wtorek, 18 kwietnia 2017

Zabrałam brata na koniec świata

Tyle co skończyłam  lekturę  niezwykle pięknej książki niezwykle pięknie wydanej przez śląskie  Bezdroża. Zabrałam brata na koniec świata to owoc prawie rocznej  podróży  czteroosobowej rodziny  przez 10 krajów Ameryki Łacińskiej.  Eliza,  Łucja i dwóch Wojciechów  czyli mama i córka, tata i syn Łopacińscy  z Torunia i Gwatemala, Belize,  Meksyk, Salwador,  Honduras, Nikaragua, Kostaryka,  Panama, Kuba, Kolumbia oraz Ekwador – 114 dni i  ponad 30 tys. kilometrów przebyte i przeżyte pod hasłem: „Jechaliśmy poznawać  świat i podpatrywać  ludzi żyjących inaczej”.

Zamiast wygodnego łóżka – śpiwór i karimata, zawartość  szafy  zredukowana do  plecaka. Noclegi – u życzliwych lokalsów  (o nich  zaraz nieco więcej!), ale i na plażach, a także w starej chacie  na zboczu wulkanu!

Jedzenie – wyłącznie lokalne, czyli spożywane  przez miejscową ludność. I wreszcie przemieszczanie się wyłącznie chicken busami – środkami transportu, które miłośnicy  literatury podróżniczej znają z niemal każdej książki bądź z autopsji;  stare i  wysłużone ponad  normę, („nawet tą bajkową”, tj. mające i 30 lat, i więcej!), z miejscami dla ponad setki kur i kóz i ich właścicieli  i czwórki i gringo ze swym ruchomym dobytkiem.

Po 30 godzinach  podróży, bez łagodnej klimatyzacji wita podróżników Gwatemala, „która ma w każdym oknie kraty, faceci  chodzą z nabitymi giwerami w kieszeni, a  ogrody otoczone są  drutem kolczastym pod napięciem” . Mocny początek, lecz jakby na przekór brutalnej rzeczywistości od pierwszego do ostatniego miejsca  tej podróży, z jednym czy dwoma wyjątkami Łopacińscy  napotykają ludzi  o gościnnych sercach i przeogromnej życzliwości, którzy otwierają swe domostwa i zapraszają gości z dalekiej Polski do swego życia.  „W czasach, gdy nie znamy naszych sąsiadów, gdzie mijają nas tysiące ludzi, pragnęliśmy stworzyć relację   z drugim człowiekiem.(…) Nastawiliśmy się na totalne branie i na korzystanie z dobroci innych”. – pisze Wojciech ( tata).

To i zminimalizowanie  kosztów wielomiesięcznej  podróży było  możliwe dzięki   couchsurfingowi,  który z kolei  jest możliwy dzięki Internetowi.  Spotkania Łopacińskich  z mieszkańcami Ameryki Łacińskiej to temat na osobną książkę!  Moją pasją jest literatura podróżnicza , przeczytałam  już morze książek – wspomnień i mimo zagrożeń, jakie niesie  z sobą współczesny świat i podróże w dalekie  strony ( często – w pojedynkę!), zawsze potwierdza się, że w człowieku jest ocean dobra i życzliwości, że podróżnik z dalekiego świata to nie „materiał” do oskubania, lecz ktoś, kto w naturalny sposób wyzwala  potrzebę pomocy i  opiekuńczości. „W Ameryce Południowej – wspomina Wojciech, tata – gdzie dla telefonu komórkowego potrafią zabić i strach jest chodzić wieczorem po ulicy”,  kierowca chicken busa  zawraca, by odszukać i oddać Łopacińskim zgubiony plecak z laptopem i projektorem multimedialnym, lekarz, obchodząc przepisy i samemu się narażając, bezinteresownie zaopatruje rodzinę w antybiotyk i niezbędne środki opatrunkowe, zaś  gospodarze goszczący rodzinę z Polski  biorą urlop, by obwieźć  gości po swym kraju i pokazać  to, co w nim najpiękniejsze.  Dwadzieścia rodzin, nie zawsze bogatych, lecz zawsze  ciepłych, serdecznych i ciekawych przybyszów  z daleka, o których Eliza, mama napisze: „W tej podróży cały czas spotykamy wspaniałych ludzi”.

 Podróż Łopacińskich obfituje we wzruszające  sytuacje; Lusia i Wojtuś ( córka i syn) są świadkami poruszającej demonstracji  hawańskich Kobiet w bieli (Damas el Blanco) i niezwykłej odwagi ich ojca ( koniecznie przeczytać!!!!), co rusz widzą na ulicach dzieci od najmłodszych lat  zarabiające na chleb i dociera do nich prawda, że poza Internetem i nowoczesnością  wciąż istnieje świat, w którym „czerpie się wodę ze studni, nie używa papieru toaletowego i robi pranie na kamieniu w rzece”, że toaletą może być dziura w betonie, a kuchenkę stanowić taboret  z jednopalnikową kuchenką!  Ojciec Wojciech pisze: „Daliśmy dzieciom  niesamowitą szkołę życia”,  a ja dodam, że częścią tej  „nauki” była  realizacja projektu wymyślonego przez  tatę Wojciecha , a zatytułowanego „Szkoły świata. Z dziećmi do dzieci”.  W swą  wielomiesięczną podróż  Łopacińscy zabrali laptopy, projektor, flagi biało-czerwonej i toruńskie pierniki w ilościach których zupełnie się pogubiłam! J W miejscowościach, w których nocowali, Łopacińscy szli do szkół, a tam Lusia i Wojtuś  - początkowo stremowani i tylko po angielsku, potem – po hiszpańsku i z dziecięcą spontanicznością, opowiadali  swym rówieśnikom  o dalekiej Polsce, wyświetlali filmy z Bolkiem, Lolkiem i Reksiem, tańczyli poloneza, śpiewali nasz  hymn  i częstowali toruńskimi piernikami.  Pomysł – genialny w swej prostocie i nie do przecenienia , gdy idzie  o jego wartość!!!

Książka „Zabrałam brata na koniec świata”  ma niecodzienną narrację. Jej  autorami  jest cała czwórka podróżników; pisze mama i tata, córka i syn. To ciekawy pomysł, zwłaszcza gdy jakiś epizod  możemy ujrzeć z kilku perspektyw. Opisom wrażeń towarzyszą liczne  i piękne  zdjęcia i – nowość -  tzw. QR-y, dzięki którym możemy obejrzeć filmiki z pobytu w każdym z odwiedzonych krajów.

Przygodami i przeżyciami  ze swej podróży  Łopacińscy mogliby obdarować niezłą gromadkę chętnych! Na Belize pływali z rekinami ( czy wiedzieliście Państwo, że  rekin potrafi wyczuć kroplę krwi w 115 litrach słonej  wody?!), w Meksyku obserwowali poród  żółwi i kupowali ser… na metry(!), a w Ekwadorze  odbyli morską podróż  na spotkanie z wielorybem. W Panamie obserwowali obchody 100 lecia Kanału Panamskiego i „wychodzili” audiencję  u  króla Indian Naso. W Hondurasie nie pozwoliły im zasnąć  nocne porachunki narkotykowych gangów, a w Kostaryce –drgania skorupy ziemskiej  ( ok. 30 w ciągu każdego dnia!).  Poznali plantacje kawy i ananasów, kąpali się w gejzerach, zdobyli ( i zatknęli polską flagę!)  na 6,5 wulkanach i poznali cztery główne ośrodki  cywilizacji Majów. To nie wszystko! Po Hawanie  podróżowali  Lincolnem z …1949 roku i z rozdziawionymi buziami ( Wojtuś i Lusia) oglądali  maluchy, duże fiaty i polonezy mknące po ulicach kubańskiej metropolii. Tu tata Wojciech  udziela dzieciom cennej lekcji  z socjalizmu, który z Polsce BYŁ, a na Kubie wciąż  JEST, a którego atrybutem są   puste sklepy, na    półkach których królują wiadra, konserwy i… rum!  A mimo to  Kuba ( i książka!)  potrafi zauroczyć, skoro  czytam: „Zakochaliśmy się  w  Hawanie i raz jeszcze w sobie” J ( mama Eliza).

Bezcenne spotkania z ludźmi,  przygody, których nie da się wymienić  za jednym razem i wreszcie lokalne przysmaki! To też rozdział, który mógłby rozrosnąć się  do osobnej książki.  Pupusa, owoce lulo, guajawy i sapote, babako czyli  owoce szampańskie ( czemu takie – przeczytajcie Państwo sami J). Upieczona świnka morska, frytki z.. juki i juka gotowana, omlet z krabami, prażony banan  z pastą z fasoli i ta ostatnia – fasola czyli frijoles -  w każdej postaci, w każdym niemal posiłku! Łopacińscy  jedzą absolutnie wszystko poza żywymi robakami, na które jednorazowo skusili się – najpierw Wojciech syn, a po nim – Wojciech ojciec! Wszystko – jak zapewniali-( poza robakami!)   było  smaczne, pachnące, niezwykłe. Nam wypada  jedynie wierzyć i czekać  z niecierpliwością na  kolejne książki   tej niezwykłej rodziny z Torunia.  Lusia, najmłodsza   podróżniczka, w ostatnich słowach zapewnia, że tytuł książki jest jak najbardziej uprawniony, skoro  przed nią, jej bratem oraz rodzicami –„kolejna podróż w inne kraje Ameryki Południowej, a także Afryka i Azja”.
recenzja: Majka Em


Zabrałam brata dookoła świata. Ameryka Łacińska, Autorzy: Lusia oraz Wojtuś, Eliza i Wojciech Łopacińscy, wyd. Bezdroża 2017

poniedziałek, 27 marca 2017

Indonezja. Po drugiej stronie raju

Selamat siang – dzień dobry J. Tak mogłaby się przywitać z Państwem Autorka książki wydanej przez śląskie Bezdroża pod wymownym tytułem ‘Indonezja. Po drugiej stronie raju”. Z demonstracyjnego egzemplarza, którego lekturę tyle co zakończyłam, niewiele mogę się o Annie Jaklewicz dowiedzieć. Ma ok. 30 lat i nad życiową stabilizację – jak dotąd – przedkłada życie, o którym pisze: „Wszędzie na chwilę, nigdzie na stałe, [niemal zawsze] z biletem w jedną stronę”.

„Indonezja. Po drugiej stronie raju to zapis Jej dziewięciomiesięcznej podróży rozpoczętej jesienią 2016 roku. Bule Jaklewicz czyli „biała”, obca wybiera kilka spośród ogromnej masy indonezyjskich wysp i są to najczęściej te, które „ledwo zaznaczono na mapach kropką”. Sulawesi, Sampela, Wyspy Korzenne, Bugijczycy i lud Bajo, Tarajowie i plemie Wana – pięć miejsc, pięć ludów, pięć rozdziałów i idea: Pokazać skrawek tego 250 milionowego kraju i jego prawdziwe oblicze, które kruszy lukrowany pocztówkowy stereotyp pięknych plaż z palmami i równie pięknych, uśmiechniętych i niezmiennie życzliwych ludzi.

W rozdziale I poznajemy przedstawicieli tzw. piątej płci, czyli bissu. „Są i kobietą , i mężczyzną, choć żadnym z nich”(?!) i choć to całkiem zagmatwane, dla wyjaśnienia – odsyłam do książki. Bissu czyli szamani, to pośrednicy między ludźmi, duchami i bogami. Za ich przyczyną wkraczamy w głąb świata bugijskich wierzeń, uczestniczymy w obchodach święta mappalili przypadającego na początek pory deszczowej, którego głównym bohaterem jest… święty pług!

Rozdział II przenosi nas na wyspę Sampela, do wioski ludu Bajo, „której nie ma na mapach”. To zaledwie kilkanaście domów na palach, kilka drewnianych pomostów zamiast ulic, tubylcy i ONA – jedyna biała. Wokół rafy koralowe ustępujące rozmiarami tylko tej wielkiej u wybrzeży Australii, nietrudno więc się domyślić, z czego żyją morscy cyganie, czyli wg słów legendy ludzie–ryby lepiej widzący pod wodą niż na lądzie! Autorka przybywa tu, by wyprawić się na cumi-cumi czyli kałamarnice, by zbierać małże i trepangi oraz szukać cari gurita czyli ośmiornic.

W kolejnym rozdziale przenosimy się na Wyspy Korzenne, skąd pochodzi gałka muszkatołowa i goździki. Jaklewicz przybywa tu, by – jak pisze –„tropić historię i szukać europejskich śladów”.
W rozdziale IV odwiedzimy za Autorką wioskę Lempo Sengbua, którą zamieszkuje lud Torajów. Jaklewicz dostaje propozycję noclegu w jednym pokoju z… trumną dziadka ( i dziadkiem – zmarłym! – w trumnie!!!), który na swój pogrzeb czekał kilka lat! I tylko dla Europejczyka to propozycja szokująca, bowiem Torajowie wyznają filozofię, iż wokół śmierci kręci się całe życie, a pogrzeby są ważniejsze niż wesele. Lud Torajów i ich życie wespół ze zmarłymi krewnymi pod jednym dachem pokazała w jednym ze swych programów podróżniczych Martyna Wojciechowska, zainteresowanych odsyłam więc do Jej cyklu „Kobieta na końcu świata”. Jaklewicz uczestniczy w dziewięciodniowych obrzędach pogrzebowych owego dziadka, a w ich trakcie odwiedza okoliczne zabytkowe cmentarzyska i grzebalną skałę, w której pierwsze pochówki urządzano już 2 tysiące lat temu.

I ostatni rozdział – poświęcony ludziom lasu czyli plemieniu Wana. To absolutna indonezyjska peryferia świata, gdzie we wsi Ratavoli w jedenastu bambusowych chatach żyje pięćdziesięciu mieszkańców, w tym trzech szamanów. „Tu szkoła, radio, telewizja, książki – to nowości sprzed kilku lat wcześniej w tym rejonie nieznane”, najbliższy szpital znajduje się o 3 dni drogi stąd, a przed Jaklewicz było ty zaledwie trzech białych! I może dlatego przyjęcie bule czyli obcej jest pełne chłodu i rezerwy. Autorka zapowiada ich jako „ludzi bez uśmiechu”, ale kończy rozdział słowami, które warto przytoczyć: „Nikt w tej podróży nie przywitał mnie tak chłodno i nie żegnał tak serdecznie jak oni. Na zaufanie musiałam zasłużyć”. Czym? W zgodzie z otaczającym ją światem i warunkami życia Jaklewicz uznaje wyższość bosych stóp i przegraną trekkingowych butów za kilkaset złotych. Bez cienia niechęci uczy się za sprawą miejscowych kobiet, jak kąpać się i prać jednocześnie, jak obywać się bez papieru toaletowego i jak korzystać z „naturalnej spłuczki”! W tej szkole życia jest uczennicą, ale i nauczycielką. Uczy miejscowe dzieci angielskiego i przepyszny to fragment wspomnień, gdzie Jaklewicz pisze, z jak niegasnącą ciekawością dzieci lasu, które nigdy nie chodziły do szkoły, chłoną wiedzę! I choć za tablicę służy szary papier zawieszony na sznurku od bielizny, choć mijają 3 godziny nauki, dzieciom wciąż mało, a gdy przychodzi sobota, od świtu czekają na przebudzenie „pani od angielskiego”! Autorka uczy SIĘ i sama uczy, ale też konsumuje bez cienia niesmaku lokalny przysmak- larwy chrząszczy żyjących w pniach palm i uczestniczy w rytuale uzdrowień, a także w niedzielnym nabożeństwie zielonoświątkowców. Suma tych wszystkich doświadczeń pozwala Jej napisać: „Są i takie podróże, które odkrywają przed nami prawdę, pozwalają poznać, a nie tylko zobaczyć, doświadczyć, a nie tylko dotknąć”. Anna Jaklewicz podróżuje po Indonezji i stara się poznać wybrane plemiona, żyje ich życiem, je to, co oni jedzą i skarbi sobie sympatię, mimo że jest bule.

Świat stał się globalną wioską. Egzotyczną przez lata Indonezję odwiedza z roku na rok coraz większa liczba turystów. Ilu z nich poza oszałamiającą swym pięknem przyrodą i rajskimi plażami dostrzeże i zainteresuje się tym, co „po drugiej stronie raju”? Z reguły ów świat nie wygląda pięknie. Przeciwnie –często boleśnie zdumiewa, zasmuca przeraża. Ale to TEŻ prawda o Indonezji i dla pełnego obrazu, dla poszerzenia naszej świadomości i wrażliwości gorąco książkę, o której mowa, polecam. Po drugiej stronie raju poznamy krwawe i wstydliwe dzieje podboju tej części świata przez Anglików i Holendrów, którzy przez XVII i XVIII wiek walczyli o zdobycie monopolu w obrocie gałką muszkatołową i goździkami. Że walka to była krwawa niech świadczy fakt, że za „panowania” holenderskiego gubernatora Coena populacja wysp Banda z 15 tysięcy zmalała do niespełna jednego tysiąca! Równie bezlitosne wydają się dzieje walk o „rząd dusz”. Oficjalnie Indonezja to największe muzułmańskie państwo świata, gdzie islam wyznaje prawie 90% kraju. I choć obok znaleźli swe miejsce chrześcijanie i wyznawcy niezliczonej liczby kultów animistycznych, to przecież co rusz wybuchają zatargi na tle religijnym. W 2000 roku na Molukach w krwawym trzyletnim religijnym konflikcie życie straciło 5 tysięcy muzułmanów i chrześcijan. Tu także coraz powszechniejsze staje się zjawisko kryzysu powołań i nie chodzi bynajmniej o katolickich księży; szamani porzucają odwieczne wierzenia i wolą zostać… fryzjerem czy organizatorem wesel, „bo na tym da się zarobić”!

Tym, co głęboko porusza i zasmuca jest problem niszczenia środowiska naturalnego. Bali – rajska wyspa wciąż dumnie ukazuje światu pocztówkowe swe piękno, ale już w głębi archipelagu piękno zdaje się umierać bezpowrotnie. Jaklewicz pisze o lasach, „ których coraz mniej dookoła”. Jeszcze 100 lat temu zajmowały 84% powierzchni Indonezji, teraz tylko połowę! Tylko w 2012 roku ubyło ich aż 85 tys. hektarów! To niemal całe nasze województwo opolskie- dodaje Autorka. Przez ostatnie 45 lat obszar zajmowany przez plantacje palm olejowych zwiększył się trzydziestokrotnie! Dziś to 11 mln hektarów – tyle co mniej więcej 1/3 powierzchni Polski! „Lasy znikają – pisze Autorka – a wraz z nimi zwierzęta”. Równie ponuro maluje się stan wód oblewających indonezyjskie wyspy. W wodach Pacyfiku pływają plastikowe torebki, butelki, aluminiowe puszki i styropianowe pojemniki. W 2012 roku z rajskich plaż na Bali dziennie zbierano ok. 250 kg odpadów wyrzuconych przez morze. W 2013 roku – 20 ton!!! Co innego jednak poruszyło mnie do głębi. Czy wiecie Państwo, że na ryby można „polować” za pomocą trutek gula gula i podwodnych bomb?! Te pierwsze wypełnia mieszanka wody i…cyjanku potasu, który podtruwając ryby, czyni je dziecinnie łatwymi do odłowienia. Sęk w tym, że cyjanek podtruwa i ryby, i wodę, w której żyją, a to już stanowi poważne zagrożenie dla ryb, raf i koralowców na nich żyjących! Podobny skutek niszczący wywołuje inna z „metod” połowu –na bomby! Podwodne eksplozje zabijają ryby, z rybaków nierzadko czynią kaleki na resztę życia, a podwodny raj zamieniają w podwodne cmentarzyska. Autorka pisze: „Uszkodzenia rafy od pojedynczych bomb zaczynają się regenerować po 5, 10 latach. Powtarzające się eksplozje sprawiają, że koralowce na zawsze tracą zdolność odbudowy.(…) Zbombardowana rafa, która jeszcze przed chwilą była feerią barw, kształtów i form życia, teraz przypomina Warszawę tuż po wojnie”. Cóż, jak wszędzie indziej na świecie pogoń za zyskiem za wszelka cenę odbiera ludziom rozum i zdolność myślenia. Jaklewicz pisze: „Rybacy nie liczą długofalowych strat, tylko doraźne zyski”.

Bardzo bym nie chciała, by Indonezja. Po drugiej stronie raju niechęciła potencjalnego czytelnika, uczciwość jednak każe dostrzec zarówno jasną, jak i ciemną stronę świata, nad którym – choć wciąż urzekającym – gromadzą się ciemne chmury. Zakończmy jednak optymistycznie…. polskim akcentem. W wielu miejscach na kuli ziemskiej ludzie nie wiedzą, gdzie leży Polska, ale wiedzą, kto to Wałęsa czy papież Polak. W indonezyjskich wioskach rozrzuconych na bezkresnym oceanie polskim nazwiskiem znanym ich mieszkańcom był… Robert Lewandowski J.


recenzja: Majka Em

czwartek, 16 lutego 2017

Upały, mango i ropa naftowa

 „W sklepach brakuje wszystkiego: od papieru toaletowego i mąki kukurydzianej po mleko, cukier, olej, mydła, szampony i inne detergenty. No, po prostu – wszystkiego!”

„Jajka kupuje się spod lady w sklepie żelaznym, po mleko trzeba ustawiać się  w środku nocy”.

Dla starszego pokolenia Czytelników brzmi znajomo? Spieszę  z  wyjaśnieniem: To nie obrazek z zamierzchłych lat 80-tych ubiegłego wieku i końca PRL-u, choć rzeczywistość - niemal identyczna. Tym razem mowa o… Wenezueli AD 2015, w której Autor książki – Wojciech Ganczarek - spędził niemal rok. Ze skrzydełka dowiaduję się, że to absolwent fizyki teoretycznej i matematyki stosowanej. Brzmi poważnie, ale i czasem od życia w świecie nauki i poważnych artykułów dotyczących mechaniki kwantowej (!) trzeba wziąć urlop. Ganczarek wsiada na swój wiekowy dwudziestopięcioletni rower i przez półtora roku eksploruje  Amerykę Łacińską.  Książka, która stała się powodem niniejszych słów- Upały, mango i ropa naftowa wydana przez śląską oficynę Bezdroża,  to owoc dziewięciomiesięcznej niespiesznej włóczęgi (?) po Wenezueli. Wraz z Autorem pedałujemy przez bezkresne wenezuelskie równiny i górzyste stany. Resztką sił   w nogach i kołach (!) pokonujemy andyjskie przełęcze (3.625 m.npm!) i odpoczywamy na pocztówkowej urody karaibskich plażach. Zwiedzamy  wielkie miasta  i  maleńkie wioski, nadmorskie plaże i andyjskie osady zagubione w gąszczu zieleni – słowem – jak pisze Ganczarek –„przestrzeń i wolność”.  Myliłby się jednak ktoś, kto by oczekiwał kolejnej stricte podróżniczej książki z serii: „Byłem, zobaczyłem ( zwiedziłem), opisałem”. Ganczarek ma o wiele ambitniejsze plany! Podróż przez Wenezuelę daje powód do dokładnego poznania tego wielowymiarowego kraju, dlatego  też oprócz bajowych  widoków i zjawisk ( tęcza W NOCY!) dostajemy  oszałamiającą, wieloaspektową prezentację wszystkich chyba obszarów życia tego egzotycznego bądź-co-bądź dla Europejczyka kraju.  Polityka i  gospodarka, historia i kultura, kastowość i religia i wreszcie  rola kobiety i mężczyzny, a co za tym idzie – (szokujący) model rodziny, a wszystko to poparte dogłębną analizą Autora, podpartą  przedrukami obszernych wywiadów z tamtejszej prasy. To dlatego na obwolucie książki  stoi, że jest ona dla tych, „którzy nie tylko pragną POZNAĆ, ale i ZROZUMIEĆ”. Oddajmy głos samemu Autorowi: „Książka jest polifoniczna . rozpina się od uśmiechów codziennych spotkań po polityczne i gospodarcze analizy, socjologiczne teorie, przeplata wilgoć deszczu i smak kakao”, zaś  ogląd spraw – jak pisze Autor – jest „nieobarczony prostymi stereotypami wyobrażeń o Wenezueli”.

Wenezuela to kraj o największych rezerwach ropy naftowej na świecie! Jak więc  połączyć  i zrozumieć to midasowe bogactwo z szalejącą inflacją, pustymi półkami, głodowymi płacami ( cena opony do samochodu to równowartość… trzech urzędniczych pensji!) i rekordową przestępczością?! Słowem – skoro jest dobrze, to czemu jest tak źle?! Oddajmy znów głos samemu Autorowi. By na to i inne pytania odpowiedzieć, trzeba poznać mechanizmy polityczno – ekonomiczne Wenezueli.  Tak, wiem, nie brzmi to zachęcająco, ale zapewniam, że sposób, w jaki Ganczarek przeprowadza nas przez skomplikowaną  i niejednoznaczną rzeczywistość tego odległego kraju budzi ciekawość, a potem zrozumienie. Ganczarek pokazuje i tłumaczy fenomen Hugo Chaveza, do 2013 roku prezydenta Wenezueli, jego politykę „rozdawnictwa”, subsydiów i dopłat, które uczyniły z obywateli rentierów naftowej bossy. Czy wiecie Państwo, że w XXI wieku istnieje kraj, w którym władza rozdaje mieszkania, pralki, telewizory, lodówki, gdzie  działa Ministerstwo… Szczęścia, na czele którego stoi wiceminister ds. Wyższego Szczęścia Społecznego!!!? Nie, nie, to nie żart! Więc znów pytanie: Skoro jest tak dobrze, to czemu jest tak źle?! Wojciech Ganczarek serwuje  nam krótki ( i zrozumiały!)  kurs ekonomii made in Wenezuela i pokazuje, że to kraj absurdów i kontrastów, w którym „ nic nie jest pewne i wszystko jest możliwe”. Oto kilka przykładów ( „smaczków”):

·       właściciel hektarów ziemi, na której pasą się mleczne krowy, na co dzień używa (wystanego w kolejkach!) mleka w proszku, „bo na pastwisko za daleko, a to mleko [w proszku!] to władza  rozdaje i taniej wychodzi” (!)

·       w Caracas, stolicy kraju występuje  największa  dzielnica biedy w całej Ameryce Łacińskiej, z która kontrastują hektary luksusowych  strzeżonych dzielnic.

·       Gdy tylko są ( a są  z rzadka!) dolary, kupuje się je po oficjalnym kursie – 6,30 boliwarów za jednego dolara i odsprzedaje na tzw. czarnym rynku za… 800 boliwarów (to  kurs z października 2015 czyli z czasu, gdy  powstawała niniejsza książka).

Oddajmy raz jeszcze głos samemu Autorowi: „Wenezuela opływająca w ropę nie dorobiła się solidnych podstaw dla krajowej gospodarki. Nad łatwym zyskiem nie ma kontroli, a zyski z eksportu surowca skupione w rekach rządu stają się żyzną glebą pod bujny wzrost korupcji, malwersacji finansowych czy zwykłej nowobogackiej beztroski”. I nieco dalej: „Szacuje się, że  84% wielomiliardowych zysków z ropy w latach 2003-2012 zostało zwyczajnie przejedzonych”.

Zostawmy jednak skomplikowane  stosunki polityczno – ekonomiczne Wenezueli.  Tym, co stanowi największą wartość każdej podróżniczej książki, a taką jest – mimo wszystko – książka Wojciecha Ganczarka, są ludzie i spotkania z nimi.  W tej akurat materii „Upały, mango i ropa naftowa” wpisują się  w żelazny schemat gościnności i uczynności  względem przybysza z daleka. Wprawdzie mało kto widząc Autora na rowerze pedałującego w morderczym upale lub w niemal arktycznym zimnie jest w stanie uwierzyć, że widzi to, co widzi J; wszak Wenezuela to kraj, gdzie niezależnie od pustych sklepowych półek na drogach królują najnowsze modele Toyoty, Land cruiserów, Nissanów, Humerów, Jeep`ów ( Autor ironizuje: Samochody godne kraju pogrążonego w kryzysie”!). „Ja na rowerze to najdalej może do piekarni” – słyszy Ganczarek, ale gdy następuje pierwsza, a za nią kolejne awarie roweru, łańcuszek ludzi dobrej woli  wydobędzie niemal spod ziemi brakujące części. Autor  tłumaczy ów fenomen następująco: „W kraju, w którym codzienność zaskakuje nadzwyczajnymi uniedogodnieniami ludzie  tym bardziej dbają o przyjezdnego. Przecież skoro im żyje się ciężko,  a są  już przyzwyczajeni, to jak ciężko musi być komuś z zewnątrz”.

W przydrożnych barach i pomniejszych sklepikach ( nigdy, co podkreśla Autor, w państwowych  supermarketach!) sprzedawczynie  pilnują pustych półek, ale klienta witają obowiązkowym promiennym uśmiechem i słowami: „Kochanie”, „Królu mój”,  „Książę młody”…J

W swej podróży Ganczarek  wielokrotnie zachwyca się  niepospolitą ( i wciąż…poprawianą!) urodą kobiet, co nie przesłania mu prawdy o rzeczywistej ich pozycji w zdominowanym przez kulturę macho społeczeństwie. SAMICA  ( spieszę  wyjaśnić, że słowo to w  tamtejszej kulturze absolutnie pozbawione jest pejoratywnego, polskiego wydźwięku) i MATKA – to dwie skrajne role przypisane wenezuelskim kobietom, ale do szczegółowych i precyzyjnych,  wyczerpujących wyjaśnień w tej materii odsyłam do lektury książki.

Zresztą i Wenezuelczyk to  mężczyzna  obowiązkowo urodziwy, uśmiechnięty i mega-zadbany i tego kultu zewnętrznego piękna  nie jest w stanie podważyć drugie dno wyłaniające się  w tamtejszej  rzeczywistości. Każdy Wenezuelczyk ma  7 miłości: Bóg, mama, równina, kobieta, dzieci, koń i pies.  Zdumionych tą hierarchią odsyłam do książki, która wyczerpująco odpowie na wszelkie wątpliwości!

O systemie wartości w tym – co by nie rzec- zdemoralizowanym społeczeństwie dużo mówi  pewien „eksperyment”; poproszono Szwajcarów, by dopisali antonim do słowa: cwaniak. To „człowiek honoru, uczciwy, itd.” Dla Wenezuelczyka jednak to: frajer i głupiec”!!! Ganczarek tłumaczy, iż takie postrzeganie to nie kaprys czy zachcianka, lecz konieczność i dodaje: „ Tu [w Wenezueli] przebiegłość przyjmuje się za cnotę, a chytrość darzy się rozumem”.

Dalej, cytując za Autorem, Wenezuela to kraj samych NAJ: najwięcej ropy,  najdłuższy most, najwyższy wodospad, najpiękniejsze kobiety, ale i… największe zadłużenie i najmniej odpowiedzialny rząd!

Na zakończenie wzruszający akcent polski; W trakcie swej wielomiesięcznej podróży Autor  spędził Boże Narodzenie u jednej z miejscowych rodzin. Jedną z krewnych była wiekowa Polka, która opuściła ojczyznę 70 lat temu. Poza słowem „dobrze” nie pamiętała już nic.  Jakież więc było zdumienie i wzruszenie Autora, gdy podczas śpiewania kolęd staruszka w całości i bez pomyłek odśpiewała „Wśród nocnej ciszy”, „Bóg się rodzi” i „W żłobie leży” J.

I jeszcze jedno…zakończenie ( na pewno już ostatnieJ).  Pora wyjaśnić, dlaczego tytułowe upały, mango i ropa według Autora są trzema  największymi przekleństwami  Wenezueli. Nie, nie, tego jednak nie zdradzę, w zamian zachęcając gorąco do lektury książki, dzięki której  nie tylko POZNAMY piękny kraj pięknych ( i szczęśliwych?) ludzi, ale i go ZROZUZMIEMY.

recenzja: Majka Em


niedziela, 8 stycznia 2017

Utracony świat. Leona Barszczewskiego podróże po XIX wiecznej Azji Środkowej

Mam przed sobą  książkę niezwykłą, która bez wątpienia ma dwóch bohaterów. Pierwszy – to jej Autor: Igor Strojecki, drugi – to jego pradziad, Leon Barszczewski.

Igor Strojecki  dokonał rzeczy mozolnej, drobiazgowej i trudnej – odnalazł i zebrał spuściznę  swego sławnego ( a dziś -  niestety – zapomnianego) przodka, z niezwykłą starannością  ją uporządkował, opracował i opublikował w postaci książki pod znamiennym tytułem „Utracony świat”!

Życiem i tym, co osiągnął oraz pozostawił po sobie Leon Barszczewski można by obdzielić  kilka osób! Jako oficer armii carskiej ( pamiętajmy, że mowa o czasach, gdy Polska jest pod zaborami) przeniesiony zostaje  do Turkiestanu, gdzie pozostaje    21 lat (1876-97)z pasją oddając się poznawaniu i eksploracji  rozległych i w większości jeszcze niezbadanych terenów Azji Środkowej; Pamir, Ałtaj, Buchara, Samarkanda,  Turkiestan , ale i Afganistan, Chiny i Mongolia – przemierzył je w trakcie  kilkudziesięciu ekspedycji wzdłuż i wszerz. W wielu z tych miejsc był pierwszym Europejczykiem, który pojawił się w zagubionych pośród  dzikich, majestatycznych gór kiszłakach ( wioskach). [W jednej  z nich napotka  chatkę buddyjskiego kapłana, który widzi człowieka pierwszy raz  od… pięćdziesięciu lat!] Wykonując polecenia wojskowe bada możliwość górskiego przejścia  między Afganistanem i Indiami. Penetrując  azjatyckie góry wielokrotnie  korygował dotychczasowe mapy, nanosił nowe drogi, badał górskie jeziora i źródła, przede wszystkim jednak oddając się największej pasji swego życia – odkrywaniu i badaniu środkowoazjatyckich lodowców. Leon Barszczewski jest  ich pierwszym  pozaeuropejskim badaczem i najwybitniejszym dziewiętnastowiecznym  znawcą.

Z kolejnych wypraw  przywozi okazy flory i fauny (czosnek Barszczewskiego, który rozkwita na wiosnę białym kobiercem pośród leśnego runa nosi nazwę na cześć jego odkrywcy), równolegle z geograficznymi prowadzi też  badania geologiczne i   archeologiczne.  Zbiór jego  wykopalisk z okolic Samarkandy w XIX wieku uznawany był  za największą prywatną kolekcję starożytności regionu Azji Środkowej, którą jeszcze za życia przekazał  nieodpłatnie do Muzeum Historii Samarkandy.

 Łatwiej byłoby napisać, czym się  Barszczewski nie zajmował, bo interesowało go absolutnie wszystko! Na jednej ze stron książki aż jedenaście(!)  linijek zajmuje wyliczenie tego, co Barszczewski odkrył w samym tylko okręgu Samarkandy; złoża  rudy żelaza i ołowiu, srebro i węgiel kamienny, turkusy i kryształy górskie, złoto i wiele, wiele, wiele innych.

Barszczewski biegle władał  rosyjskim, turkmeńskim, tadżyckim, arabskim i uzbeckim, poznał też lokalne języki i ich narzecza, co pozwoliło mu  nawiązywać bliższe  relacje z półdzikimi ludami azjatyckiego świata na końcu ówczesnej cywilizacji.

Leon Barszczewski to nie tylko podróżnik i badacz,  ale przede wszystkim piękny człowiek. Jako pierwszy bodaj Europejczyk  zwraca uwagę i jest pełen współczucia dla trudnego położenia muzułmańskich kobiet, ze swych oszczędności pomaga  polskiej diasporze ( byli zesłańcy, po zsyłce osiedleni w Turkiestanie) doposażyć kościół katolicki.  W swych wędrówkach nigdy nie pozostaje obojętny na los potrzebującego człowieka i gdy zachodzi taka potrzeba, przerywa pracę badawczą i leczy mieszkańców wysokogórskich wiosek dzieląc się z nimi chininą i tym, co akurat posiada.  Sam zresztą w swych Dziennikach (nielicznych, które ocalały) tak o sobie pisał bez cienia kokieterii: „Wiele razy wychodziłem cało z opresji, ale mój stosunek do mieszkańców był zawsze serdeczny, starałem się wniknąć w ich życie, zwyczaje i obrzędy, wierzenia i przesądy. Zjednałem sobie wśród nich wielu prawdziwych przyjaciół”.  Chyba największym z nich był Tadżyk Jakub, który oddał Barszczewskiemu 19 lat swego życia  jako jego niestrudzony przewodnik i wierny towarzysz wszystkich ekspedycji. Tak po latach wspominał swego pana: „Nigdy nie dał mi odczuć swej wyższości,  (jego) skromność wprawiała mnie w zdumienie. Tylko człowiek prawdziwie  wielki mógł być tak prostym, skromnym, uprzejmym, a jednocześnie ujmującym”.

Na okładce książki  czytam, że Leon Barszczewski to  bohater londonowski, to polski Indiana Jones. Trafne porównania! Ja dodałabym  jeszcze: człowiek renesansu – niepospolity umysł o niewiarygodnie szerokich horyzontach, a przy tym  pracowity i  niezłomny.

Na koniec należy jeszcze wspomnieć , że poza  rozlicznymi  zainteresowaniami i poza miłością  do lodowców, wielką pasją Leona Barszczewskiego była fotografia. Książkę ubogacają jego liczne  zdjęcia, które  dają wyobrażenie i przedsmak tego, jak przepotężną i groźną, ale i bajecznie piękną  częścią  naszego globu jest Azja Środkowa.  Jego spuścizna  fotograficzna, mimo że w większości zaginęła  w zawierusze dwóch wojen światowych, stanowi dziś unikalny dokument  życia codziennego i społecznego mieszkańców Azji  Centralnej w XIX wieku. Dwadzieścia jeden lat spędzonych  na środkowoazjatyckich ziemiach zaowocowało tysiącami  klisz ilustrujących piękno  gór, dolin, rzek, lodowców. Do dziś dotrwało ich zaledwie kilkaset. Podobnie z jego szkicami, notatkami i dziennikami – świata, który Barszczewskiego fascynował i który dokumentował,  już nie ma, stąd tytuł – „Utracony świat” – zatrzymany jedynie na kliszach w kolorze sepii.

Utracony świat. Leona Barszczewskiego podróże po XIX wiecznej Azji Środkowej nie jest lekturą łatwą, polecam ją jednak miłośnikom biografii ludzi niezwykłych i przez szacunek dla  benedyktyńskiej pracy jej Autora – Igora Strojeckiego.

Na koniec raz jeszcze oddam głos Leonowi Barszczewskiemu. Niech jego słowa  staną się dla nas u progu nowego 2017 roku przyczynkiem do refleksji: Wszystko można pokonać na świecie dobrym słowem i serdeczną prostotą, nie zaś dumą i pychą”.

recenzja: Majka Em



Utracony świat. Podróże Leona Barszczewskiego po XIX-wiecznej Azji Środkowej, autor: Igor Strojecki, wydawnictwo: Bezdroża, 2016