wszystko „zrobi się samo” i że wszystko od razu mu wyjdzie. Warto czerpać radość z tak zwariowanego przedsięwzięcia i nigdy nie ulegać złudzeniu, że najtrudniejsze za nami i że zrobiliśmy już wszystko, by się udało.

Niewątpliwie niezbędne będą niewyczerpalne pokłady optymizmu i determinacji oraz pewność- na każdym etapie, zwłaszcza, gdy wkrada się rozczarowanie- że warto było!

Czy zrobimy to drugi raz? No pewnie:) Mając tę wiedzę, którą zdobyliśmy z czasem (no dobrze- często) w pocie czoła będzie nam o wiele łatwiej!

Chcesz kupić naszą książkę? Napisz do nas:podroze.male.i.duze@wp.pl
Zapraszamy na nasz FB profil:





piątek, 28 października 2011

"Podróże małe i duże" w Gazecie Wyborczej!!!! jupiii

UDAŁO SIĘJ

Jesteśmy w największym dzienniku w Polsce-Gazeta Wyborcza- dodatek TURYSTYKAJ

JupiiiJ

…Nadal naszą książkę można kupić- w okrągłej- niczym globus- cenie 25zł- pisząc na nasz adres:

podroze.male.i.duze@wp.pl

Każdy kupiony egzemplarz przybliża nas do spełnienia naszego kolejnego marzenia.. zakupu rowerów i PODRÓŻY DOOKOŁA ŚWIATA!!!:)

Zapraszamy na nasz Facebook'owy profil:



Mumags Travellers

A co jeśli się nie klei...czyli jak się pisze książkę- part IV

W naszym ostatnim artykule na temat procesu twórczego związanego z powstawaniem książki, obiecaliśmy Wam kolejną porcję informacji- tym razem na temat perypetii z drukarnią.

Zdecydowaliśmy się wyjść z założenia, że ważne, że wszystko skończyło się dobrze, niż rozpisywać się szczegółowo na temat tego, że pierwsze książki były sklejone klejem, który nie trzymał kartek, że klej był za mało elastyczny, przez co książki rozpadały się. W kolejnym nakładzie kartki zostały krzywo pocięte a kolory nie miały nic wspólnego z tymi z przesłanych plików.

Niedawno dowiedzieliśmy się od znajomej, która zdecydowała się samodzielnie wydać książkę z koleżanką, że też przeżyły niezły rollercoaster emocjonalny przy współpracy z drukarnią- więc nasz stres i frustracja nie byłyby niczym wyjątkowym, rozpisane na poszczególne akty.

Drukarnia mimo tego, że na początku nas bardzo zawiodła i zepsuła nam radość z tak ważnego wydarzenia, jakim było wydanie swojej książki, w procesie reklamacyjnym, który miał wiele etapów, a wręcz charakter cykliczny, stanęła- finalnie- na wysokości zadania. Zakończyliśmy współpracę z poczuciem końcowej satysfakcji i przeświadczeniem, że to jeden na milion projekt, gdy niemal nic nie chce wyjść.

Ostatecznie wyszłoJ

Pozostaje nam podziękować tym, którzy na samym początku kupili książkę i na przekór wypadającym stronom, podarowali nam serdeczne, i ciepłe słowa uznania.

A czy drukując kolejny tom naszych podróżniczych perypetii zrobimy to w tej samej drukarni? Oczywiście, że tak!


A w kolejnym odcinku napiszemy co nieco o domowym- czyli takim samorodnym, na własną rękę, albo chałupniczym- marketingu:)






środa, 26 października 2011

Targi Książki Katowice- veni, vidi, vici

Po trzech dniach, w końcu wróciła do nas energia, która od nadmiaru wrażeń i emocji była towarem deficytowym, odkąd wróciliśmy w niedzielny wieczór ze Spodka.

Targi Książki w Katowicach- pierwsze targi nie tylko dla Katowic, ale także dla nas.

Targi w swoich początkach skromne, ze słabymi punktami, ale czy cechą immanentną „pierwszości” nie jest właśnie- akceptowalna- ułomność? Oczywiście, że tak.

Dla nas ogromnym zaszczytem było znaleźć się wśród nazwisk ważnych i znanych w świecie literatury.

Ale Targi to oprócz obcowania z literaturą, przede wszystkim spotkania:

Nie tylko z ludźmi kultury ale również z pasjonatami- wariatami, którzy tak samo jak my, uwierzyli w swoje idee fixe i realizują- za oszczędności życia szeroko rozumiane inicjatywy artystyczne.

Niesamowite były spotkania z osobami, które przyciągnął do naszego stolika globus i koszyk kiwi. Wiele z nich- z początku- z rezerwą, z czasem otwierało swoje serca i z pewną nieśmiałością mówiło o swoich pasjach. Zdarzyło nam się usłyszeć, że ktoś kupuje nie tyle naszą książkę, ile naszą pasję właśnie, albo kupuje ją nie tylko z ciekawości treści ale z chęci wsparcia nas w kolejnym celu podróżniczym.

Każde spotkanie pierwsze i wyjątkowe.

Zdarzały się spotkania, które zaczynały się od rozmowy o podróżach a kończyły na rozmowach o życiu i jego celu, o marzeniach- bo przecież nasza ksiązka, mimo iż opisuje bardzo konkretne miejsca, mówi tak naprawdę o pragnieniach i drodze do ich realizacji.

Otrzymaliśmy ogrom serdeczności i życzliwości, a każda sprzedana książka zbliżała nas o malutki krok ku kolejnemu marzeniu- zwariowanemu- a jakże- czyli podróży na rowerach dookoła- wiadomo czegoJ
Rowery byliśmy już obejrzeć- teraz tylko musimy sprzedać 200 książek, byśmy mogli je kupić.
Jeśli znacie kogoś, kto kocha podróże, choć nie ma śmiałości na te wielkie i jest na tyle wrażliwy, by docenił inicjatywę jaką jest samodzielne wydanie książki, to zaproście go na nasz profil, blog lub niech do nas napisze podroze.male.i.duze@wp.pl

Targi to także okazja do spotkań z osobami, których nie widzieliśmy wiele lat lub z osobami, które jeszcze chwilę temu nieznane i obce, po chwili przytulaliśmy mocno do serca!

Kto kupował naszą książkę "Podróże małe i duże"? Nie tylko nasi równolatkowie- zdarzali się bardzo młodzi czytelnicy (obalając mit, że młodzież nie czyta), całe rodziny oraz bardzo dojrzali wiekiem. WSZYSCY:)

Choć staraliśmy się dobrze spożytkować czas na targach, który dzięki uprzejmości wortalu literackiego Granice.pl, był naszym udziałem, to wykradliśmy krótkie chwile na to, by sprawdzić co w trawie piszczy na stoiskach obok:)

Po sąsiedzku kupiliśmy kolejną książkę nietuzinkowego podróżnika- Mieczysława Bieńka. Na stoisku AGORY przewodnik po Stambule. Wróciliśmy do domu także z dezyderatą, wydrukowaną na pięknym, tłoczonym papierze, przez firmę ART-PAPIER z Gliwic, której stoisko nas urzekło.
Mimo, że nic nie kupiliśmy, nie potrafiliśmy przejść obojętnie, koło stoiska firmy TASHKA (www.tashka.pl), która ma nietuzinkowe pomysły na zabawki i aktywność pogłębiającą kreatywność najmłodszych i nie tylko

Zapewne, gdybyśmy  dostali kartę kredytową bez limitu i zadanie, by wypełnić literacko- niejeden worek świętego Mikołaja, nie mielibyśmy z tym najmniejszych problemów!

Mamy ogromną nadzieję, że Targi, mimo że w cieniu tych krakowskich, na stałe wpiszą się w kulturalną mapę Śląska i każdym rokiem będą wzrastać i nabierać rumieńców.





wtorek, 18 października 2011

Literki, jak gra w bierki- ubieram was w słowa, książka kiedyś będzie gotowa- jeszcze tylko kwestie graficzne- jak się pisze książkę-part III

Czy żeby wydać samemu książkę trzeba mieć jakąkolwiek wiedzę z zakresu grafiki i design’u?

Okazuje się, że tak. Sam tekst nie jest jeszcze książką, nawet jeśli poddany drastycznym zabiegom upiększającym- składnię, spójność czasów, to co najwyżej może być golutkim, logicznym następstwem słów.

Książka, a przynajmniej podróżnicza, potrzebuje kolorowych stron, na których autorzy spróbują oczarować potencjalnego czytelnika zdjęciami z podróży.

Jednak kolor na tyle podnosi cenę druku, że nie pozostaje nic innego, jak dołączyć do książki płytę CD z tymi wszystkimi zdjęciami, których z braku funduszu albo rozsądku, albo jednego i drugiego decydujemy się nie publikować w środku.

Ostatecznie książkę trzeba otulić w okładkę- interesującą- a najlepiej nietuzinkową, by- jeśli oglądający ją, nie zechce przeczytać tekstu, na chwilę poczuł przemożną chęć, na bazie zachwytu- by ją mieć!

Jak się projektuje okładkę?

Jeśli nie masz pojęcia o Photoshop’ie a Corel to twój daleki znajomy a nie przyjaciel, to pozostaje Ci stara jak świat metoda… Skoro nie umiesz przełożyć na język programu graficznego tego, co widzisz w swojej głowie, a boisz się, że grafik nie poradzi sobie z opisem w stylu: „odcień i faktura pomiętego pakowego papieru”, nie pozostaje Ci nic innego, jak przygotować makietę okładki. Makieta jest nieporadna i wprawia grafika w osłupienie ale daje też bardzo jasne (jak się wydawało) wytyczne w jakim kierunku zmierzamy. Czy to wystarczy, by się udało? Oj nie- mimo, że koń jaki jest każdy widzi, to wkradają się jakieś chochliki. Pierwsza wersja okładki, którą zobaczyliśmy, według mnie miała się nijak do projektu, który przekazaliśmy jako pierwowzór. Pojawił się dylemat, czy skoro grafik robi projekt z uprzejmości, po znajomości i ponoć za pół-darmo, można się rozpłakać i zażądać ponownej pracy nad całym projektem? No i dlaczego papier ma kolor parówki!
Łzy udaje się przełknąć i za parę dni mamy kolejny, bliższy ideałowi projekt.
Po kolejnych poprawkach jest dobrze.
Nasza książka ma imitować paczkę pocztową- przesyłka w podróży, przesyłka obieżyświat.

Co zrobić, by do książki nie dołączyć CD z logo firmy, która go wydrukowała, z opisem wykonanym flamastrem wodoodpornym?

Po pierwsze trzeba kupić płyty, które są powleczone powłoką, na której można drukować.
Mamy płyty, można na nich drukować ale co?  Zarys kontynentów, wydaje się dobrym pomysłem.
Płyty trzeba zapakować.
Z początku chcieliśmy zrobić koperty z papieru pakowego, ale papier nieustannie zacinał się w drukarce. Odpada. Mimo, że mogłoby to stanowić interesującą całość z projektem okładki.
Decydujemy się za zakup kopert w osiedlowym sklepie ze sprzętem komputerowym. Kto by chciał 200 kopert na CD- bez okienka, bez nadruku? My! Z początku Pan sprzedaje nam tylko połowę tego co potrzebujemy- wykupujemy cały zapas- potem nękamy go wizytami, próbując dokupić drugą setkę. Bez skutku- gdy w końcu dowiaduje się po co nam koperty, postanawia pomóc w projekcie.

Mamy dwieście kopert.

Udajemy się na pocztę, kłamiąc, że niebawem mamy ślub i potrzebujemy okleić znaczkami PRIORYTET w domu 200 kopert z zaproszeniami. Kłamstwo jest konieczne, obawiamy się, że Pani w okienku mogłaby nie być entuzjastką naszego szalonego projektu, w myśl którego koperty na CD nawiązywały do koncepcji przesyłki, wykorzystanej przy okładce.

Odwiedzamy też naszą ulubioną firmę, która świadczy szeroki zakres usług poligraficznych, gdzie zamawiamy dwie pieczątki, niezbędne do przygotowania kopertek!

Zostają znaczki.

Znaczki to najbardziej ekscytujący i dynamiczny element pracy nad częścią graficzną. Spędziliśmy długie godzinny polując na aukcjach allegro na znaczki pocztowe. Znaczki nie mogły być byle jakie. Wszystkie zakupione, pochodziły z krajów, w których byliśmy! Chcieliśmy nadać w ten sposób jakąś wyjątkowość naszemu projektowi, jakiś rys osobisty! Co więcej- założyliśmy, że podarujemy każdemu kupującemu książkę coś absolutnie wyjątkowego! Nie dość, że kopertki na CD były ręcznie robione, to w dodatku każda z 200 kopertek była niepowtarzalna. Na każdej z nich pojawił się inny znaczek, a jeśli znaczek się zdublował, to nigdy nie powtarzał się w tej samej konfiguracji. Taki smaczek!
Spędzamy długie godziny z tubką kleju w ręku- kleimy znaczki, naklejki priorytetowe, bawimy się stemplami, niczym dzieciaki. Efekt przerósł nasze najśmielsze oczekiwania!

Czy warto brać udział w kursach „od czapy”?

Oczywiście!

Odbycie parotygodniowego kursu z Corel’a  osiem lat temu, gdy do niczego nie mógł się przydać, okazało się po latach kapitalną inwestycją. Po początkowej nieporadności- na twardym dysku udało mi się odnaleźć niezbędne informacje o tym, jak przygotować projekt kolorowych stron do naszej książki!

A co zrobiła z tym wszystkim drukarnia… o tym innym razem!