Wiosna zbliża się wielkimi krokami, tymczasem niezmordowani poszukiwacze misiowych przygód, udali się z Będzina na Biegun ; )
niedziela, 14 kwietnia 2013
czwartek, 11 kwietnia 2013
dzień z Bear Grylls'em
Do Bear Grylls'a mam słabość od dawna :
)
Nic tego (chyba) nie zmieni.
Od czasów, gdy księgarniane regały jeszcze nie uginały się
od ciężaru jego licznych publikacji, a jego programy miały w sobie
nietandetny element grozy i przygody.
Jakąś dekadę temu.
Dzisiaj Szkoły Przetrwania, dla niektórych mają w sobie lekką nutkę fałszu i
celebryckiego blichtru, ale w naszych szufladach nadal są ukryte jedne z pierwszych
odcinków SP nagrywane, by oglądać je po wielokroć.
Bez względu na wszystko, poniższą książkę przeczytałam z
przyjemnością i ciekawością.
Portret umorusanego twardziela, który ma uczucia, rodzinę i determinację, by
realizować swoje marzenia, pomimo wielu przeszkód! Inspirujące, wciągające i... czasem wzruszające.
"Prawdę mówiąc, na tym etapie mojego życia nie miałem
zielonego pojęcia, na czym tak naprawdę polega taka wyprawa. Miałem minimalne
doświadczenie wysokogórskie, jak wyczytałem
w książkach zdecydowanie za mało lat, żeby zostać prawdziwym
himalaistą. Ale to było moje marzenie. A dzięki marzeniom ludzie staja się
niebezpieczni.
Za marzenia nie trzeba płacić, a prawdziwe wyzwanie pojawia się
wraz z podjęciem odpowiednich kroków, żeby te marzenia zrealizować. Nie miałem
zwyczaju rzucać słów na wiatr i wszystkim najbliższym wyjawiłem
swoje plany co do Everestu.
Wszyscy co do jednego stwierdzili, że zwariowałem". (str.112)
a dla miłośników Bear Grylls'a, Nowej Zelandii i lotniczych wojaży, sympatyczny mix : )
poniedziałek, 8 kwietnia 2013
Noc z Andersenem
Co
zrobić z piątkowym wieczorem?
Pójść
do kina, posiedzieć w domu przed telewizorem, poczytać zaległe książki, zjeść
tabliczkę czekolady a może zrobić warsztaty podróżnicze: „Podróże małe i duże:
ABC przetrwania w ramach międzynarodowej imprezy czytelniczej pt. „Noc z
Andersenem” w będzińskiej Bibliotece?
Z
pewnymi obawami, zdecydowaliśmy się na to ostatnie.
Przyszliśmy
do Biblioteki akurat w momencie, gdy 60 dziesięciolatków jadło kolację.
Mimo
późnej pory, dzieciaki były w doskonałej formie (w przeciwieństwie do nas), a
krzykom i wybuchom wulkanów energii nie było końca.
Omajgasz…
TAK-
byliśmy skłonni uciec, ALE na szczęście zostaliśmy : )
Kolejne
dwie godziny były niesamowite, dzieciaki fantastyczne a atmosfera
niezapomniana.
Było
dynamicznie, kreatywnie, nie tylko my mieliśmy okazję mówić ale i usłyszeć dziecięce odpowiedzi.
Na
przykład na pytanie o to jaki powinien być podróżnik: „mieć marzenia, wiedzieć
dokąd zmierza, nie poddawać się, nie być strachajłem”. Część dzieci sądziła, że
w podróży niezbędne są pieniądze, tablety i komórki, ale niektóre stawiały na
latarki, kompasy, picie, futro, leki i książki.
Jupii!
Były
konkursy, las rąk, dzieciaków gotowych udzielić wzruszających, absurdalnych i
uroczych odpowiedzi, można było pomiętosić mapy, przewodniki, dowiedzieć się
jak wygląda menażka i do czego służy.
Na
koniec robiliśmy kartki z podróży, były oryginalne znaczki z Nowej Zelandii,
stemple z motywami podróżniczymi i wycinki z gazet, mnóstwo hałasu i dobrej
zabawy.
Do
domu każdy wrócił z pamiątką, być może małą inspiracją i mamy nadzieję większą
ciekawością świata.
Dziękujemy
Miejskiej i Powiatowej Bibliotece Publicznej w Będzinie za zaproszenie J!
niedziela, 7 kwietnia 2013
Szwedzkie placuszki
Jak zakończyć weekend?
Może
słodko i zdrowo? : )
Dzisiaj
przepis dla Podróżników- Łasuchów:
SZWEDZKIE
PLACUSZKI
1
większa marchewka
50g
masła
70g
mąki pszennej razowej
1
łyżeczka proszku do pieczenia
60g
błyskawicznych płatków owsianych
5
łyżek syropu klonowego
2
łyżki cukru trzcinowego
2
jajka
40g
orzechów włoskich
40g
wiórków kokosowych
1.umytą
marchewkę ścieramy na tarce z drobnymi oczkami.
Masło
topimy i odstawiamy do ochłodzenia
2.do
misy wsypujemy mąkę przesianą z proszkiem do pieczenia i płatki osiane
błyskawiczne.
Dodajemy
syrop klonowy, cukier, jajka, marchewkę, małso, posiekane orzechy i kokos.
Zagniatamy ciasto.
3.Na
blachę wyłożoną papierem do pieczenia łyżeczką nakładamy małe placuszki.
Wstawiamy
do piekarnika nagrzanego do 180 stopni i pieczemy około 15 minut
SMACZNEGO
; )
czwartek, 4 kwietnia 2013
3 x 20 : )
Sześćdziesięciu dziesięciolatków, podzielonych na trzy grupy. Z każdą spędzimy 30 minut, by opowiedzieć o pasji podróżowania, o ekwipunku, jaki zabieramy na wyjazdy, o książce, by zrobić własną kartkę z podróży, przekartkować przewodniki, poczytać mapy, zakręcić globusem z rozmachem, uruchomić wyobraźnię.
Czy wśród tej grupy będzie mały Tony albo Elżbieta?
Czy to spotkanie będzie dla nich interesujące, ważne, inspirujące, wracające we wspomnieniach po latach? Kto wie…
Staniemy na głowie i miejmy nadzieję na wysokości zadania, by było CIEKAWIE : )
Trzymajcie jutro kciuki!
wtorek, 2 kwietnia 2013
Canoandes. Na podbój kanionu Colca i górskich rzek obu Ameryk
Postać
Piotra Chmielińskiego jest mi już dobrze znana z książki J. Kane’a pt.”Z nurtem Amazonki”. Rozsiadając się w fotelu (nomen omen w Lany Poniedziałek),
miałam więc pewność co do tego, że nie przejdę przez kanion Colca oraz górskie
rzeki obu Ameryk suchą stopą, że akcja będzie wartka niczym nurt w kanionie
Colca i że mój podziw dla dokonań grupy Canonades 79, będzie rósł z każdą
kolejną stroną.
I
to nie tylko dlatego, że wyczyn był pionierski, a ilość przeszkód w drodze do
celu, przesuwała jego osiągnięcie o 29 miesięcy. Także dlatego, że zaplecze
techniczne- a czasem i wiedza części ekipy- były co najmniej skromne.
Gdy
spoglądam na zdjęcie czterech mężczyzn w tenisówkach i dżinsach, dzierżących
wiosła, odczuwam mieszankę podziwu i niedowierzania, że naprawdę osiągnęli aż
tyle, podczas, gdy ich ubiór nadaje się co najwyżej na niewymagający rejs
kajakiem po nudnej rzece.
„Dziś
trudno to sobie uświadomić, ale w tamtych czasach kajakarstwo było sportem, w
którym istotną rolę w doborze jego wielbicieli odgrywała naturalna selekcja.
Tylko desperaci i masochiści, dla których celem samym w sobie jest dojście do
rozkoszy poprzez cierpienie, byli zdolni moczyć się na bystrzach w zimnej
wodzie i mówić o przyjemności. Nie istniały jeszcze szczelne, wodoodporne kurtki,
spodnie kajakowe i Polartec, bez których obecnie nie da się uprawiać kajakarstwa.
Piotr,
Andrzej i Jurek, którzy podczas wyprawy tworzyli grupę kajakarzy, byli
szczęśliwcami i mieli tanie amerykańskie, ortalionowe kurtki przeciwdeszczowe.
Chroniły od wiatru, ale nie od fal i zimnej wody. Pozostali, tzw. „artyści”-
Jacek, Biczu i ja- mieliśmy tylko bawełniane podkoszulki, dżinsy oraz własne
sadło. Tego ostatniego nikt z nas nie miał za dużo, a po kilku dniach i to
straciliśmy. Biorąc pod uwagę dzisiejsze standardy, wyglądaliśmy jak grupa
narwańców, która w krótkich spodenkach wybrała się na zdobycie Bieguna Południowego” (str. 94)
„CANONADES. Na podbój kanionu Colca i górskich rzek obu Ameryk” to
książka, która mówi o marzeniach na granicy szaleństwa, o nie ustawaniu w drodze-
pomimo sporych przeszkód, o strachu, słabości ciała- które można przezwyciężyć,
o przyjaźni… Po prostu: o niebanalnej grupie mężczyzn, którym ustąpił nie tylko
kanion Colca, ale także wiele górskich rzek obu Ameryk i nieugięci strażnicy
przejść granicznych.
Dech
w piersiach zapiera nie tylko fabuła, ale i estetyka z jaką wydana jest książka!
Niewielki album podróżniczy- jakim niewątpliwie jest ta pozycja- zauroczy
starymi, czarno- białymi fotografiami, którym nie brakuje przestrzeni, by
zaprezentować się w pełnej krasie!
Lektura
obowiązkowa dla młodych wilków morsko- wodnych i dla tych, którym brak odwagi do
podjęcia pierwszego kroku ku realizacji marzeń. Dla tych, którzy uważają, że
brak im środków, profesjonalnego sprzętu i zaplecza, by wyjść ze strefy
bezpieczeństwa, w obawie przed porażką.
Subskrybuj:
Posty (Atom)


